x
Tanuki.pl korzysta z plików cookie w celach prowadzenia
reklamy, statystyk i dla dostosowania wortalu do
indywidualnych potrzeb użytkowników, mogą też z nich korzystać współpracujący z nami reklamodawcy.
Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.
Szczegóły dotyczące stosowania przez wortal Tanuki.pl
plików cookie znajdziesz w
polityce prywatności.
Re: meh
Fakt, że ktoś myśli nie oznacza jeszcze, że jest inteligentny. Gon jest inteligentny na swój specyficzny sposób, ale nie w tradycyjny, który określa się za pomocą zdolności logiczno‑matematycznych (najpowszechniejsze postrzeganie inteligencji). Gon ma do tego niezwykle rozwiniętą intuicję i instynkt, o czym wspominał Wing i to na nich najczęściej się opierał.
Do wpadnięcia na te wszystkie plany nie potrzeba było geniuszu. W sytuacji z wężami Gon jak krowie na rowie użył właśnie swojej intuicji i doświadczenia ze zwierzętami i naturą. Nie trzeba było się specjalnie wykazywać intelektem. Owszem, Gon nie jest idiotą, ale nie nazwałbym go specjalnie inteligentnym, bo z pewnością taki nie jest.
Plot Armor- is an informal term referring to a character's ability to survive infinite damage, due to their importance to the story.
To bez znaczenia, czy postaci myślały i dlatego przetrwały, czy nie. Wszyscy żyją, bo autor tak chciał. Tyle w temacie- żadna filozofia.
Przeciwnie. Nakreśla się i buduje sytuację na dosłowną chwileczkę, dosłownie w punkcie, który według autora jest istotny i nie może zostać pominięty przez widza. Narrator w „HxH” natomiast dokładnie, ze szczegółami i bardzo skrupulatnie opisywał wszystko, ale to wszystko, co można było zobaczyć gołym okiem. Nie jedną, konkretną rzecz, a całą/całe scenę/sceny. Zauważ tę, mało subtelną, różnicę. Nakreślenie, jak sama nazwa wskazuje, ma pobieżnie coś przedstawić.
Przeciwnie. Właśnie przez to, że narrator wszystko skrupulatnie opisywał i wyjaśniał, widz nie musi praktycznie w ogóle myśleć. Ba! przez tę precyzyjną narrację nie ma nawet czasu na własną refleksję i interpretację, ponieważ robi to za niego autor. W scenach akcji ma być akcja, w scenach wymagającej refleksji ma być refleksja. Sztuka polega na tym, żeby zmusić widza do tego, aby odpowiednio reagował za pomocą samej treści, a nie na tym, żeby to wszystko za niego robić, żeby nie daj Boże czegoś nie pominął czy nie zrozumiał.
Ale ja nie potępiam samego faktu, że był narrator, przeciwnie- narracja to bardzo fajne narzędzie w filmie, tylko trzeba znać umiar i wiedzieć, kiedy można i trzeba ją zastosować. Tutaj twórcy się nie popisali, bo w jednych scenach narracja była absolutnie zbędna, w innych była nazbyt użytkowana. Cóż, „nazbyt użytkowana”, to bardzo łagodne określenie. Powiedziałbym: nadużyta do granic możliwości.
Do reszty się nie odniosę, z woli moderatorów. Napiszę tylko, że twoje zdanie świadczy o tym, że w ogóle nie zrozumiałeś mojej wypowiedzi, bo nigdzie nie napisałem, że brakowało mi naparzanek, akcji i mordobicia.
Re: Magiczne i niezwykłe
Ach, to są właśnie uroki oglądania anime po mandze. :) Ja oglądałem tę serię nie znając papierowego oryginału, więc takie rzeczy, o których wspomniałaś, nie są dla mnie specjalnie rażące (czy najzwyczajniej w świecie ich nie zauważam).
O właśnie! Wiedziałem, że o czymś zapomniałem wspomnieć. Faktycznie, poczucie humoru jest tutaj zacne, a to jeszcze bardziej potęguje głębię postaci (nie są „tylko ponure”, ani „tylko zabawne”, a potrafią pokazać zarówno jedną, jak i drugą stronę).
Bohaterowie są zawsze najważniejsi. Fabuła może się nie do końca kleić, akcja może być średnia, grafika też może nie zachwycać, ale jeśli bohaterowie mają „to coś” i są urzekający, to da się oglądać taką serię. Natomiast jeśli fabuła jest świetna, jakość wizualna urzekająca, a akcja może być niezwykle efektowna, ale postaci są jednowymiarowe i bez wyrazu, to przy takiej serii długo się nie wytrwa. Tak jest przynajmniej w moim przypadku.
Re: meh
Używają mózgu, zgadza się, ale czy ja gdzieś napisałem, że nie? Przeciwnie, zaznaczyłem wyraźnie, że to właśnie bohaterowie są największym atutem tej serii. Nie oznacza to jednak, że nie ma tutaj Plot Armoru. kliknij: ukryte Kto ze znaczących bohaterów (tych pozytywnych) zginął oprócz Netero? Nikt. Mamy tu masę śmierci, jednak postaci trzecio, czwartoplanowych. Czy to nie jest Plot Armor?
Arc „Chimera Ant” pod względem fabularnym był świetny (i w mandze wyszedł całkowicie satysfakcjonująco), ale z perspektywy akcji i jej posuwania się do przodu, oraz skupiania się na konkretnych wątkach był nieziemsko rozślimaczony i przynudzał. Momentami, z powodu narratora, miałem wrażenie, że ten arc został stworzony dla idiotów i każde posunięcie się bohatera trzeba tłumaczyć 15 minut widzowi, bo nie daj Boże nie załapie co się właśnie a anime dzieje. Błagam!
Ta wypowiedź jest niezwykle ignorancka. Fakt, że nie jesteś w stanie zrozumieć, że komuś pewne rzeczy mogą się nie podobać, Ba! Nawet podają bardzo słuszne argumenty na podtrzymanie swojej opinii, źle świadczy o tobie, nie tych osobach (w tym mnie). Masz ciasny światopogląd i doradzam odrobinę empatii w tym zakresie. Tak, napisałem to personalnie, bo i twoja wypowiedź była ad personam.
