x
Tanuki.pl korzysta z plików cookie w celach prowadzenia
reklamy, statystyk i dla dostosowania wortalu do
indywidualnych potrzeb użytkowników, mogą też z nich korzystać współpracujący z nami reklamodawcy.
Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.
Szczegóły dotyczące stosowania przez wortal Tanuki.pl
plików cookie znajdziesz w
polityce prywatności.
A jeszcze trudniej chyba grupę docelową określić haha.
Plus za nieprzewidywalność. Plus za mnóstwo wyśmianych motywów. Plus za odwagę. Plus za wyłowywanie skrajnych emocji – od zażenowania, przez obrzydzenie, do wybuchów niepochamowanego śmiechu. Albo wszystko naraz :)
I koniec sezonu
Mam też wrażenie, że tyle postaci wpakowali i próbowali nadać im głębi, że już sami się pogubili w tym. I niestety wyszło tak, że części z nich w ogóle nie pamiętam, a jak mieli jakieś charaktery, to już kompletnie zapomniałam, więc nie mogę powiedzieć czy ewoluowali czy nie czy cokolwiek. Takiego Crusty'ego na przykład, bardzo polubiłam (więc o nim nie zapomniałam), ale wpakoali go w mroczne kłopoty, wysłali kto wie gdzie i na cały sezon sobie zniknął.
Kreska zdecydowanie gorsza. Fabuła… po prostu za dużo się dzieje i przez to nic się ze sobą nie klei. Tu jakaś wojna, tam jakiś księżyć, tu jakieś zmiany, tam jakiś rajd ciągnący się przez kilka odcinków, tudzież cały odcinek o bohaterach na chińskim serwerze. No kurczę no.
Było parę dobrych odcinków, przynajmniej końcówka była ciekawa, no bo Shiro wrócił do roli głównego bohatera i wreszcie jakiś jasny cel pokazali i coś konkretnego się działo. Ale tu koniec sezonu i znów cliffhanger…
Dlatego też w poprzednim sezonie było mocne 7/10 tak teraz 5/10. Ale na kolejny sezon, o ile powstanie i będę cokolwiek pamiętać z tego sezonu, to zerknę.
Serię maratonowałam sobie wesoło i nawet specjalnie nudnawo nie było. Było wręcz wesoło, bo okazało się ostatecznie, że prawie nic z serii nie pamiętam! Poza główną bohaterką. Gdy więc pojawiała się jakaś nowa postać, to mi świtało gdzieś w głowie kim był i co go czeka i czy warto ufać tej postaci, ale poza bardzo ogólnymi odczuciami ostatecznie nie udawało mi się za wiele pamiętać, co dało ciekawy efekt.
W moim prywatnym odczuciu drugi sezon jest o pełną gwiazdkę lepszy niż pierwszy sezon. I tak boli, że nie ma trzeciego sezonu… choć zaspoilerowałam się troszkę z nowel i zaczęłam się zastanawiać, czy to nie lepiej, że zostawili nas „przy nadziei” i z raczej optymistycznym zakończeniem. Aczkolwiek ciekawa jestem strasznie jaki limit czasu dał Ryuuki i ten pstryczek w nos od twórcow anime był irytujący.
Drugi sezon obfituje w ciekawe postaci. Moim ulubieńcem jest Tantan‑kun, który spełnia świetną rolę ze swoimi „przyziemnymi” komentarzami, który pokazuje Shuurei zupełnie inne podejście do wielu spraw – a nie jak do tej pory, że wszyscy panowie ją chołubią i jej nadskakują.
Chcąc niechcąc strasznie odczułam tym razem pewne niedoskonałości świata przedstawionego (na które cierpi sporo anime tego typu). Saiunkoku chyba jest jedynym państwem na mapie, bo pomimo chwiejnej sytuacji politycznej nigdy nie istnieje grożba najazdu z zewnątrz, groźbą są zawsze intrygi wewnętrzne. Poznajemy tez na dobrą sprawę jedynie stolice, kawałek prowincji Sa i Ran. Malutko, zwłaszcza że ogólnie mamy aż 7 wielkich rodów, ogromne ilości pomniejszych, niezliczoną ilość legend a także dziwne wątki mistyczne… no ale tak to jest, pewnie w nowelkach powoli więcej tego świata się odkrywa. Szkoda, wielka szkoda!
