x
Tanuki.pl korzysta z plików cookie w celach prowadzenia
reklamy, statystyk i dla dostosowania wortalu do
indywidualnych potrzeb użytkowników, mogą też z nich korzystać współpracujący z nami reklamodawcy.
Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.
Szczegóły dotyczące stosowania przez wortal Tanuki.pl
plików cookie znajdziesz w
polityce prywatności.
ciekawe, ale nie wybitne
Zwłaszcza urzekają dzieci które zachowują się jak prawdziwe dzieci, i dorośli zachowujący się jak ludzie. Dla jednych – realistyczna nowożytna rodzina z jej wszystkimi problemami, dla innych może raczej dyskretne, zawoalowane krytykowanie. Dorośli z objawami PTSD to też chyba nowość.
Generalnie warto obejrzeć, mimo że pewne motywy ostatecznie mogą razić melodramatyzmem, a grafika wypada nieco słabiej niż to czego przywykliśmy oczekiwać po BONES. W ostatecznym rozrachunku, to i tak jedna z najlepszych pozycji minionego sezonu.
tylko dla zatwardziałych fanów
Teoretycznie, dla widza zaznajomionego przynajmniej z oboma seriami TV, jest tu dość elementów wspólnych, jednak powtarza się sytuacja z poprzedniej OAVki, Tokyo Revelations, gdzie również było sporo elementów zrozumiałych już nawet nie tyle dla fanów mangi, co wręcz dla fanów całego oeuvre grupy CLAMP.
Nie zmienia to oczywiście faktu, że pewne denerwująco przeciągane wątki obecne w serii TV wreszcie zostają pchnięte naprzód, a graficznie ta OAVka to prawdziwa perełka.
Zdecydowanie warto oglądać.
a zapowiadało się tak dobrze...
Od samego początku ignorowałem mniejsze lub większe wpadki z dziedziny wojskowości, traktując tą serię „rozrywkowo”. I w tej roli sprawdzała się nawet nieźle… do czasu. Bo przecież nie ma nic złego w realizacji serii według przysłowiowego już „planu”: „uratować pannę w opałach, zabić drania i ocalić świat” (nie ma to jak cytaty filmowe). Jadnak nawet tak stary i wyświechtany schemat można zrealizować ze smakiem, lub totalnie bez gustu… Twórcy tej serii konsekwentnie, po kolei zniszczyli wszystkie dobrze zapowiadające się postaci, ośmieszyli i strywializowali wszystkie istotne wątki fabuły, popadając raz za razem w przesadę tak absurdalną, że już nawet nie śmieszną.
„Kroniki” wciąż nadają się do oglądania, ale wszystko zależy od nastroju, nastawienia i preferencji oglądającego… przecież i osławiony Demonbane dawało się oglądać :)
Re: Skomplikowane ?
Kwestionowany przez ciebie przymiotnik, jak widać, odnosił się do pierwowzoru, czyli VN‑ki.
Z zacytowanego przez ciebie ustępu wyraźnie wynika, że anime stanowi ekranizację jednej trzeciej całego dostępnego materiału…
"władca much"
Każdego potencjalnego widza wypada ostrzec: w tej serii nie ma nikogo normalnego. Tak bohaterowie, jak kontekst „społeczny” wydarzeń to jeden wielki katalog zboczeń, psychoz i patologii społecznej… próba skatalogowania tego wszystkiego zaowocowałaby powstaniem podręcznika w typie „cegły” pt. „Psychologia i Życie” Zimbardo.
To, że ostatni odcinek dokonuje „dekompresji” napięcia u widzów starannie zamykając wszystkie wątki, to naprawdę rozsądny krok ze strony twórców, bez tego co słabsi widzowie chodziliby po ścianach… A i tak warto mieć na podorędziu jakąć głupią komedyjkę na odtrutkę.
A swoją drogą, pomyśleć że można było zrobić tak długą serię z całym JEDNYM pantyshotem… aż się odechciewa oglądać co poniektóre nowsze serie.
Miło się ogląda...