6/10
Postacie są oczywiście cudowne i intrygujące. Ich osobowości, zachowanie, historie, motywacje [...] to wszystko jest zbudowane z niezwykłą precyzją i w taki sposób, że chce się ich oglądać, zrozumieć, bliżej poznawać. (w anime zostało to odrobinę okrojone, ale to są realia animacji mang, więc się nie czepiam)
Fabuła nie należy może do najoryginalniejszych, ale nie jest oklepana, ma ręce i nogi, oraz jest budowana z dużą umiejętnością; nie nudzi, nie wieje żenadą i jest stworzona z sensem.
Świat przedstawiony jest bardzo różnorodny, skomplikowany, bogaty i wciągający. Każdy kolejny wymiar, choć wzorowany mniej lub bardziej na naszym świecie, jest bardzo intrygujący i przyciągający uwagę. Magia, istoty magiczne, czas i eksperymentowanie z nim… To wszystko jest zrobione z dużą dokładnością i pieczołowitością.
Oprawa muzyczna oczywiście mistrzowska. Chce się jej słuchać i słuchać, a ulubionych kawałków nie można się doliczyć. Muzyka pełna melancholii, romantyzmu, akcji, napięcia i patetyczności. Nic dodać, nic ująć.
I za to wszystko dałbym jakieś 9/10, może nawet pełną dychę. JEDNAK to nie takie proste. Jakiś rok temu sięgnąłem po mangę i zostałem oczarowany po raz kolejny. Kilka miesięcy temu natomiast, po wielu, wielu latach postanowiłem po raz kolejny obejrzeć anime. No i co? Zostało mocne rozczarowanie.
Bohaterowie zostali komicznie wychudzeni i przedłużeni (wiem, manga również była w taki stylu rysowana, ale w anime to spotęgowali, co wychodziło momentami wręcz groteskowo). U Kurogana w ogóle nie było widać masy mięśniowej, a jednak miano super wojownika zobowiązuje; między nim, a Fayem nie było praktycznie żadnej różnicy w budowie.
Stroje i krajobrazy zostały bardzo mocno uproszczone, a animacja jest tutaj mocno średnia. Wiem, to nie wczorajsze anime, i ma już te 10 lat, do tego bogactwo strojów w wersji papierowej jest wyjątkowe i trudno byłoby je zawrzeć w anime, ale subiektywnego rozczarowania nie anuluję sobie tak po prostu…
Fillerowe wątki czuć z daleka i są bardzo męczące (nie tak, jak w „D Gray‑manie”, ale jednak, co również na duży minus).
Także dałem 6/10. Taka byłaby moja ocena, gdybym dziś trafił na to anime, bez wątku sentymentalnego i znajomości mangi. Ponieważ jednak znam mangę i mam sentyment do tej serii, to pomimo tej, dość niskiej ocenie, „Tsubasa Chronicle” pozostaje w czołówce moich ulubionych serii.
Re: Magiczne i niezwykłe
Magiczne i niezwykłe
Na przód wysuwają się bohaterowie; ich złożoność, nieschematyczność (choć pozornie takowa jest), nieodgadnięte i często pozornie niewspółmierne do tych postaci motywacje. Na pierwszym miejscu pod tym względem zdecydowanie umieściłbym głównego bohatera, Oza, który jest naprawdę intrygujący i momentami szczerze nie do rozgryzienia. Psychologizacja postaci jest na bardzo wysokim poziomie, a że to jest zawsze najważniejszy dla mnie punkt odniesienia przy ocenie całości, zostałem w pełni oczarowany i przede wszystkim usatysfakcjonowany.
Uniwersum jest już bardziej skomplikowaną sprawą. Z jednej strony mamy niezwykle magiczny, wiktoriański świat, który urzeka swoim klimatem, z drugiej jednak strony zabrakło mi tutaj trochę złożoności i wątków natury tego to świata. Jednak, pomimo tego fabuła jest na tyle skoncentrowana na konkretnych sprawach/wydarzeniach, że widz nie ma poczucia „niedosytu” w tej kwestii.
Oprawa muzyczna urzeka, ale to nic dziwnego przy Kaijurze Yuki, która urzekła mnie już lata temu przy „Tsubasa Chronicle”. Niezwykły klimat, który potęguje wszystkie emocje, jakie możemy poczuć obserwując przygody bohaterów, a do tego patetyczność w najlepszym znaczeniu tego słowa.
Kreska w „Pandorze” jest niezła i tu bym nawet nie narzekał, ale animacja jest naprawdę średnia… Nie ma co się oszukiwać, ten punkt serii jest zdecydowanie najsłabszy. Myślę jednak, że historia i postaci tego anime rekompensują te defekty.
Ocena 8/10. Dałbym wyżej, ale historia niedokończona, więc mam ogromny niedosyt oraz nie mógłbym nie uwzględnić oprawy wizualnej. Z chęcią czekałbym na kontynuację, choć patrząc na wiekowość tego anime, jest to raczej wątpliwe. Wielka szkoda.
Szok i niedowierzanie
Uniwersum- mechanika świata, zasady nenu, konstrukcje polityczno‑prawne, to wszystko jest na naprawdę wysokim poziomie i widać, że autor się postarał i włożył w stworzenie tego świata bardzo dużo czasu.
Sam nen jest pomysłem ciekawym, złożonym i kreatywnym, jednak miałem wrażenie, że momentami niektóre moce/umiejętności są zbyt przekombinowane, jeśli oprzemy je właśnie o zasady samej natury nenu. To jednak nie jest jakaś tam wielka wada.
Bohaterowie, to chyba najlepszy punkt tej serii. Mamy świetnych protagonistów, intrygujących antagonistów, ciekawe postaci. Każdy jest wiarygodny, każdy jest złożony i ma „to coś”. Każdy bohater ma jakąś przeszłość, jego działania/poglądy nie są puste i przejaskrawione (tutaj czasami tylko nazbyt raził mnie Kurapika). Gon, pomimo swej prostej natury i raczej przeciętnej bystrości, jest osobą niezwykle skomplikowaną i wielowymiarową. Killua nie ustępuje tutaj Gonowi nawet odrobinę. Jego mroczna strona i często brutalno‑porywczy charakter doskonale komponuje się z jego wrażliwością i poczuciem przyjaźni, honoru. Wcześniej nie sądziłem, że dwie tak różne strony osobowości można by ze sobą tak dobrze i płynnie połączyć.