A jakie ogromne plusy tym razem odczułam? Na pewno dwie perspektywy: odległości i upływającego czasu. Odległości – królestwo Saiunkoku jest ogromne (podróże trwające kilka miesięcy) i co za tym idzie – upływający czas. Shuurei zaczyna jako głupiutka 16‑latka, myślę że pod koniec serii ma około 19 lat. I jej rozwój jest jednak tak rozplanowany, że tego aż tak się nie odczuwa, ale jest on kompatybilny z jej dojrzewaniem (i innych postaci).
Mogłabym pisać jeszcze długo i długo… po prostu pozostaje głód poznania reszty dobrej historii. Ale raczej się nigdy nie doczekamy kolejnych sezonów… a szkoda.
Konstrukcją seria mi minimalnie przypomina Cowboy Bebop, aczkolwiek daleko jej do tej klasy. Ale te niby luźne odcinki, czasem wstawki przygodowe, problemy z jedzeniem, a te właściwe fabularne poprzeplatane tu i ówdzie, by zasadniczo wyjść na koniec… odrobinę to podobne.
Seria sama w sobie od razu widać, że nie stawia za cel bycie ambitną. To kawał dobrej, starej przygodówki, jaką trudno znaleźć współcześnie. Bohaterzy są sympatyczni, ale jakoś szczególnie się do nich nie przywiązuje. Nie jest to też seria, którą się maratonuje, bo się nie można odkleić… ale dzięki temu można sobie powolutku zapuszczać po odcinku i mieć co oglądać na dłużej. Fabuła też nie jest tak skomplikowana, by nie pamiętać po kilku dniach co było w poprzednim odcinku i czy coś ważnego. Jest też tutaj kilka „starych elementów”, których obecność jest odświeżająca dla mnie, osoby przywykłej siłą rzeczy do nowszych serii (aczkolwiek czasem po starsze sięgam). Na przykład nagłe wystrzały z rewolweru i zmieniamy scenerię albo mamy mały przeskok fabularny. Albo panele z nazwami odcinka. Albo panel na koniec odcinka… Albo stary „zboczony” humor. Dla mnie było to ciekawe urozmaicenie.
No i zakończenie… jest po prostu dobre. Co w nowszych anime wcale nie jest takie oczywiste.
Za kawał przyzwoitej rozrywki, nawet po tych 17 latach, seria ma ode mnie dobre 7/10. Nie stanie się klasyką, być może będzie trochę zakuorzone i zapomniane, ale jako dobra rozrywka broni się dobrze przed upływem czasu.
Nie podchodziłam z żadnymi wymaganiami co do tego anime, nie wyróżniało mi się niczym szczególnym z początku. Ot, kolejne wariacje na temat mechów od Sunrise, którzy dopiero co skończyli 2 sezon fazowej wampiromechadramy Valvrave. Więc i tym razem liczyłam na co najwyżej lekką rozrywkę. I to w sumie osiągnęło, a przy okazji była to rozrywka całkiem przyjemna! O ile nie podchodzi się do tematu zbyt serio…
Glówny protag ma plusa za to, że po wrzuceniu w szeregi wojskowe nie stał się nagle doświadczony niczym młodzieniec równieśnik po szkole wojskowej i specjalnym treningu. I do końca pozostaje takim, a jego umiejętności są zdecydowanie „podciągane” przez wspólnika… choć czasem jego decyzje wręcz ściągają kompana w dół (naprawdę, bo tam jest ta dziewczyna!!…). Wspomniany kompan… no cóż. Częściowo mnie satysfakcjonuje jego zmiana nastawienia w ciągu trwania serii. Końcówka wyszła zbyt słodka.