Re: koszmarek... animowany przez zagłodzonych niewolników
Zależy jak rozumieć „coś”. Ale nie mogę zaprzeczyć; oglądając może niezbyt uważnie i przewijając, ale jednak dotrwałem do końca.
Zdecydowanie jest to jednorazówka – nie wyobrażam sobie by ktoś chciał do tego wrócić…
koszmarek... animowany przez zagłodzonych niewolników
A animacja w tej serii jest tak dramatycznie kiepska, że aż boli. Animatorom dobrze wychodzą w miarę statyczne ujęcia en face oraz szerokie plany gdzie widać głównie efekty, cała reszta… dramat. Najgorzej jest, gdy trzeba było zanimować postać pod kątem, w półobrocie i jeszcze nie daj Boże w ruchu. Niezamierzone superdeformacje które wtedy możemy oglądać są przekomiczne. Do tego dochodzą śmieszne manieryzmy – np. częste pokazywanie postaci od tyłu, gdy zerkają przez ramię. Co jest, człeko‑raki jakieś czy jak?
Co do teł, powiedzmy sobie – one nie istnieją. Mamy albo photoshop, czyli tak jak na głównej zrzutce – fotografia plus Blur().Blur().Blur().Blur(), albo maziaki na poziomie pracy przedszkolaka.
Cóż, tak się kończy eksport części prac produkcyjnych do Korei i Chin.
Warto też chyba wspomnieć o pobrzękiwaniu, które ma udawać oprawę muzyczną – gdyby tylko ilustracja muzyczna była bez polotu… niestety, ona jest przeraźliwie irytująca.
Generalnie serię można obejrzeć po to, by ponaśmiewać się z fabularnej sztampy („ile praw anime można zilustrować jedną serią?”) oraz z wszechobecnego kiczu.
trudne do oceny - mieszane wrażenia
Może to być poniekąd efekt tego, że KyoAni tak długo kazało nam czekać na jakąś konkluzję cyklu.
Osobiście czekam do premiery kinówki (18 kwietnia 2009), nie zdziwiłbym się gdyby wypadła lepiej, o ile nie będzie tylko przemontowaniem tych 74 minut które stanowią odcinki TV. Mam na to nadzieję, bo jednak w stosunku do OAVek, pierwszych 6 odcinków znacząco przebudowano i sporo jest elementów których nie powtórzono: wciąż warto sięgnąć po jedno i drugie.
Przekonamy się.
warte uwagi, ale...
Nie jest to oferta dla wszystkich, jednak ja AS traktuję jako nieodłączną część Clannada. I jest coś bardzo niezwykłego w serii która śledzi losy bohaterów przez tyle lat, aż w dorosłe życie, i w dodatku bezlitośnie podważając dogmat „szczęśliwego ever‑after”. Wypruty, lecący z nóg po pracy Tomoya, czy zahukany i przybity Sunohara w roli skoszarowanego w firmowym internacie salarymana bez krzty indywidualności… bolesne, ale takie prawdziwe. I tylko nie pokazali nam Ryou‑pielęgniarki.
I mimo że faktycznie postaci nie zmieniły się bardzo, kiedy porównałem projekty z początku pierwszej i z końca drugiej serii, oczywiste jest że KyoAni starało się by upływ czasu było znać. To że w przypadku nawet dwudziestoparolatków nie będzie to aż tak wielka różnica, to inna para kaloszy. A że chce się nucić pewną piosenkę, to co innego…
Let's dance in style,
Let's dance for a while
Heaven can wait,
We're only watching the skies
Hoping for the best
But expecting the worst
Are you gonna drop the bomb or not?
Let us die young or let us live forever
We don't have the power
But we never say never
Sitting in a sandpit,
Life is a short trip
The music's for the sad men…
trudne, ale ciekawe
Nie ma tu ani krzty fanserwisu czy moe, to chyba dość oczywiste :)
Współpraca z NASA i jej japońskim odpowiednikiem, JAXA, sprawia że cała strona techniczna jest tak bliska realiom, jak to możliwe; zdecydowanie jest to bardziej SCIENCE niż fiction.