Antagoniści są w „Hunter x Hunter” równie ciekawi, co ci dobrzy. Przodują tutaj zdecydowanie mroczny i przerażający Illumi oraz perwersyjny i przebiegły Hisoka. Obaj ekscentryczni i obaj piekielnie inteligentni. Osobno są świetni, ale kiedy są razem, to tworzą duet wręcz idealny, niepozbawiony czarnego humoru, ale i groźnego napięcia.
Trzeba też pamiętać, że rozwój postaci (mam tu na myśli raczej osobowościowy, nie siłę i umiejętności) jest bardzo dobrze skonstruowany. Bohaterowie dojrzewają, dorastają i sie zmieniają, ale nie jest to zrobione sztucznie czy bez namysłu.
Teraz sprawa fabuły…
Ta jest stosunkowo prosta i przewidywalna. Gon poszukuje ojca, a żeby go znaleźć musi stać się silniejszy. Aby zdobyć siłę i znaleźć ojca musi przeżyć wiele przygód, często groźnych i trudnych. Napotyka wielu wrogów, ale poznaje również wielu przyjaciół.
Najgorzej przeszedł zdecydowanie arc Chimera Ant. Byłem nastawiony do niego z wielkim oczekiwaniem i fabularnie był zdecydowanie najbardziej złożony i ciekawy. Jednak pojawiło się tutaj tyle faili, że obecnie postrzegam tę część „Hunter x Hunter”, jako jedną z najgorszych.
W recenzji wszystko zostało bardzo dobrze opisane, więc tutaj nie mam nic do dodania.
Grafikę i animację uważam za naprawdę na wysokim poziomie, biorąc pod uwagę, że seria ta jest tasiemcem. Soundtrack jest bardzo dobry i klimatyczny.
Z wad mogę wymienić zbytnią narrację, brak płynnego przechodzenia z arcu do arcu (miałem momentami wrażenie, że HxH jest jakąś grą, a główni bohaterowie zdobywają kolejne levele), w niektórych momentach przerost formy nad treścią, uproszczenie, bądź niepokazanie niektórych walk, które byłyby niezwykle emocjonujące. No i oczywiście ten Plot Armor, który obejmuje wszystkich głównych i drugoplanowych bohaterów. Dalej w fabule mamy jednak trochę śmierci, ale jednak o tych bliżej poznanych martwić sie nie musimy.
Głównie w arcu „Chimera Ant”. Przykłady? Bardzo długie i monotonne gadanie narratora, w czasie pokazywania „zdjęć” wydarzeń, zamiast płynnej akcji. Tak było w przypadku przedstawienia tego całego króla NGL (i jego całego życiorysu), rozpoczęciu ataku na Republikę Wschodniego Gorteau, podczas walki między Yuupim, a Knucklem… Kilka momentów spokojnie by się jeszcze znalazło.
Re: czemu ma taką kiepską ocenę?
Pozytywnie zaskoczony
Żeby nie było, w tym anime raczej nie znajdziemy niczego super wyjątkowego. Mimo wszystko jednak polecam, bo ogląda się tę serię bardzo ciepło, miło i przyjemnie.
Nie jestem specjalistą, ale myślę, że obraz sielanki japońskiej prowincji został dość mocno podkoloryzowany. To mi jednak nie przeszkadzało- przeciwnie- wypływające z tej sielanki poczucie humoru było na bardzo wysokim poziomie. Może nie pokładałem się ze śmiechu, ale wybuchałem nic nie raz, nie dwa.
Postacie nie są wyjątkowo skomplikowane czy oryginalne, ale są bardzo ciepłe, zabawne i zaczyna się je lubić od pierwszego wejrzenia. Do tego, pomimo swojego nieskomplikowania, każda jest autentyczna i zachowuje na tyle indywidualizmu, że pozostaje zapamiętywalna.
Nie znalazłem tutaj wzruszających wątków, ale też, będąc już po pierwszym odcinku, nie nastawiałem się an ckliwość i melancholię.
Polecam sympatykom gatunku i osobom, które lubią się zrelaksować przed monitorem. To anime jest na tyle pogodne, że z pewnością można je obejrzeć w gorszy dzień. Daję mocną siódemkę.
Zakończone
Z początku postrzegałem tę serię, jako dobrą, ale bez specjalnej rewelacji. Jednak im dalej brniemy w fabułę, tym bardziej nas wciąga.
Najmocniejszą stroną tego anime jest zdecydowanie ten gotycko‑wiktoriański klimat, który jednak nie był zbyt ciężki, aby trawić go z trudnością. Humor i powaga zostały dobrze zgrane i wyważone.
Kolejnym plusem jest akcja. Mamy dobrych antagonistów, mamy rozwój, ale nie karykaturalne metamorfozy i zdobywanie kolejnych power upów. Zarówno wśród wrogów, jak i wśród protagonistów możemy znaleźć postaci warte uwagi, które stają sie naszymi ulubieńcami.
Uniwersum jest niestety pokazane bardzo wyrywkowo. O ile dobrze zostały wytłumaczone natura Innocence, Akum, czy „wrogów ludzkości” (Noah) i ich zależności, o tyle poważnie zabrakło mi tutaj elementów politycznych (ich skrawek mogliśmy zaobserwować jedynie pod koniec serii), które są niezwykle istotne w odbiorze i wiarygodności. Niby jest to nasz XIX‑wieczny świat, tylko z dodatkami, ale jednak brakuje tutaj wielu wyjaśnień i pokazania zależności wypływających z mechaniki i konstrukcji świata.
Postacie są ukazane bardzo przyzwoicie. W tej kwestii jestem niestety bardzo wymagający, dlatego trochę zabrakło mi tutaj złożoności natury ludzkiej i jej komplikacji (przez co bohaterowie wydają mi się odrobinę zbyt prości), ale absolutnie nie można o nich powiedzieć, że są płytcy, czy bez wyrazu, więc nie narzekam.
Soundtrack bardzo klimatyczny, umiejętnie wpisywał się w mroczność serii i dopełniał stylistykę. Można znaleźć tutaj swoje ulubione kawałki i je wyłapywać.