I co tu dalej? Źli są źli, protag trafił na bardzo sympatyczny statek… uwielbiam kapitana tego statku, zaprawdę. I to nie jest młodzieniaszek, tylko faktycznie pan w stosownym wieku! Wow.
Sama fabuła… trochę nowości, trochę odgrzanych staroci, specjalnie nie zaskakuje… ale podoba mi się loop i jak zgrabnie połączyli początek z końcem. I jeszcze zdołali zostawić sobie furtkę na drugi sezon!
Muzyka… kompletnie mi nie zapadła w pamięć.
I te podteksty homo, latające bardzo nisko (tak, jest ich bardzo sporo, wystarczy spojrzeć na tytuł i usłyszeć jak oni nawiązują CONNECTION między mechami…). I te walki w domyśle między relacjami męsko‑męskimi, męsko‑damskimi i te emocjonujące trójkąciki i inne wielokąciki…. khem.
A poza tym: BIZON. (zakwik)
A mi się podobało
Grafika jak fajerwerki, projekty demonów od kiczowatych do ciekawych (a tak w ogóle… Cat Sith z Final Fantasy? O kwik. Muzyka… opening i ending przefajne. Fabuła prosta, niezaskakująca i liniowa. Przewidywalna, więc można się było bawić w „wiemy co będzie, pytanie jak to zrobią?), a bohaterowie dla mnie byli całkiem sympatyczni, mimo swojej głupoty. I polubiłam Yamato a wręcz kibicowałam mu na końcu… te jego teksty do Hibiki ahahahaha--- No i Alcair był przesympatyczny. A poza tym lubię serie jak rozpieprzają cały świat ot tak, a zwłaszcza Japonię.
Utrzymuje poziom
Tym bardziej jestem zawiedziona. Spodziewałam się podwyżki formy, podkręcenia fabuły, odpowiedzi na pytania… a tu nic. Nadal działa deus ex machina, nic konkretnego nie tłumaczą… No i miałam nadzieję, że Noir bardziej narozrabia, jakąś iskrę wniesie do anime. Snif. kliknij: ukryte To było wiadome, że Gauche / Noir przeżyje. W tym anime nie zginął NIKT oprócz głównego złego i bezimiennych, bezbarwnych ludzi z motłochu. O co chodzi z Lagiem i jego matka? Czy się w końcu spotkają? I jak ja nienawidzę w pół urwanych zdań, jak siostra Niche zaczyna czym to jest Lag i urywa. Rawr. Okej, rozumiem, jest szansa, że w kontynuacji Lag będzie „tym dobrym słonkiem” przepełnionym nadzieją, a jego mamusia „tym smutnym” żerującym na serduszkach i Lagowi na pewno uda się uzdrowić mamusię, ale… Rany, już 50 odcinków minęło.. Plus za pierwszy ending – nie uwielbiam może ogromnie utaite Piko, ale miło zobaczyć, że któryś z nich powolutku wybija się ponad NND. I kwik w ogóle za spekulacje, że jest kobietą… Reszta po prostu na poziomie.
Podsumowując: ciągnęło się z deczka, ale nastroj nadal ten sam, znów urwali parę wątków w połowie (no, ale w końcu to adaptacja mangi) i nigdy zostawili sobie pole do kontynuacji, choć kto wie. 6/10
Nuda nuda nuda
Samo BRS jednak kojarzyło mi się z akcją, z fantastycznym światem… A tutaj na początek dostaję właściwie ogromną dawkę życia codziennego dwóch dziewczyn na poziomie bodajze gimnazjalnym, które przeżywają typowe rozterki dla młodych ludzi na tym szczeblu edukacji. No dobra, całkiem sympatyczne te dziewczęta, ale ich problemy nie są ani odrobinę ciekawe, bo są takie… jednowymiarowe i łatwe do przewidzenia. W międzyczasie przeplatane jest to jakąś WTF nawalanką w równoległym świecie (i nie trudno zgadnac, że jakies powiązanie będzie, skoro designy postaci takie podobne), z cienka animacja (jeden plus za kolorystykę, bo ta jest fajniutka) i w zasadzie nic nie mówiące, co jeszcze bardziej zbija z tropu. O co tu biega właściwie? Ach, końcówka. Oj będzie trzeba tutaj dodać i 'magical girls' wyróżnik… kwiknęłam głośno. I zanim się cokolwiek wytłumaczyło: koonieeeec.