Fani zapewne będą rozpaczali nad drugim sezonem, który nie doczekał się niczyjej uwagi…
100% dobrej zabawy
Mnie osobiście serię „sprzedała” melodia i nastrój pierwszego openingu. Słuchając PSI‑missing po raz pierwszy, miałem déjà vu – z miejsca pomyślałem o Shakugan no Shana i świetnych kawałkach KOTOKO. Oczywiście, myliłem się bardzo – na niekorzyść Index, ale tak czy siak, po drugim‑trzecim odcinku z niecierpliwością wyglądałem następnych. I czynię to dalej, bo trzeba o tym wspomnieć – główny wątek fabularny jest daleki od zakończenia. Co więcej, ponieważ nowelki o które oparta jest seria wychodzą dalej, jest spora szansa że za jakiś czas doczekamy się – oby równie udanej – kontynuacji. Tym bardziej, że pierwszy raz od Crest of the Stars ktoś zastosował scenę pt. „zaraz, co on powiedział?!”. Tak jak przy pamiętnej scenie w „rakietowej trumnie” w Creście, widzowi pozostaje czuć się jakby mu zabrano ciasteczko, i czekać cierpliwie aż w jakiejś kontynuacji twórcy wrócą do tej sceny.
Wprawdzie u końca serii „otwartym tekstem” kontynuacji nie zapowiedziano, jednak była co najmniej jedna linia w dialogach uchodząca w nieformalnej komunikacji fandomu z studiami za „mrugnięcie okiem” że coś może być na rzeczy – cóż, trzeba czekać na kolejne nowelki. Za to ogłoszono spin‑off – Toaru Kagaku no Railgun. Tak, dobrze się domyślacie – biri‑biri dostanie własne Anime! Tu pierwowzorem będzie mangowy spin‑off autorstwa Motoi Fuyukawy, obracający się wokół przygód Mikoto z Kuroko i Judgement. Onee‑samaa~! XD Niestety, tej mangi są zaledwie trzy tankoubony, ale… za to mamy już datę premiery nowej serii – październik 2009. To całkiem niedługo!
Re: "Dzieuo" wyjątkowe
A te potwory nie mają przypadkiem macek…?
Koszmarek, czyli Tony Taka to nie wszystko...
I cóż z tego że postaci, tak jak do gry, zaprojektował legendarny Tony Taka.
Nie pomaga nawet bezwstydny fanserwis, bo Zeg miłościwie nie wspomniał o „efektach” (także dźwiękowych) towarzyszących wyciąganiu miecza… i gdyby jeszcze bohaterowie ograniczyli się do haremów, to można byłoby polecać miłośnikom ecchi‑haremówek. Niestety, z czasem panowie zabierają się za innych panów… =__=" a efekty nie ulegają zmianie. Oh well, może zainteresują się jakieś Yuristki?
banalne
Można obejrzeć dla dynamicznej bijatyki i mHHHHHrocznego nastroju, ale po co, kiedy są lepsze serie w tej kategorii? Emisja w analogowej stacji TV wykastrowała tą produkcję z resztek jakości, a sequel który pojawił się w TV latem, pół roku po tej serii, był już takim niewypałem, że fandom (także japoński…) go totalnie zignorował.
Tak więc Azagu, możesz nie czekać na kontynuację, ona już była…
Chyba to mówi samo za siebie?
jeszcze parę słów o mandze i twórcach
Myślę jednak że warto jeszcze powiedzieć parę słów o twórcach.
Reżyserem został Yutaka Yamamoto, znany z tego że nie dano mu do końca reżyserować Lucky Star, ale bardziej sławny jako twórca „tańczonych” sekwencji endingu w Haruhi i openingu w Lucky Star. Tu kontynuuje swój popisowy numer, i w efekcie Kannagi dostało rewelacyjną czołówkę z scenicznym występem Nagi jako piosenkarki.