Jeżeli chodzi o efektowność walk, to tutaj „D Gray‑man” jest raczej średnio przyzwoity. Umiejętności i moce bohaterów są oczywiście umiejętnie skonstruowane i zastosowano tutaj wiele ciekawych pomysłów, jednak (oprócz pojedynczych momentów) brakowało mi tutaj jakiegoś kopa. Takiego kopa dostarczył mi jedynie Allen po swojej metamorfozie, oraz ostatnia walka, o której nie będę spoilerować (kto oglądał, ten na pewno wie, o którą walkę, czy raczej walki, mi chodzi).
Całość oceniam na mocne 8. Może nawet byłoby 9, ale jednak w kilku miejscach „D Gray‑man” wypada na niewiele ponad przyzwoitość. Polecam jednak każdemu, kto lubi shouneny‑tasiemce, ale ma również trochę wyższe wymagania wobec serii, niż tylko bijatyka i cycki (których w tym anime zdecydowanie nie ma).
Bardzo średnie
Od czego by tu zacząć… Chyba zacznę od kreacji świata przedstawionego.
Ten prezentuje się bardzo przyzwoicie i ciekawie, choć jest mocno wybrakowany. Motyw wiecznej nocy wygląda bardzo atrakcyjnie i ciekawie. Motyw pszczół‑listonoszy, choć początkowo uważałem, iż jest to pomysł tandetny, okazał się całkiem dobry. Czego więc zabrakło? Całokształt i mechanika tego świata praktycznie nie została wyjaśniona. Dlaczego nie ma słońca? Skąd wzięło się to sztuczne? Kto podzielił świat na dystrykty? Dlaczego listonosze zajmują się walką z potworami, a nie ma utworzonej żadnej jednostki specjalnej, która by zajmowała się tym konkretnym problemem? Skąd wzięły się w ogóle te mecha‑robale?Czy świat wyglądał kiedyś inaczej? Jeśli tak, to z jakiego powodu się zmienił? ... Można by odpowiedzieć na te i jeszcze na dobrych kilkanaście pytań, a dziury w tym wykreowanym świecie i tak byłyby nadal mocno odczuwalne. Sądzę, że to na tym poziomie seria prawie najmocniej kuleje.
Bohaterowie prezentują się całkiem okej. Jednak to właściwie wszystko, co można na ich temat powiedzieć. Ani nie są wyjątkowo beznadziejni, ani też wyjątkowo głęboko skomplikowani. Główny bohater mocno mnie irytował, jednak tę irytację tuszowała jego blond‑towarzyszka, która prawie nie opuszczała go na krok. Gruby listonosz miał być chyba śmieszkiem, a wyszedł po prostu sympatyczny chłopiec. Zazie miał chyba robić za mściciela, a wyszedł słaby tsundere, który jednak był o tyle ciekawy, o ile nie irytujący. Jego chęć zemsty została tak słabo pokazana, że wyszła wręcz plastikowo i bez wyrazu. Najciekawiej skonstruowaną postacią była tu chyba Sylvette, która jednak nie występuje jako postać kluczowa. Reszta postaci jest całkiem okej. To tyle w ich temacie.
Najbardziej kulejącą stroną tego anime są sceny walki. Zastosowane komputerowe animacje były wyjątkowo widoczne i mało atrakcyjne, że o wyszukaniu, czy kreatywności nie wspomnę. Nie było nawet jednego momentu, który można by nazwać widowiskowym, czy chociażby intrygującym. Z tej strony „Tegami Bachi” wypada zdecydowanie najgorzej.
Kreska jest natomiast bardzo estetyczna. Postacie są rysowane ładnie. Nie ma się odczucia, że każda postać to jedna i ta sama osoba, tylko, że z różnymi fryzurami, kolorami włosów i oczu, co niestety często ma miejsce w tych „średnich” seriach. Z początku ten, już wcześniej wspomniany, motyw wiecznej nocy był przygnębiający, ale z czasem zacząłem dostrzegać w nim pewien specyficzny i całkiem uroczy klimat, co wyszło jak najbardziej na plus.
Soundtrack był miły dla ucha, ale również nie powalał. Oprócz pojedynczych scen i do porzygu powtarzającej się „Arii na strunę g” Bacha, został on dobrany raczej dobrze i fortunnie.
Całość oceniam na 6 z dużym minusem. 5 to trochę za mało, jednak szóstka również zobowiązuje, a ta seria w żaden sposób nie wychodzi ponad przeciętną. Ani w konstrukcji bohaterów, ani świata przedstawionego, ani animacji, ani kreski, ani nawet soundtracku. To wszystko było albo mocno średnie, albo po prostu przyzwoite.
To troszkę zawodzące, ponieważ pomysł na tę serię uważam za naprawdę świetny i można było zrobić z tego mały majstersztyk. Polecam głównie osobom, które nie mają za bardzo co zrobić ze swoim czasem wolnym, a chcą w miarę miło go zabić.
Re: Wszystko pięknie, ale szkoda, że 45 minut...
Niezwykłe
Nie mogłem nie skojarzyć „Hotarubi no Mori e” z „Kamizelką” Bolesława Prusa, która również przedstawia tę samą stylistykę i formę przekazu uniwersalnych prawd o miłości. Jak mógłbym się nie wzruszyć? Bardzo trudno jest stworzyć arcyciekawą historię, z głębokimi i skomplikowanymi bohaterami, z wiarygodnym uniwersum, a to wszystko zawrzeć w inteligentnej i dobrej formie. Jednak uważam, że opisanie, tudzież narysowanie historii z gatunku „okruchy życia” w nowelistyczny sposób, a żeby nie było to zrobione tandetnie, prosto (w negatywnym sensie), płytko, czy najzwyczajniej w świecie nudno, jest równie trudne. Może i nawet trudniejsze, bo w przypadku tych „wielkich opowieści” sprawa jest jasna. Albo coś jest dobre, albo nie. Jednak w tego typu historiach, jakie reprezentuje „Hotarubi no Mori e”, granica między dziełem, a kiczem jest bardzo cienka i subtelna.