A, muzyka! Przepraszam, JAKA muzyka? Ja może dokładnie 5 utworów na krzyż słyszałam, w tym jeden ten jakże charakterystyczny. Strasznie żal, bo odpowiednie dzwieki z pewnoscia pomogłyby stworzyć klimat w tym równoległym świecie.
Plus za design postaci i za kolorystyke. I to by było na tyle.
5/10 a szkoda.
Ojej.
A miało być tak pięknie
2/10 i to tylko za Heia
Na samym początku byłam skłonna dać nawet 7/8, bo Suoh nie wydawała sie taka idiotka i coś tam działała i nie było źle, a scena walki w deszczu April była MRUCZNA. Ale ta walka na pewno przyciągnęła uwagę i dała nadzieje, ze będzie więcej takich ślicznych walk. Niestety nie było? A przynajmniej ja nie pamiętam. Bo konczyły się szybciej, niż zaczęły. No, ale z biegiem serii moja ocena zaczęła zasadniczo spadać, ale do 9 odcinka byłam skłonna wystawić neutralne 5. Bo fabuła jakoś specjalnie nie wciaga, jest mnóstwo dziur, ale może załatają… Jedna po obejrzeniu 12 odcinka moja ocena definitywnie dropnęła ostro w dół. Nowowprowadzone postaci były mdłe i bez polotu. Stare zardzewiałe i bez życia. A fabuła dziurawa jak ser szwajcarski.
A muzyka nie umywała się do tej od Yoko Kanno. Niektóre kawałki może i nie były najgorsze, ale jednak sporo stanowiła techniawko łubudubu, które kaleczyło moje uszy.
A, proponuje do recenzji jednak dodać wyróżnik „magical girls” ==' Jeśli uwielbiacie pierwszą serię, to mocno zastanówcie się, zanim obejrzycie drugą. Może Wam popsuć wrażenia i to zdrowo.
A mogło być tak pięknie...
Wstawki przed odcinkiem mnie nie ruszały, bo i tak znałam fabułę z mangi. Ale fakt, pomysł niefajny. Mnie nadal intryguje ostatnia scena z openingu – czemu Teito wyglada na nim jak dziewczynka, powiewa z natchnioną miną i… jakim cudem on tam siedzi?! ;)
Frau średnio lubię. Jakoś taki typ postaci do mnie szczególnie nie przemawia. Za to uwielbiam Hakurena! Miło go było zobaczyć na żywo i na szczęście anime nie ujęło mu uroku. Za to szkoda mi Teito, bo w mandze był naprawde sensowna postacia, tak samo jak Aya‑tan, Hyuuga i reszta wesołej kompanii. Mikage za to był znośny, ale w anime… zbrzydł mi do bólu.
Od siebie mogę dodać jeszcze, że to niby seria shounen. Ale oprócz wspomnianej trójki zakonnic praktycznie nie występują w niej ŻADNE postacie żeńskie. Same bizony.
W ogólnym rozrachunku przywiązałam się do anime, choć przez pryzmat mangi, ale dostaje tylko 6/10, choć miało szansę na wiele, wiele więcej.
