x
Tanuki.pl korzysta z plików cookie w celach prowadzenia
reklamy, statystyk i dla dostosowania wortalu do
indywidualnych potrzeb użytkowników, mogą też z nich korzystać współpracujący z nami reklamodawcy.
Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.
Szczegóły dotyczące stosowania przez wortal Tanuki.pl
plików cookie znajdziesz w
polityce prywatności.
Po prostu piękne
Zarówno OVA, jak i pierwszy odcinek (a także trailery) zarysowują nam już fabułę i mitologię, a te prezentują się wprost fenomenalnie. Postacie są co najmniej intrygujące, włącznie z główną bohaterką, a trzeba uczciwie przyznać, że Japończycy mają problem z tworzeniem kobiecych postaci na wysokim poziomie, gdyż przewaga takowych męskich jest brutalna. Jeszcze nie przesądzam, ale jestem dobrej myśli.
Generalnie zawsze na początku się dystansuję, żeby później się nie sparzyć, jednak w przypadku tej serii czuję, że mogę sobie pozwolić na odrobinę luzu i pozytywnego nastawienia. :) Mahou Tsukai no Yome zapowiada się na perłę sezonu oraz prawdopodobnie na jedną z moich ulubionych pozycji japońskiej animacji. Oby tak dalej! :)
Każde dzieło niesie za sobą jakąś wartość. Rolą recenzenta jest ocenić, czy wartość danego tekstu kultury jest dodatnia, ujemna, czy nie wnosi zupełnie niczego. Idąc tropem opinii tego jutubera, każdy spełniający podstawowe wymogi języka pisanego może nazywać się recenzentem i recenzować, nawet jeśli nie posiada odpowiednich do tego kompetencji merytorycznych.
Zgadzam się w dwóch kwestiach: że do pewnego stopnia recenzja ma prawo być subiektywna, oraz że recenzja może (a nawet powinna) być pretekstem do dyskusji, z której może narodzić się coś wartościowego. Są jednak elementy dzieła, które muszą być ocenione w sposób obiektywny, o czym napisał już ktoś powyżej.
Rolą kultury jest rozwój intelektualny i duchowy człowieka. I może brzmi to patetycznie, ale taka jest istota kultury. Jeśli tak jest, to znaczy, że człowiek ma się rozwijać, a nie jedynie łechtać swoje bodźce odpowiadające za poczucie satysfakcji audiowizualnej; dlatego właśnie recenzent musi być kompetentny i musi umieć oceniać dane dzieło z wielu bardzo różnych stron, aby potencjalny odbiorca mógł zwrócić uwagę na coś, na co w normalnych okolicznościach by jej nie zwrócił. Musi umieć profesjonalnie ocenić dany film/książkę/obraz/anime, aby ktoś, kto ma troszeczkę większe wymagania, mógł oprzeć się o recenzję i ewentualnie skonfrontować swój pogląd z poglądem recenzenta. Osoba nie mająca takich wymagań z zasady nie czyta recenzji, a jedynie pyta o opinię znajomych o podobnym guście. Jeśli recenzje mają pełnić rolę „a mi się podobało, bo mi się podobało (lub na odwrót)", to lepiej, żeby ich w ogóle nie było.
I nie oceniam tu samej recenzji „Hitorijime My Hero”, żeby była jasność. Chodzi mi tylko o podejście do sprawy. Wiem, wyskoczyłem, jak filip z konopi z moim przydługim monologiem, ale poczułem taką potrzebę wyrażenia swojej opinii. :)
Za to fabuła, postaci i mitologia (niby dopiero pierwszy odcinek, ale już jakiś szkielet nam przedstawiono) są skrajnie szablonowe. Właściwie tak szablonowe, że nie widzę tu niczego, czego wcześniej bym nie widział. Dam szansę tytułowi jeszcze dwoma odcinkami; jeśli nie poprawi się nawet odrobinę, to sobie odpuszczę.