Nie znajdziemy w tym anime niczego, czego byśmy nie wiedzieli; co do tego nie mam wątpliwości. Historia Gina i Hotaru przekazuje nam obraz i uczucia, które każdy z nas dobrze zna, JEDNAK często o nich zapominamy. To anime pomaga nam przypomnieć sobie o tym, w jak niewinny i prosty sposób dzieci czują. A przecież każdy z nas był dzieckiem. Uczucia się nie zmieniają, lecz sposób, w jaki je przekazujemy i odbieramy już tak. Jeśli będziemy pamiętać o naszym wewnętrznym dziecku i je pielęgnować, to z pewnością będziemy lepszymi ludźmi. Myślę, że to właśnie o tym jest historia Hotaru i Gina.
Jakby to napisać...
Z postaci warte wypisania są jedynie trzy:
1. Inukashi prezentuje się, w moim mniemaniu, najlepiej. Przede wszystkim jest to postać niepozbawiona sensu i logiki, a to w tym anime jest na wagę złota. Psiara ma całkiem ciekawy charakter. Obiektywnie rzecz biorąc, jest postacią raczej przeciętną, ale w „No. 6” wyróżnia się najpozytywniej. Jako jedyna postać przechodzi przemianę w światopoglądzie i zachowaniu w sposób naturalny i nienaciągany. Obecność Shiona- jego naiwność, idealizm i dobroć- sprawiają, że Inukashi zaczyna się otwierać i zauważa, że już nie tylko psy cokolwiek dla niej znaczą, ale również człowiek, który doświadczył ją czymś, czym żaden człowiek, w jej mniemaniu, nie mógł obdarzyć drugiego człowieka. Niestety sama końcówka wykpiła to wszystko, ale o tym później…
2. Następny jest Nezumi. Spodobał mi się po prostu jako postać. Nic w nim wyjątkowego, charakter posiada dość schematyczny, ale jednak nie irytował bardziej, niż przeciętny bohater No. 6. Momentami irytowała mnie ta jego huśtawka humorów, ale, będąc partnerem czasowym dla Shiona, na jego tle wypadał wręcz perfekcyjnie.
3. I teraz Shion… Zdecydowanie numer jeden najbardziej irytującej, nielogicznej i bezsensownej postaci. Nie ma w nim absolutnie nic wartego uwagi. I gdyby to była jedyna jego wada, to świat byłby dla mnie piękniejszy. Niestety, była to jego najlżejsza wada. Jego brak logiki, całkowita uległość wobec Nezumiego, przy jednoczesnym biernym, wyidealizowanym uporze, wołały o pomstę do nieba. Momentami dawał sobą pomiatać jak śmieciem, ale kiedy ktoś wypowiadał się Negatywnie o jego psychicznym dręczycielu, oburzał się jak dziewica na pierwszej randce. Byłoby to nawet zabawne, gdyby nie było tak irytujące.
Zakończenie jest kwintesencją absurdów, niedomówień i fabularnych dziur. To, co działo się w jakichś dwóch ostatnich odcinkach nie da się opisać w cenzuralny sposób. Zakończenie „No. 6” winno być podręcznikowym przykładem tego, czego nie robić z anime. Bezsens goni bezsens, a emocji jest tam tyle, co śniegu w ostatnie święta Bożego Narodzenia.
Po przeczytaniu powieści (a jakże, musiałem) stwierdziłem, że forma pisana niewiele się różni właściwie od formy zekranizowanej. W książce jest po prostu o wiele więcej nic niepotrzebnych wątków, których w anime nie pomieszczono. Jednak jakieś tam różnice są. Zauważyłem, że te nieliczne zalety serii są w książce bardziej wyraziste, a wady dużo bardziej zobrazowane i wręcz wywalone na wierzch. książkowa Inukashi jest jeszcze ciekawsza i książkowy Shion jest jeszcze bardziej irytujący. Przechodzenie przez te wszystkie przemyślenia, idee, uczucia białowłosego były istną katorgą.
Jedna pozytywna rzecz z przeczytania powieści jest taka, że dziki temu udało mi się zrozumieć to, co nie zostało pokazane w anime, czyli wypełniłem sobie te wszystkie dziury fabularne. Cóż, powieść „No.6” może nie posiada zbyt wiele absurdów, jak anime, ale jest równie niszowe i słabe, krótko mówiąc: niewarte uwagi.
Re: Zobaczymy
Co do Allena- może trochę przesadziłem. „Bylejaki”, to jednak za mocne określenie. Nie zmienia to jednak faktu, że wydaje mi się trochę szarawy i bez większego wyrazu. Jednak w sytuacji z Sumanem wkurzył mnie na maksa (ale to już uroki shonenów i w prawie każdym powtarza się ten sam schemat). kliknij: ukryte Ludzie naokoło umierają, Suman okazał się zdrajcą i z powodu szaleństwa stał się poważnym zagrożeniem, a Allen myśli tylko o tym, że Suman musi żyć, bo przecież tak bardzo chce żyć… Ludzie z tej chińskiej wioski przecież AŻ TAK bardzo żyć nie chcieli…
Po prostu kreska kojarzy mi się z różnymi anime sprzed dekady, dwóch. Jest oczywiście bardzo ładna, po prostu mam takie skojarzenie. No, a animacja nie budzi podziwu i nie jest super wystrzałowa, jednak nie ma w tej serii jakichś szczególnych faili, więc jest dobrze.
Zobaczymy
Kreska i animacja nie powalają, ale nie ma co się dziwić, bo nie jest to anime zeszłoroczne. Pomysł całkiem ciekawy, ale jeszcze nie widzę „tego czegoś”. Czuję tutaj klimat „Kuroshitsuji”, co nie jest takim znowu komplementem, bo tamta seria również była raczej średnia. Choć sama stylistyka jest naprawdę dobra.
Jednak już na tym- wczesnym – etapie muszę się mocno nie zgodzić z większością opinii na temat głównego bohatera. Allen nie jest wcale postacią normalną, a przez to wyróżniającą się na tle innych głównych bohaterów shounenowych, a zupełnie bylejaką. Nie ma w sobie absolutnie nic przyciągającego, nurtującego czy uroczego. Jest płytki, ma dwuwymiarowy charakter i przeciętną osobowość. Jeśli nie ma obok niego kogoś ciekawszego, kto przykrywa jego jestestwo, to jego wątki bardzo mnie męczą.
Póki co wytrzymuję jeszcze przy tej serii jedynie dzięki Laviemu i obietnicy znacznej poprawy po ok. 50 odcinkach. Mam nadzieję, że się nie zawiodę i nie będę żałować tego czasu, który przeznaczyłem właśnie na tę serię.