Niestety, animacja nie jest całkiem równa, zdarzają się nieudane sceny, chociaż brak tu często ostatnio spotykanych oczywistych błędów. Twórcom Kannagi udało się za to to, w czym totalnie zawiedli twórcy Natsu no Sora, które okrzyknięto „Photoshopowym Anime” – znaleźli „złoty punkt” równowagi w umieszczaniu „prawdziwych” miejsc w anime. Fani Nagi będą zapewne zadowoleni wiedząc, że jej świątynia to prawdziwe miejsce, położone w okolicy Sendai, bardzo sławnego miasta‑ogrodu. Jednak w odróżnieniu od Natsu no Sora, w Kannagi zachowano umiar, ze świetnym wynikiem.
Na wyróżnienie zasługuje też praca seiyuu – Haruki Tomatsu jako Nagi, Kany Hanazawy jako Zange, i Miyuki Sawashiro jako Tsugumi. Wszystkie panie mają bardzo charakterystyczne, dobrze dobrane do charakteru postaci głosy oraz spore umiejętności aktorskie, które moim zdaniem w sporej części odpowiadają właśnie za wspomniany „niewymuszony urok” serii.
Natomiast mangę Kannagi rysuje pani Eri Takenashi, i warto zauważyć jej ciekawą drogę do branży – startowała w kręgu który stał się znany z doujinów do światów Type‑Moon (Tsukihime, Fate‑Stay Night itd.) a z czasem zaczęła pracę w rzeczonym Type‑Moon właśnie, tym samym przechodząc „drogą marzeń” wielu rysowników‑fanów. Kannagi jest jej niezależną pracą, publikowaną w Comic REX, i widać w niej wyraźnie co zadecydowało o jej karierze – trudno mi ot, tak wymienić więcej niż kilku mangaków o podobnie konsekwentnym, równym stylu rysowania. Do tego ma spory talent – jej szkice jakością nokautują niektóre „dzieła” innych artystów, jak na przykład rozpaczliwie „drewniana” manga Elfen Lied.
Samej emisji anime towarzyszyło wielkie zamieszanie, związane z bliżej nie znaną ale ciężką chorobą Eri Takenashi, i zawieszeniem publikacji mangi. Wydarzenia te zbiegły się z dość dramatycznym zwrotem akcji w mandze, który doprowadził fandom do punktu wrzenia. Na szczęście już w grudniu, za pośrednictwem stron www Comic REX ze szpitala nadeszły szczęśliwe wieści o pomyślnej operacji artystki, wraz z deklaracją woli powrotu do pracy nad mangą. Jednocześnie, zestawienia sprzedaży za 2008 rok pokazały, że Kannagi trafiło do pierwszej dziesiątki najlepiej sprzedających się anime 2008 roku, z wynikami nie aż tak odległymi od osiąganych przez „zawodników wagi superciężkiej” jak Clannad czy Code Geass. Uwzględniając to wszystko, pojawienie się kontynuacji, i to zapewne ciekawszej fabularnie niż to co prezentuje sobą obecna seria, wydaje się nieuniknione.
Ogólnie – fajna seria, będę czekał na ciąg dalszy, choć przed upływem dwu lat się go nie spodziewam.
Nudne, wtórne, fanserwiśne
Do tego na siłę „oryginalne” pseudoskandalizujące zakończenie.
Zapomnieć, jak najszybciej zapomnieć.
Pytanie: co jest lepsze...
Odpowiedź: seria z dwoma piosenkarkami i angstującym bishounenem pilotującym mechy…
Macross F to przede wszystkim fantastyczne widowisko z romansem i piosenkami na tle wojennym „w rolach głównych”. Nie oczekiwałem wiele więcej, i rzeczywiście niewiele więcej dostałem – ale widowisko było pierwszorzędne, hołdujące zasadzie Hitchcocka: dobry film zaczyna trzęsienie ziemi, a potem napięcie stopniowo rośnie… Otwierająca serię bitwa w kosmosie jest NAPRAWDĘ spektakularna! *__*
Po obejrzeniu serii, mecholubny fanboy/wielbiciel j‑popu we mnie leżał długo zwinięty w kłębuszek i cicho mruczał z zadowolenia… a „bitewna” wersja Aimo jest w stanie z każdego zrobić nacjonalistę ^__^
Susume Frontier
Hokori takaki na wo idaite
Tobe Frontier
Nemureru chikara yobisamase
produkcja wybitnie niesamodzielna
bardzo miła rzecz...