Lubię shouneny, nawet jeśli nie mają w sobie niczego specjalnie wybitnego. Dlatego z przyjemnością oglądałem chociażby „Boku no Hero Academia” i liczyłem, że „Black Clover” będzie reprezentowało zbliżony- średni poziom: taki do oglądania dla przyjemności, bez zbędnego zaangażowania, czy to emocjonalnego, czy to intelektualnego. Wychodzi na to, że ta seria nie stanie na wysokości zadania.
6/10
Kontekst jest istotny i na tej podstawie całkowicie rozumiem wagę istoty, jaką jest „Akira” dla Japończyków. Jednak dla Europejczyków i szeroko pojętego Zachodu? Tego już nie rozumiem zupełnie. Pod względem technicznym to anime jest wspaniałe i naprawdę dobrze mi się to oglądało. Uważam jednak, że nadawanie głębi temu dziełu, jako mistrzostwu artystycznemu, jest już przesadą. Jak wspomniałem- „Akira” posiada swój ciężar odniesienia do rzeczywistości japońskiej, ale sama w sobie jest po prostu dobrze zrobioną postapokaliptyczną produkcją anime. Nie widzę tutaj głębokiej symboliki (na pewno ważnej, na pewno trudnej, ale na pewno nie głębokiej), ani archetypicznych, czy skomplikowanych postaci, ani wspaniałej fabuły, ani oryginalnej akcji, z serią szokujących zwrotów i budzących fascynację rozwiązań.
Co innego wykonanie- to już było mistrzostwo, jednak nie należę do pierwszego pokolenia osób, które miały szansę zapoznać się z filmem (czy, tym bardziej, mangą), więc też nie budziła mojej fascynacji, a raczej poczucie satysfakcji i uznania. Ścieżka dźwiękowa jest fenomenalna i budząca niezwykłe doznania. Właściwie tylko tyle mogę powiedzieć na temat „Akiry”, która jest produkcją udaną, dobrą, ważną dla kultury japońskiej, ale nienadającą się do określenia „wybitne”.
Wspaniale spędzony czas
Genialne, gdyby nie to zakończenie...
Wszystko jest z jednej strony stosunkowo schematyczne, ale z drugiej udało się twórcom zachować duży poziom indywidualności. Nawet początkowo zapowiadany trójkąt (jak w prawie każdej serii) okazuje się pięciokątem, i to świetnie poprowadzonym, pozbawionym zbytniej dramaturgii i karykatury. Było to o tyle świetne, że łatwo było popaść w groteskę albo ecchi.
Postacie niby schematyczne, niby niespecjalnie oryginalne, a jednak tak rzeczywiste i zachowujące swoją indywidualność, że bardzo ich polubiłem- wszystkich, od Kaoru, po wujaszka Tsutomu.
Fabuła jest bardzo okruchowa i właściwie trudno tu mówić o jakiejś fabule sensu stricto: bardziej to wygląda, jak „z kamerą wśród ludzi”, dzięki czemu mamy szansę obserwować (nie)zwykłe życie kilkoro Japończyków w naturalnym środowisku lat 60 XX wieku. Duży plus.
Jazz świetny, soundtrack również. Kreska ładna i charakterystyczna. Nie było fajerwerków, ale po co one? Wszystko było w jak najlepszym porządku.