Urzekające
Wykreowany świat jest na naprawdę dobrym poziomie. Jest wiarygodny, konkretny, klimatyczny i zasadny. Nie jest to, co prawda, poziom „Fullmetal Alchemist Brotherhood”, ale i tak wypada świetnie na tle całej masy shonenów, które widzimy na co dzień.
Jeżeli chodzi o magię i jej specyfikę, to generalnie jest duży plus, ale mam jednak jedno „ale”: uważam, że magowie zostali skrzywdzeni w tej serii. O ile „Kandydaci na króla” po każdym zdobytym labiryncie dostają naprawdę świetne power upy, o tyle magowie wypadają przy nich poważnie blado. Rozumiem chęć pokazania dysonansu pomiędzy nimi, jednak poszło to trochę za daleko. Nie licząc Magich, to trudno doliczyć się więcej znaczących magów, niż liczą palce jednej ręki. Zarówno pod względem siły i umiejętności, jak i pod względem ważności fabularnej.
Bohaterowie jak najbardziej na plus. Trudno kogoś nie lubić, a postaci irytujących się tutaj raczej nie znajdzie. Aladyn co prawda może większość osób momentami irytować swoim idealistycznym podejściem do świata, jednak ja uważam, że jest to jego mocna strona i za to go lubię. Dlaczego? Chociażby dlatego, że mamy tutaj wiele odniesień i symboliki religii Abrahamowych i trudno nie dopatrzeć się w Aladynie Mesjasza- jego działanie ma podwaliny w jego genealogii, przeznaczeniu i samym jego jestestwie. Do tego chłopak, pomimo swojej naiwności, dość twardo stąpa po ziemi i nie jest ślepy na rzeczywistość. Trudno dopatrzeć się w nim głupot, jakie co chwila widywaliśmy u Uzumakiego.
Alibaba nie jest wyjątkowo oryginalnym bohaterem, ale wzięcie go za postać schematyczną byłoby krzywdzące i nieprawdziwe. Chłopak jest zabawny, pozornie beztroski, ale generalnie rzecz biorąc dobry. Ma swoje wady, ale nie górują one nad zaletami. Morgiana natomiast zupełnie wyrwała się ze schematu typowej dziewczyny z shounena; nie jest głupiutka i irytująca, nie ma balonów Pameli Anderson, ani nie robi się z niej postaci „kawai”. Jest silna i momentami przeraża swoich przyjaciół, ale trudno dopatrywać się w niej porywczości Sakury.
Kreska i animacja, ogólnie rzecz biorąc ładne, ale momentami wołają o pomstę do nieba. Za taniec Morgiany powinni kogoś wsadzić za kratki, bo była to zbrodnia niesłychana.
Nie wiem dlaczego recenzent przyczepił się do soundtracku. Mnie bardzo przypadł do gustu i znalazłem w nim swoje perełki. Do tej pory (a oglądałem „Magi” jakieś 2 lata temu)mam na telefonie kilka kawałków. Co do openingów i endingów się zgadzam, jednak ja nie należę raczej do osób, które na to zwracają uwagę- ta część anime jest najczęściej przeze mnie przewijana, więc ten punkt nie mnie oceniać.
Im brniemy dalej w historię („The Kingdom of Magic” i manga), tym staje się ona co raz bardziej zawiła (ale nie przekombinowana)i intrygująca. Jestem wielkim fanem „Magi” i mam do tej serii ogromny sentyment. Mam jednak świadomość wad, które ów seria niewątpliwie posiada, ale mimo to gorąco polecam, szczególnie osobom, które szukają w anime czegoś więcej, niż jedynie zapierających dech w piersiach scen batalistycznych, cycków, pustej rozrywki czy zwykłego zabicia czasu. Nie znajdziemy tu jednak intelektualnych wywodów; na trudne pytania natury egzystencjalno- ideologicznej seria nie odpowiada praktycznie czy ściśle, a raczej podchodzi do tych spraw symbolicznie i metaforycznie.
Nie twierdzę, że spodoba się każdemu, jednak daję tej serii mocne 8/10 i niewątpliwie ląduje ona w moich ulubionych.
Nieporozumienie
Najgorsze jest to, że pierwsze dwa, trzy odcinki dawały nadzieję na coś przyzwoitego. Niestety, zrobił się z tego nudny pseudo hentai, a później było już tylko gorzej…
Głównego bohatera właściwie nie potrafię określić. Z jednej strony nudny i bez wyrazu, z drugiej nawet uroczy. Z jednej strony nieśmiały i urzekająco miły, z drugiej niewydarzony i taki niby męski.
Najgorszy był chyba cały koncept tego „dzieła”. Kiedy po raz pierwszy mieliśmy to „odświeżenie scenariusza”, to minęło trochę czasu, zanim w ogóle połapałem się o co właściwie tutaj chodzi… Bardziej absurdalnego i głupiego pomysłu na stworzenie anime chyba jeszcze nie widziałem.
Nudy na pudy ciągnęły się, od czasu do czasu urzekając nas cyckami, które wcale wrażenia nie robiły, a przez całą tę otoczkę wręcz załamywały. Do tego większość tych scen seksu była tak fatalnie wyreżyserowana i poprowadzona, że wołało to o pomstę do nieba.
Postacie, to jedna wielka sztampa. Podana w miarę strawny sposób, który tylko momentami okazywał się głupi, infantylny, płytki, bądź wyuzdany bez powodu. Nie tyczy się to jednak Haruki i Sory, którzy dawali tutaj popis swojej głupoty.
Zachowania poszczególnych bohaterów bywają nienaturalne i głupie (to słowo pojawi się jeszcze kilka dobrych razów).
kliknij: ukryte Jeżeli siostra przyłapuje brata w czasie, dość intensywnego, trzeba przyznać, seksu, to wypadałoby wyjść z pokoju, zrobić scenę, uciec z płaczem, czy cokolwiek w tym stylu. Ale żeby zacząć szarpać półnagą dziewczynę i wywalić ją za drzwi, w czasie którego chłopak siedzi i się przygląda całej scenie? Coś jest tutaj nie tak. I argument, że Sora kocha swojego brata mnie nie przekonuje.