Z punktu widzenia osoby czytającej mangę ;)
Jak dla mnie to był dobry kawał shounena. Jednak muszę przyznać, że jak do 30‑któregoś odcinka moja ocena stale wisiała jako 9, to pod koniec tak mnie zawiedli, że dałam 5 czy 6. Więc ogólnie postanowiłam dać dobrą 7‑mkę. Już nie chodzi o to, że zaczęli odbiegać od mangi (drobne odbiegnięcia już wcześniej się zdarzały), a wręcz powiedziałabym, że czasem wyszło to nawet na lepiej względem mangi, ale… popełnili niewybaczalny błąd, łamiąc dla swojej wizji „prawa” tego świata (tak, o Makę mi chodzi). Już przeżyłabym totalnie sztampową końcówkę, ale tego im nie wybaczę. ALE. Serię naprawde miło wspominam~
Muah :D
kliknij: ukryte - czemu Chester oklepał twarz Clessowi i potem przez długi czas chodził jeszcze sfochany mimo, że tacy z nich przyjaciele (anime podsuwa, że Cless taki dobry przyjaciel, dał rozładować emocje Chesterowi, ale pewnie ma tu jeszcze dużo do rzeczy jakieś wcześniejsze wydarzenia)
- o pochodzenie rzeczy już się nawet nie zastanawiałam, doszłam do wniosku że to efekt uboczny okrojonego czasu antenowego,
- najbardziej mnie zaintygowało pojawienie się tej małej ninja – dowiaduje się włascicie AŻ jej imienia.
Dobre było.
Ani jakoś specjalnie nie zachwyciło ani nie zawiodło
W sumie to byłam nastawiona na walki w przestrzeni kosmicznej z trójkącikiem romantycznym w tle, a dostałam na odwrót – romans z walkami w tle. Pierwszy opening w wykonaniu Maayi kompletnie mi nie przypadł do gustu i w sumie określam jednym słowem: wycie. Za to uważam, że seiyuu Sheryl ma niesamowity, dźwięczny głos! Jej piosenki zdecydowanie zapadły mi w pamięć, a zwłaszcza kliknij: ukryte 'Diamond Crevasse' pod koniec odcinka, w którym Sheryl siedzi w kapsule ratunkowej z innymi ludzikami i znów postanawia śpiewać z postanowieniem, że skoro Ranka jest „piosenkarką nadzieji” to ona będzie śpiewać nawet pośród otchłani rozpaczy. Cudo!. Za to z repreturaru drugiej pani w zasadzie podobało mi się tylko Aimo, a pozostałe albo były nijakie albo tekst dobijał na miejscu. Poza tym całkiem ciekawym, aczkolwiek dolewającym chaosu pomysłem było częste zmienianie openingów a zwłaszcza endingów – które generalnie były prześliczne i nie przewijałam ich.
Co do fanserwisu – bywał po prostu kwikogenny :D
Parę słów o postaciach… Główny pan jest po prostu kompletnie tępy i bezużyteczny, bywa też, że nieźle gra na nerwach. Ale mimo to da się go lubić. Z obu pań bezsprzecznie wygrywa u mnie Sheryl. Rance życzyłam długiej i bolesnej śmierci, denerwowała mnie jej dziecinna postawa i podejście do życia. Sheryl też momentami potrafiła zdenerwować, zwłaszcza jej arogancka z początku postawa, która potem dosyć mocno rozmiękła. Ale trzeba jej przyznać, że miała kręgosłup i chwała jej za to. No i jej śpiew! Co można powiedzieć o pozostałych? Ano że w sumie niewiele zapadli w pamięć i generalnie po prostu podobierali się generalnie w parki.