Jakieś minusy? Fabuła moim zdaniem brnęła trochę za szybko do przodu, ale plusem w minusie jest to, że właściwie nie było tutaj nudnych momentów. Troszkę drażniły mnie te wieczne podchody i niedopowiedzenia między bohaterami, ale nie było to aż tak rażące. Jedyne, do czego TAK NAPRAWDĘ muszę się przyczepić, to zakończenie…
kliknij: ukryte Nie zagrali na festynie, bo był wypadek? ok, pomysł nie był zły. Sentaro uciekł z domu? To też niezły pomysł fabularny. Sentaro został księdzem? To wręcz genialne! Po głębszym zastanowieniu, pomimo szoku, jaki wywołuje ten fakt, właściwie ta rola nie jest taka oderwana od niego. Sentaro, to człowiek pełen ciepła, uczynności, dobrego serca, charyzmy i widocznie również wiary, bo choć nigdy nie było gadki o Bogu, to jednak chłopak regularnie uczęszczał na msze, nosił różaniec, miał dobry kontakt z księdzem… W dodatku nie miał szczęścia do kobiet. :) Gdyby trochę inaczej poprowadzili ten wątek, to z pewnością dałbym tej serii dyszkę. Ale niestety…
Sentaro opuścił rodzinę i przyjaciół. Zostawił przyjaciół, którzy znaczyli dla niego bardzo wiele. Zostawił piwnicę, która była dla niego czymś bardzo ważnym. Aż w końcu zostawił swoją rodzinę, pełną dzieciaków, dla których był nie tylko starszym bratem, ale pełnił również rolę ojca i autorytetu. Nie mówiąc już o Saki, która- kto wie- prawdopodobnie do końca życia będzie się obwiniać za całą sytuację… Odszedł bez słowa pożegnania. Tylko najgorsze w tym wszystkim jest to, że sama końcówka sugeruje nam, że Sentaro „po prostu” ułożył sobie nowe życie, bez żalu i poczucia winy. A Ritsuko i Kaoru tak po prostu przyjechali do niego, jak w odwiedziny od dawna niewidzianego przyjeciela… Nie kupuję tego- tak na poziomie intelektualnym, jak i emocjonalnym.
Dlatego daję tej serii „tylko” dziewiątkę. Serię zakończyłem z bólem serca i poczuciem nielogiczności.
Niezłe
Myślę, że nazbyt wyolbrzymiają trudności międzyludzkie i jest trochę za dużo tutaj absurdu, ale mimo wszystko ogląda się to z dużą przyjemnością. Fabuła całkowicie omija wątki poboczne i niepotrzebne, zostawiając nam tylko to, o co w tym wszystkim chodzi. Jestem usatysfakcjonowany i czekam na więcej. :)
Nie jestem fanem anime, których fabuła dzieje się w wirtualnej rzeczywistości, być może z tego względu, że w ogóle nie jestem fanem jakichkolwiek gier komputerowych, poza pasjansem i Faraonem, w którego grałem lata temu. Nie ukrywam jednak, że sam pomysł wydaje mi się zawsze ciekawy, ale kiedy przychodzi co do czego, to takie serie mnie potwornie nudzą. SAO obejrzałem trochę na siłę i stwierdziłem, że porzucę chęci oglądania „komputerówek”.
Do Log Horizon podchodziłem dwukrotnie. Za pierwszym razem (czyli, kiedy było nowością) porzuciłem ją po pierwszym odcinku. Za drugim razem po czterech odcinkach. Jednak ciągle coś mnie do tego anime przyciągało. W końcu usiadłem i obejrzałem. A było warto. :)
Postaci są tu dobrze wykreowane (choć bez wielkich rewelacji), ale najmocniejszym punktem jest wątek polityczno‑antropologiczny. Formowanie się społeczeństwa, które musi poradzić sobie ze wszystkim od zera- dodatkowo w warunkach zupełnie obcych i oderwanych od norm przyjętych w rzeczywistości pozawirtualnej, jest bardzo ciekawe. Można to było bardzo łatwo zepsuć i zrobić z tego pseudoegzystencjalny dramat, a jednak udało się twórcom poprowadzić fabułę w sposób stosunkowo uproszczony, ale bynajmniej nie naiwny, infantylny, czy oderwany od logiki. Za to należą się ogromne brawa.
Soundrack był dobry, podobnie, jak kreska. Z animacją już gorzej, ale też nie było tragedii. Pod względem technicznym SAO stoi przynajmniej ze dwie półki wyżej od Log Horizon, ale to te drugie anime jest znacznie lepsze, jeśli uwzględnić całokształt.