A po tym wszystkim, kiedy Haruka powinien żądać od siostry przeprosin, ten jeszcze pragnie, aby siostra mu wybaczyła….
Ostatni scenariusz okazał się jednak najgorszy. W nieskończonych odmętach swej naiwności sądziłem, że kiedy dojdzie do wątku między naszym rodzeństwem (który został zapowiedziany już, tak naprawdę, na samym początku), może zadziać się coś fajnego, ciekawego, innego od reszty tego całego bagna. Niestety- to, czym nas uraczyli wołało o pomstę do nieba. Było niesmaczne, karykaturalnie przesadzone, a melodramat walił do nas drzwiami i oknami. Twórcy zrobili wszystko co mogli, żebyśmy poczuli nieprzyjemny ucisk w żołądku, niewywołany wzruszeniem czy prawdziwym przejęciem, a tym niestrawnym, ciężkim klimatem.
kliknij: ukryte Z Sory- dziewczyny słabej, chorowitej, zamkniętej w sobie i oschłej- zrobiła się wyuzdana i niewyżyta Femme Fatale. Nie kupiłem tego obrazka. Nie kupiłem całej tej otoczki. To było po prostu niewiarygodnie głupie.
Z plusów mogę wymienić tylko ładną kreskę (która jednak dość często zawodziła), przyzwoity, choć niewyszukany soundtrack oraz dość ciekawy pomysł na fabułę, który jednak został zniszczony zanim jeszcze wcielono go w życie.
Ocena 2/10 jest jak najbardziej słuszna.
Całkiem niezły
Kreska urzekająca, animacja również na bardzo dobrym poziomie. Postacie rysowane są ładnie, estetycznie, wyróżniająco się. Kolorystyka momentami trochę zbyt jaskrawa, ale to nie był jakiś wielki problem.
Postaci same w sobie były fajne, w miarę ciekawe, pozytywne w odbiorze. Może trochę zbyt jednowymiarowe i nie dające się bliżej poznać (przez co ciężko z kimkolwiek się zidentyfikować), ale generalnie wychodzą na plus.
Świat, w jakim dzieje się akcja, jest raczej przeciętny- niedopracowany, zbyt ogólnikowy, ale trzyma się kupy i nie jest wyjątkowo naciągany.
Najbardziej przeszkadzała mi jednak problematyka serii. Niby wszystko z nią w porządku- opowiada o problemach etycznych bioinżynierii, naturalnej katastrofie, jaka owładnęła światem, problemie postrzegania człowieka i utylitaryzmu, jako jego głównej wartości.
Niby wszystko było okej, jednak całokształt został zbudowany w sposób zbyt prosty, jednokierunkowy i momentami dość naiwny.
Soundtrack nie zapadł mi w pamięć. Oglądałem to anime już jakiś czas temu i szczerze mówiąc nawet nie pamiętam, jaki on był. Myślę więc, że niezbyt warty uwagi. Z drugiej jednak strony nie przypominam sobie, aby kiedykolwiek mnie raził, wkurzał czy nie pasował, więc pewnie bym skłamał, gdybym napisał, ż był zły.
Anime na pewno warte uwagi i obejrzenia. Nie było spektakularne, wyjątkowe czy niezwykłe. Po prostu fajna seria, którą miło się oglądało. Moja ocena: 7/10.
Arcydzieło
Nie wydaję mi się, abym musiał kogokolwiek specjalnie namawiać na FMAB, ponieważ każdy kto to oglądał, zawsze ma pozytywne odczucia. Sądzę również, że nie muszę streszczać fabuły, ponieważ każdy, kto jako tako orientuje się w świecie mang/anime, nawet jeśli nie oglądał samej serii, to z pewnością o niej słyszał i mniej więcej kojarzy, o co w niej chodzi i z czym to się je.
Świat przedstawiony jest bardzo dokładny, wiarygodny i ciekawy. Mamy tutaj technologię z początków XX wieku i alchemię, którą można nazwać, w dużym uproszczeniu, nadnaturalną mocą. Nie ma się wrażenia powierzchowności, płytkości czy naciąganych spraw w żadnej kwestii- czy to „power upów”, zachowań i motywacji niektórych postaci czy logiki całokształtu.
Prawa rządzące w tym świecie są od początku jasne i trzymają się kupy. Trudno szukać tutaj jakichkolwiek potknięć czy odstępstw od normy. Wszystko ma swoje miejsce, przyczynę i skutek.
Bohaterowie są wprost fenomenalni. Jest ich, trzeba przyznać, dość sporo, ale każdy zachowuje swoją oryginalność, osobowość i charyzmę. Nie ma się wrażenia zlania się wszystkich w jedną masę. Każdy jest wyrazisty i zapamiętywalny. W Fullmetal Alchemist Brotherhood bohater nie potrzebuje pokazywać swojej przeszłości przez 15 minut czasu antenowego, abyśmy zrozumieli jego motywację, charakter, powody działań i jeszcze go zapamiętali. Wystarczy na nią popatrzeć i wspomnieć tylko kilka najistotniejszych faktów, a obraz postaci sam pojawia się nam przed oczyma, a swoją osobowością jest w stanie wyryć się nam w pamięci.
Klimat tego anime jest fenomenalny. Mamy tutaj zderzenie dwóch obrazów- wiejskiej sielanki, dziecięcej beztroski, urokliwego poczucia humoru i wspaniałej przyjaźni, z okrutnym światem intryg, brutalnej polityki, mrocznej strony ludzkiej duszy, który bywa często obrzydliwa i odpychająca.
Mimo poruszania wielu uniwersalnych i ważnych wartości, seria ta unika naciąganych gadek, nudnych przemów, które bywają takie „och!” i „ach!”, wspaniałe i urzekające aż do porzygu. Nie ma tu męczącej patetyczności, która cechuje większość z podobnych serii. Jeżeli już się znajdzie, to jest ona wyważona i dobrana w najlepszych momentach. Nie umoralnia na siłę, a przedstawia pewne punkty widzenia, z którymi możemy się zgadzać, bądź nie.
Kreska i animacja są na najwyższym poziomie. Nie ma się wrażenia sztuczności i pójścia po linii najmniejszego oporu. Wszystko jest stworzone starannie i z zamysłem. Bajeczne i sielankowe obrazki urzekają mnie za każdym razem.