Fabuła… No, była. Jakaś. Nieco mocno zagmatwana pod koniec niebezpiecznie zalatująca w niebezpieczne sfery czystej abstrakcji – oj, kwikogenne, o tak. Jednak mam wrażenie, że była mocno chaotyczna. W pewnym momencie straciłam rachubę kto jest po której stronie jeszcze i czym czasem nie umarło mu się po drodze. Nie dowiedziałam się też wszystkiego – o co w ogóle chodziło z tym „protoculture” czy innym bełkotem na temat podróży kosmicznych? Poza tym jest dosyć przewidywalna – kliknij: ukryte jak to ze „śmiercią” Alto czy tym, że obie panie uratuja galaktyke łącząc swoje siły w śpiewie, czy to, że Sheryl zostanie mimo wszystko uzdrowiona ze swojej śmiertelnej choroby. Bywało jednak też parę momentów, które były naprawdę Dobre – kliknij: ukryte jak już wspomniana pieśń Sheryl, śmierć Michaela (choć po takim wyznaniu on MUSIAŁ umrzeć, a także scena gdy obie panie rzucaja sobie wyzwanie wtrącając się jedna drugiej do piosenki, a na koniec śpiewając razem, osaczając z obu stron biednego Alto ;). Grafika była naprawdę cudna i nie ma do czego się przyczepić, jedyne co mnie drażniło cały czas, to rysowanie oczu – a ścislej mówiąc, to ta biała krecha miedzy źrenica a dolnymi rzęsami. Wciąganie fabuły… średnie. Sesję raz przerwałam w połowie na rzecz innej, bardziej wciągającej serii. Głównemu złemu zdecydowanie też zabrakło charyzmy. Ale generalnie to nie było źle! Jak dla mnie 7/10 ale generalnie Sheryl za całokształt podwyższyła ocenę.
MRUcznie mi teraz :3
Aj, aj, ja zdecydowanie chcę więcej anime tego pokroju i klasy! Grafika faktycznie moze z początku odrzucać, ale całkiem szybko można łatwo ją podpiąć pod baśniowa kompozycje. Muzyka jest po prostu przecudna – i nie mówie tutaj tylko o „klasycznych” kawałkach, które całkiem często można usłyszeć. Zdecydowanie urzekający jest też opening wraz z endingiem – właściwie to ani razu ich nie przewijałam. W ogóle cała otoczka tworząca to anime to istny majstersztyk – zdecydowanie wciąga i chce sie ogladac więcej i więcej. Poczynając od baśniowego wprowadzenia przed każdym odcinkiem, poprzez nastrojowa muzyke, aż do zawiłej fabuły. Postaci nie da się nie lubić! Mnie osobiście przypadł do gustu najbardziej pierwszy łuk, zaczątek drugiego lekko jakby wyhamował z akcja, która nabrała szalenczego tempa pod sam koniec. Jestem pewna, ze niejednego zaskoczy. Co do samego zakonczenia, to uwazam je za bardzo dobre kliknij: ukryte generalnie zamknęli wszystkie wątki w taki klasycznie baśniowy sposób, z Myuto pozostał książę jak z obrazka, cała główna czwórka znalazła swoich połówków, w zasadzie jedyny niesmak może polegać na tym, że Ahiru pozostała kaczka – ja myślałam, że jednak wplota tu baśń brzydkiego kaczątka i zostanie łabędziem, a tu nic :D I Neko‑sensei z kociakami i żoneczka… Muah! Poza tym zdecydowanie ciekawa role przydzielili Fakirowi, najbardziej ubóstwiam scene, gdy dowiaduje sie, ze Ahiru to kaczka, jest po prostu boska i ten rumieniec :D Całkiem całkiem zaskoczył mnie pomysł z przewijaniem historii do tyłu. I w ogóle ten cały Drosselmeyer nadał anime barw. Chyba nikt nie chciałby oddać swojej historii w jego ręce, ale trzeba mu przyznać, że był zabójczy w swoich reakcjach i komentarzach.
Podsumowując, anime mozna nawiązac do słów Drosselmeyer z końca każdego odcinka – myślę, że każdy kto wychował się na baśniach i choć już „wyrósł”, to nadal podświadomie lubuje sie we wszelkich rzeczach tego typu i jak małe dziecko po każdym odcinku chce dalszej części. I tu dostaje taka klasycza baśń, ale dojrzalsza i bardziej intrygująca – bo to baśń jednocześnie stawiająca pytania, negująca klasyczne hepi endy i morały. Ot, takie typowe charakterystyczne dodatki do anime (emo, angst, mrok :D), zgrabnie wpleciony w motywy baśniowe. Jak dla mnie boskie! 9/10
Boskie!