Polecam wszystkim, nawet osobom, których tematyka gier komputerowych w ogóle nie interesuje. Anime jest bardzo ciekawe i zahacza o problemy natury filozoficznej, choć nie robi tego na siłę, a jedynie „przy okazji”, co jest ogromnym walorem serii.
Zobaczymy. Na razie ładna grafika mi wystarcza. :)
Interesujące
Kiedy obejrzałem zwiastun tego anime, byłem średnio zainteresowany. Hazardem, co prawda, troszeczkę się interesuję, ale brać w nim udział, niż oglądać filmy na jego temat. :)A koncepcja wydawała mi się bardzo oklepana, bo taka typowa: elitarna szkoła, rozpieszczone i zdegenerowane dzieciaki, pokaz hazardu wyjęty rodem z powieści fantasy… Ale postanowiłem spróbować.
Spodobało mi się. Sam hazard został tutaj bardzo sparabolizowany, prawie do formy groteski (a będzie zapewne jeszcze mocniej), ale klimat całości sprawia, że mi to nie przeszkadza. Myślę, że trafnie przedstawiono tutaj istotę hazardu- chęć wygranej, potrzeba adrenaliny, uzależnienie od eustresu i podniecający strach przed nadejściem distresu, gotowość (lub jej nieświadomy brak) do postawienia wszystkiego dla wygranej i zniszczenia przeciwnika. To oczywiście ta zła strona tego sportu, niemniej obecna.
Czekam na więcej. Te twarze groteskowo wykrzywione w euforii i pogardzie są naprawdę intrygujące. :)
Drugi odcinek upewnia mnie, że nie będzie to seria odkrywcza, ale na pewno przyjemna i oglądana przeze mnie z uwagą.
Nie będę oryginalny, ale mam słabość do pięknych i niezłomnych kobiet, więc Joanna już wpadła mi w oko i to z jej perspektywy będę prawdopodobnie oglądał całość. Relacja Mordreda ze swoim mistrzem jest dość mocno szablonowa (jak i sama postać Mordreda), ale ogląda się ich przyjemnie. Ciekawią mnie te „dobre i łagodne” postacie, bo nie wiem, czy są to pozory (w przypadku niektórych z pewnością nie), czy do samego końca nie zmieni się moje pierwsze wrażenie.
Na szczególną uwagę zasługuje tutaj postać Shirou. Dobry? Zły? A może ani jedno, ani drugie? Zobaczymy. :)
Generalnie jestem na tak. Nie spodziewam się fajerwerków, ale to anime jest godne obejrzenia.
Jestem na tak
Pierwszy odcinek był bardzo sympatyczny. Właściwie nie ma tutaj niczego oryginalnego, bo już wszystko było, ale mimo wszystko jest to zrobione ze smakiem i poszczególne elementy ze sobą współgrają. Jeżeli tylko nie będzie gorzej, niż w odcinku pierwszym, to można spodziewać się miłej serii, cieszącej fanów Youkai. :)
Prawdopodobnie perełka sezonu
Jeśli pierwszy odcinek nie jest zwodniczy, to myślę, że może to być najlepsza propozycja w sezonie letnim. :)
Re: Budzi nadzieje
Budzi nadzieje
Nie mogę jednak powiedzieć tego samego o paru innych seriach z tego uniwersum. „Fate/Stay Night” było dobre, choć bez absolutnie żadnych rewelacji. Z pozostałymi seriami było tylko gorzej (zaznaczam, ze nie zapoznałem się z wszystkimi) i kończyłem je po pierwszych odcinkach.