Soundtrack jest na bardzo wysokim poziomie. Jeśli chcemy gdzieś znaleźć wiele patetyczności i doniosłości, to właśnie w soundtracku. Przyciąga on uwagę od samego początku. W czasie akcji, muzyka jest bardzo żywa i agresywna (zachowując jednak pewną dostojność), a w trudniejszych i smutniejszych momentach potrafi być niezwykle melancholijna, wręcz depresyjna. To tylko pogłębia w widzu emocje. Ścieżka dźwiękowa jest niewątpliwie warta zapamiętania.
Całość oceniam na 9/10. Może to z sentymentu, a może nie, ale trudno znaleźć mi tutaj jakieś znaczące błędy czy gorsze strony. Fullmetal Alchemist Brotherhood polecam gorąco każdemu, bez względu na to, jakie ma preferencje gatunkowe.
Nudy
Pierwsze dwa, trzy odcinki nastroiły mnie bardzo pozytywnie. Sam pomysł na wykreowanie świata bardzo fajny, kreska oraz animacja również na wysokim poziomie. Co poszło nie tak?
Główny bohater początkowo mnie intrygował, później niestety nudził. Tatsuya jest po prostu zbyt idealny. Wie wszystko, na wszystko jest przygotowany, nikt nie jest w stanie go zranić, ponieważ jest niezwyciężony. A do tego dyskryminowany i uznany za kogoś bezwartościowego. W jaki sposób? Jaki jest tego sens? Jedyną odpowiedzią jest argument o małym poziomie magii i skoordynowania umiejętności, co mnie osobiście w ogóle nie przekonuje.
Może są osoby, którym podobają się takie… niestandardowe relacje brat -> siostra, ale mnie one raczej rażą i żenują. Jeśli mają wprowadzić wątek kazirodczy, to niech go wprowadzą, z tym jakoś niespecjalnie mam problem. Ale już te pseudokazirodcze stosunki; te podchody, zazdrostki, niby żarciki w towarzystwie, dwuznaczne teksty i gesty bardziej mnie irytowały, niż wprowadzały w jakiś pozytywny humor.
Pozostali bohaterowie są jak najbardziej w porządku i do nich raczej się przyczepić nie można, jakoś wyjątkowo. Nie da się oczywiście uniknąć jakichkolwiek potknięć, ale ogólnie rzecz biorąc, śmietanka towarzyska została przeze mnie odebrana jak najbardziej pozytywnie i znalazłem swoich ulubieńców.
Problematyka samej magii została przekombinowana, czy raczej zbyt ją skomplikowali. O ile czytając książkę, te wszystkie definicje, teorie i przemyślenia z praktycznych czynności czytało by się bardzo fajnie, o tyle na ekranie, to wszystko sie miesza i przeciętny widz pogubi się w tych wszystkich wywodach, które, bądź co bądź, są istotnym elementem świata przedstawionego.
Końcówka mnie mocno zawiodła, choć i tak nie byłem specjalnie nastawiony na coś wspaniałego. Wszystko było takie oczywiste, do przewidzenia i nieciekawe.
Soundtrack był bardzo przeciętny. Absolutnie nie raził, ale też praktycznie ani razu nie przyciągnął mojej uwagi. Godny zapamiętania z pewnością nie będzie.
Całość oceniam na 5-/10. Nie było tutaj rewelacji. Ciężko mi nawet nazwać to anime dobrym. Jednak skłamałbym, gdybym napisał, że nie było w tej serii pozytywów, bo było i to kilka. Nie zdołały jednak uratować swojego dzieła, dlatego całość jest dla mnie mocno przeciętna i raczej jej nie polecam osobom, które są bardziej wymagające.
Fajne, choć bez rewelacji
Fabuła początkowo była bardzo naciągana. Brutalność i krew były zdecydowanie niewspółmierne do scen, jakie miały miejsce w pierwszych odcinkach, a i zachowanie głównego bohatera było nieszczególnie wiarygodne. Na jego oczach odebrali mu rodzinę, co spowodowało, że poprzysiągł zemstę i wybicie wszystkich wampirów świata. Nie chciał z nikim nawiązywać bliższych relacji, wierzył, że sam zrealizuje swoje cele i pragnienia. Oczywiście- ta decyzja była jak najbardziej logiczna, jednak ich realizacja i konsekwencja- już trochę mniej. Yuu był bardzo niewiarygodny w swym zachowaniu, co nadawało serii pewną płytkość. Na szczęście wraz z rozwojem akcji, główny bohater rozwija się i dojrzewa. Dzięki temu poziom tego anime rósł wraz z kolejnymi odcinkami.
Bohaterowie są dosyć ciekawi. Możemy znaleźć tutaj swoich ulubieńców, co gorsze postacie, ale każda jest „jakaś”. Raczej nie ma się wrażenia „totalnej” płytkości i bezzasadności danych zachowań/postaw. Minusem jest tylko pobieżne wyjaśnianie tych okoliczności, które znów mogą nadawać, co niektórym, mimo wszystko pewnej płytkości- nie poważnej, ale jednak. No i trzeba przyznać, że ta seria również nie uniknęła schematyczności postaci, co jednak nie było jakoś ewidentnie widoczne i puste.
Kreska była bardzo miła i przyjemna. Postaci zostały narysowane ładnie, jednak nie miało się wrażenia, że są przesłodzone czy wyidealizowane. Animacja nie budziła podziwu i momentami była troszeczkę słaba, jednak udało się uniknąć poważniejszych faili.
Soundtrack przyzwoity- w scenach akcji była żywa, w bardziej spokojnych czy smutnych była odpowiednio melancholijna. Niestety, jakoś żaden utwór nie zapadł mi w pamięć, co znaczy, że spektakularna nie była. Najważniejsze jednak, że była odpowiednio dopasowana do konkretnych momentów, nie raziła, nie przeszkadzała, a wzmagała to, co wzmagać miała.
Owari no Seraph oceniam na jakieś 7 punktów, na 10 możliwych. Cóż rzec? Rewelacji tutaj nie było. Myślę jednak, że warto to obejrzeć. Twórcom udało się uniknąć, co poważniejszych potknięć, seria jest miła dla oka, a fabuła nie jest taka pusta i nudna. Jeśli ktoś lubi takie klimaty, to myślę, że odnajdzie w tym coś dla siebie.