Nie odkrywcze, ale jakie sympatyczne!
Po prostu zwiększenie dawki chaosu :-)
Bardzo dobre!
Nahaha, dobre :)
Prych!
Ja jednak pomimo tego oglądałam z odcinka na odcinek z niema nadzieja „po tym już na pewno będzie lepiej!” i dotrwałam tak do 17 odcinka, nie wyrwawszy sobie uprzednio wszystkich włosów z głowy i gdy tu COŚ zaczęło się dziać moja cierpliwość osiągneła szczyt szczytów i nawet ten powiew akcji nie był w stanie mnie zainteresować. Serię więc porzuciłam i to by było na tyle.
Re: Zero inspiration
Data emisji Code Geass R1: 2006‑10‑05 do 2007‑07‑28
Więc nie wiem jakim cudem można tu mówić o „zżynaniu” w którakolwiek stronę.
Dobra komedia jak nic :)
Postaci. No cóż, parę polubiłam, większość bym dała na pohybel, ale nie było ani jednej, której szczerze byłoby mi szkoda. Setsuna ze swoja gadka o Gundamie był rozbrajający. Wspomniana już scena z nocnymi odwiedzinami u Azadistańskiej księżniczki spowodowała, że o mało nie spadłam z krzesła. A gdy Tiera pierwszy raz przemówił (zdecydowanie męskim głosem), to też miałam niemałe zaskoczenie. Poza tym minus dla twórców za kliknij: ukryte niewytłumaczenie czym tak właściwie nasz prychający bizon był, bo że człowiekiem nie, to zostało wielokrotnie w serii przedstawione. Lockon był całkiem sympatyczny, a gdy usłyszałam anime Allelujah, to tym razem o mało nie oplułam sobie herbatka ekranu, ale w gruncie rzeczy też był sympatyczny kliknij: ukryte chociaż jak na końcu okazało się, że jego rywalka Soma Peiris to bodajże jego siostra, to ech :). Końcówka serii w zasadzie mnie rozczarowała lekko, choć już od ładnych paru odcinków budowali nastrój i przygotowywali widza na nią – kliknij: ukryte w sumie jak już przywołuja te całe wspomnienia, że poprzednie generacje meisterów gundamów „nagle znikali” a wszystkie informacje zostały zniszczone, to można się było domyślić, że i te pokolenie leci w ramiona swojej samozagłady. Były tylko do wyboru dwie rodzaje śmierci: szybciutka i odbijająca sie bez echa albo pełna patosu i przemówień. Najbardziej jednak zapadła mi w pamięć śmierć Lockona – facet poświęcił się dla zemsty, nastrojowa muzyczka, a tu nagle zaczyna wymieniać imiona rodzinki – przypomniało mi się jedne z „praw anime” i chcąc nie chcąc, wybuchnęłam śmiechem. W ciągu tych 3 odcinków szybko też straciłam rachube kto już umarł, a kto jeszcze żyje.
Jak dla mnie w zasadzie dwie sytuacje były smutne: kliknij: ukryte zabicie pani dziennikarz (siostry Sajiego), która próbowała zbyt daleko węszyć oraz sama Loise i to, co ją spotkało.. Co mnie dosyć mocno denerwowało, choć to dosyc klasyczny chwyt: kliknij: ukryte to oczywiście power‑upy. Jest źle, dobrym zaraz skopia tyłki, więc nagle jak grom z jasnego nieba coś przybywa na ratunek. A tu raz jakieś nowe gundamy, a to mały prezent od Schenberga…
Ach, nie należy też zapominać, że twórcy pamiętali o yaoistkach… choćby przemowy Tieri czy potem pilota Acre o miłości pod koniec serii.
Ale koniec końców – kawał dobrej zabawy przy oglądaniu, jestem ogromnie ciekawa co nam zaserwuja!