Z „Fate/Apocrypha” jest inaczej. Mamy jakiś nieskomplikowany, ale satysfakcjonujący pomysł na fabułę, po pierwszych ujęciach postaci można stwierdzić, ze są do przełknięcia (w najgorszym wypadku), a animacja i kreska są przyzwoite. Czekam na więcej. :)
Plusy są oczywiste, każdy fan „Natsume ...” wie, o co chodzi. Spodobał mi się smaczek z ostatniego odcinka kliknij: ukryte (wzmianka o dziadku [prawdopodobnie] Natsume), choć niestety wiele więcej na temat Reiko się nie dowiedzieliśmy.
Jestem ciekaw, co zrobi Natori po dowiedzeniu się prawdy na temat kliknij: ukryte Księgi przyjaciół. Niewątpliwie darzy on Natsume prawdziwymi uczuciami, jakimi starszy brat może obdarować młodszego braciszka, ale czy to wystarczy? Być może Natori będzie chciał zrobić coś wbrew Natsume z troski o niego, a być może poczucie jego misji okaże się silniejsze, niż przyjaźń. Jestem ciekaw, jak to się potoczy.
Do Akagami no Shirayukihimerobiłem dwa podejścia. Po pierwszym (obejrzałem ze 2 odcinki) zrezygnowałem, ponieważ cała fabuła i bohaterowie wydawali mi się mocno oklepani i szablonowi. Czy coś się zmieniło przy drugim podejściu? Właściwie nie. XD Ale jednak postanowiłem się przebić przez magiczne „3 odcinki” i zanim się obejrzałem, miałem za sobą już cały pierwszy sezon. Warto było oglądać? Wydaje mi się, że tak.
Postacie są szablonowe, fabuła przewidywalna, problematyka schematyczna i nazbyt lekka, a klimat przeciętny. Całość jest jednak tak sympatyczna, że oglądanie było samą przyjemnością. Z poczuciem sytości daję tej serii siedem gwiazdek i zaraz zabieram się za drugi sezon. Nie wiem, czy w ciągu paru miesięcy wszystko nie wyleci mi z pamięci (zapewne tak), ale to nie znaczy, że dobrze się przy tym anime nie bawię. Polecam każdemu, kto lubi lekkie serie, zalewające miodem wrażliwe serducha. :)
Niezłe okruchy życia, przednia komedia- całkiem przyjemne anime
Zastanawiały mnie te skrajnie różne opinie co do Bokura wa Minna Kawaisoui stwierdziłem, że z tym anime jest jak z wycieczkami w góry- albo je kochasz, albo w ogóle ich unikasz.
Nie jest to wybitne, bo po prostu tego rodzaju serie nie mają w sobie pierwiastka, który zrobiłby z nich coś wybitnego. Bo o czym to właściwie jest? O życiu (nie)codziennym grupy w żaden sposób niepowiązanych ze sobą osób, jak wyłącznie wspólnym zamieszkiwaniem czegoś w rodzaju akademika (nie wiem, czy ten system mieszkalnictwa ma w Japonii jakąś specjalną nazwę, bo raczej różni się to od naszego współlokatorstwa). Akcja (jeśli można tu o takowej mówić) nie jest skupiona na żadnym elemencie dramatycznym, na żadnej tajemnicy, etc., a pokazuje raczej niepoukładane życie ludzi w gruncie rzeczy całkiem normalnych, choć mających swoje dziwactwa i życiowe problemy. Kto ich nie ma?
Główny wątek (czyli podchody miłosne między dwójką licealistów) nie był dla mnie najbardziej interesujący, choć na swój sposób całkiem uroczy. To, co mnie ujęło w tym anime, to dobrze rozpisane postacie, z dużą dawką dystansu i bardzo dynamicznymi interakcjami między nimi.