Azag zdecydowanie przesadził z muzyką, jest bardzo cieniutka i bez żadnych zmian mogłaby zostać zamieniona miejscami z tematami np. w Lucky Star czy Ichigo Mashimaro – dokładnie ten sam styl tworzenia ilustracji muzycznej. W dodatku ta muzyka zdecydowanie nie „broni” się jako samodzielne dzieło – co najwyżej 5/10.
Zupełnie też nie pojmuję gdzie widzisz w Chiaki rezolutność, przecież ona jest raczej nieśmiała – chyba że się ją doprowadzi do ostateczności i „wybuchnie” (najczęściej Kanie w nos). Do tego ma skłonności do introwertyzmu – jej zawsze najbardziej przeszkadza stado gości w domu, czy przeszkadzających w nauce kolegów i koleżanek.
Za ecchi zjedzą cię jego fani – w tej serii nie ma go ani krzty. Mój młody padawanie – masz wiele do nauczenia się! Jeśli chcesz wiedzieć, czym jest prawidziwe ecchi, obejrzyj sobie Kanokon. TO jest ecchi. W Minami‑ke mamy co najwyżej BARDZO zawoalowany, leciutki fanserwis. No ale czym jest anime bez odrobiny moé? ^_~
Zupełnie mi umyka sens porównania do Haruhi – poza bardzo naciąganym wspólnym elementem „komediowym”, to zupełnie różne serie, i takie porównanie może wprowadzać czytelników w błąd. Minami‑ke należy traktować przede wszystkim jako serię obyczajową! Ktoś kto szuka w takiej serii gagów i skeczy, powinien iść do cyrku – wtedy nie będzie mu doskwierać dystans między okazjonalnymi gagami. W Minami‑ke, poza oczywistymi dowcipami, mamy dużo bardziej wysublinowane drwiny pod adresem pewnych ludzkich słabości, skłonności, zachowań – także w kontekście społecznym. Tego nie da ubrać się w słowa, jak żart pokroju „przychodzi baba do…”. I dopiero widza zainteresowanego tym aspektem, relacjami między postaciami, rolami społecznymi, dynamiką zachowań grupy – w pełni zainteresuje ta seria.
Osobiście stawiałbym ją gdzieś pomiędzy Arią a Ichigo Mashimaro, i oceniam nieco wyżej od tego ostatniego – starsi bohaterowie dają większe pole do popisu.
Ogólnie – bardzo solidne 8/10.
Nudne, wtórne, fanserwiśne
Szkoda czasu, jest sporo ciekawszych propozycji – w tym „typie” dalej króluje bezkonkurencyjny Noir.
spadło do poziomu serii
W Memories of Nobody grafika zdecydowanie przewyższała tą z serii TV. Również fabuła wnosiła coś nowego i intrygującego do serii.
Tu nie mamy NIC. Fabularnie, to dłuuuuugaśny filler, totalnie zależny od serii. A grafikę diabli wzięli – do tego stopnia że w kilku scenach widać błędy w animacji – zwłaszcza sceny z obrotem do lub od półprofilu.
Pozycja tylko dla najzagorzalszych fanów Bleach.
...do diabła z settingiem :)
Fabuła jako taka jest wciągająca (nawet jeśli świat absurdalny), a bohaterowie jak prawdziwi i żywi, i każdy znajdzie kogoś komu będzie mógł kibicować (Shibasaki! Shibasaki! *_*). I na szczęście udało im się uniknąć zakończenia typu WTF jak w Planetes…
Generalnie jako obyczajówka seria wyróżniająca się, tylko ten nieszczęsny setting.
ech :/
Re: 6 czy 8?
Code 207 i 208 to już Stratos 4 Advance Kanketsuhen :)