Na rodzinę jesteśmy niejako skazani i łączą nas z nimi więzy krwi, których tak po prostu odrzucić nie można i czujemy z nimi wspólną identyfikację. Kolegów z klasy/pracy również sobie nie wybieramy, ale łączą nas z nimi relacje czysto zawodowe i o ile z nikim nie nawiążemy bliższych przyjaźni, o tyle te związki są po prostu powierzchowne, na kilka godzin dziennie. Przyjaciół wybieramy sobie sami (bardziej lub mniej świadomie, co również pokazuje to anime), ale z nimi widujemy się najczęściej na gruncie neutralnym, „ziemi niczyjej”, a jeśli zapraszamy ich do siebie, to są u nas gośćmi, pojawiającymi się jedynie na określony czas. Współlokatorstwo jest o tyle specyficzną relacją, że mamy do czynienia z ludźmi, z którymi nie łączą nas ani więzy krwi, ani więzy przyjaźni, a mimo to żyjemy z nimi pod jednym dachem, dzielimy z nimi nasze życie prywatne, naszą bezpieczną przystań i widujemy się w najróżniejszych sytuacjach, zarezerwowanych głównie dla rodziny: małżonków, dzieci, rodzeństwa. Ta specyfika sprawia, że oglądanie takich ludzi na ekranie jest dla mnie interesujące, bo nie codzienne (choć też nie jakoś specjalnie rzadkie, czy dziwne).
Każdy w „akademiku” jest inny: stonowany i uprzejmy, choć mający skrajne skłonności do masochizmu facet, który właściwie nie wiadomo, czym się zajmuje, uroczą (na pierwszy rzut oka) studentkę, stawiającą sobie za cel zwodzenie i porzucanie mężczyzn, którzy wpadną w jej bezwzględne sidła namiętności, piękną, młodą kobietę, która ma problemy z osobowością, w związku z czym wikła się w związki z typami, którzy mają za cel jedynie przelotne zabawy, a co skutkuje wyładowywaniem swoich rozterek i frustracji na całej reszcie współlokatorów (i nie tylko współlokatorów), uprzejmą, pomocną i zawsze uśmiechniętą nadzorczynię, która potrafi pokazać rogi, kiedy trzeba, licealistkę pochłaniającą książki do tego stopnia, ze nawet podczas jedzenia się od nich nie odrywa, oraz jeszcze jednego licealistę- będącego „magnesem na dziwaków”, który- choć pozornie ma problem ze wszystkimi naokoło- doskonale wpasowuje się w ten dom wariatów.
Wątki komediowe są wszędzie i są bardzo dobre. Praktycznie co chwila wybuchałem śmiechem, a nie zdarza się to przy każdej komediowej serii. Główną sferą humoru są interakcje między postaciami, okraszane licznymi gagami. Humor mimo całego mnóstwa absurdu, mieścił się w granicach smaku i nie popadał w groteskę (może czasami, ale były to momenty udane, więc wybaczam).
Bohaterowie sami w sobie nie są specjalnie porywający, ale- jak wspomniałem- relacje, jakie między nimi zachodzą są tak dobrze skonstruowane i tak dynamiczne, że naprawdę przyjemnie się ich ogląda. Do tego ciekawie patrzeć na to, jak wszyscy radzą sobie z tolerancją (a czasami jej brakiem) na odmienność kolegów spod dachu. Jest to chyba najlepszy punkt serii.
Strona wizualna jest bajeczna- wszystkie postacie odróżniają się od siebie, nawet te drugo i trzecioplanowe; są one ładne, może trochę cukierkowe, ale z pewnością nie są mdłe. Krajobrazy są dopracowane, wnętrza pomieszczeń bogate i „pełne”. Kolorystyka mnie uwiodła i sprawiała, że moje oczy odpoczywały. Kreska była jawnie „okruchowa” i nie wyobrażam się takiej np. w shounenie, ale i tak przypadła mi do gustu. Nie wyróżnia się ona, jeśli chodzi o oryginalność, ale i tak pozostawia po sobie przyjemne odczucia.
Strona muzyczna była bardziej skąpa, ale dobrze wpasowywała się w tło i nie drażniła.
Czy Bokura wa Minna Kawaisou ma moim zdaniem jakieś wady? Drobne. Główny bohater (Usa) jest trochę nazbyt zniewieściały, choć jego „chłopięcość” nie była czymś specjalnie irytującym, to po prostu drobny mankament. Brakowało mi też trochę więcej informacji o bohaterach, dzięki czemu moglibyśmy lepiej ich poznać. O ile poznawaliśmy pewne fragmenty ich przeszłości, o tyle były to raczej fragmenty, niż historie życia. Wątek romantyczny mógłby być lepiej wyeksponowany- mamy tu bardzo dużo tęczy i słodkich pierdów, ale przez całe 12 (z odcinkiem specjalnym 13) odcinków właściwie niewiele się wydarzyło między dwójką licealistów. To chyba tyle. :)
Gorąco polecam to anime każdemu, kto lubi właśnie takie klimaty około akademickie, z fajnymi postaciami z całością okraszaną mocnym wątkiem komediowym. Jeśli ktoś nastawia się na oryginalność i głębie, to się zawiedzie. Natomiast jeśli chce miło spędzić czas i pooglądać śmieszne gagi i dobrze wyeksponowanych bohaterów, z mocnym, choć niewinnym wątkiem romantycznym, to z pewnością Bokura wa Minna Kawaisou jest czymś dla niego.
Świetne, jak zawsze
W pierwszych odcinkach dostajemy właściwie to, co zawsze, czyli luźne historie z demonami, którym Takashi, chcąc nie chcąc, pomaga.
To, czego oczekuję od serii, to coś więcej na temat Reiko (choćby tego, z kim i jak się poznała na tyle, żeby zdecydowali się na dziecko) oraz bardziej rozbudowany wątek z klanem Matoba, ze szczególnym uwzględnieniem Matoby Seiji. Choć szczerze mówiąc nawet, gdyby tego zabrakło, to nie byłbym obrażony, gdyż „Natsume”, to coś więcej, niż akcja i intrygi. :)
Ciągle trzyma poziom.
Naprawdę niezłe
Historia była zgrabna, klimat mroczny i wiktoriański, a to uwielbiam. Fabuła była składna i było również trochę napięcia. Było dużo melancholii, ale nadmiar przytłaczającego klimatu jednak bywał ostudzany komediowymi wstawkami, co było bardzo rozsądnym posunięciem. Jednak zdecydowanie najmocniejszą stroną serii byli bohaterowie- oprócz dwójki głównych postaci (o których nie trzeba niczego pisać, bo trzymają poziom i każdy zabierający się za tę część na pewno wie, kim są) na uwagę zasługują chyba wszystkie postacie drugoplanowe z towarzystwa cyrkowego. Wszyscy mieli osobowości, swoje historie, motywację, lęki i fobie, rozterki i urazy… Po prostu mistrzostwo. Byłbym nawet gotów obejrzeć osobną serię skupiającą się na nich, gdyby takowa miała kiedykolwiek powstać. Pomimo tego, że są oni antagonistami, widz w ogóle nie odbiera ich w taki sposób.
Całość była bardzo dobra i polecam każdemu, kto lubi mroczne, wiktoriańskie klimaty, ale mające swój umiar i lekkość.
Pozytywny odmużdżacz
Jest przemoc, jest krew, jest akcja i jest humor. Widz nie musi specjalnie nadwyrężać swoich zwojów mózgowych, żeby to ogarnąć i się przy tym dobrze bawić. Ma być ładnie, miło i przyjemnie. Choć zdaje sobie sprawę, że tutaj brzmi to lekko groteskowo…
Kreska i styl lania się krwi mocno przypomina mi Hellsinga, co jest pozytywnym odczuciem. Poczułem nostalgię i cieszę się na to anime. Nie oczekuję serii sezonu, ale mam nadzieję na świetną zabawę i tryskającą krew, oraz skrajną przemoc okraszaną sporą dozą gagów.