x
Tanuki.pl korzysta z plików cookie w celach prowadzenia
reklamy, statystyk i dla dostosowania wortalu do
indywidualnych potrzeb użytkowników, mogą też z nich korzystać współpracujący z nami reklamodawcy.
Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.
Szczegóły dotyczące stosowania przez wortal Tanuki.pl
plików cookie znajdziesz w
polityce prywatności.
Re: Odcinek 3 - niekradnij
A za mną 12
Uhi – czyli niejako kapłanka bogini Guren Niang‑Niang zamieszkuje odległy pawilon pałacowy i mimo statusu cesarskiej małżonki w zasadzie nią nie jest. Jej rolą jest pozostać w odosobnieniu i służyć tajemniczej bogini.
Funkcja Uhi jest przekazywana przez lata wybranym przez boginię dziewczętom, a wiedza i moc scedowana jest na nie przez poprzedniczki. Nie inaczej było z Jusetsu.
Nic przyjemnego żyć samotnie, znosić obecność i widok zmarłych na co jest się wyczulonym i odczuwać co miesięczne bóle… Aaa i nie chodzi o miesiączkę XD
Trochę zatem można zrozumieć nieprzystępny charakter bohaterki. Ma 16 lat, jest zatem młoda, znosi swoje brzemię i stara się godzić z tym, że w zasadzie nie dane będzie jej prawdziwie żyć, ani nawet specjalnie długo.
I wówczas zjawia się młody cesarz, który obalił poprzedni rząd i ma sprawę do Uhi.
fabuła
Tu zaczyna się szereg mini‑kryminalnych spraw, dotyczących krążących po potężnym kompleksie pałacowym dusz. Wcale to nie dziwne, gdyż burzliwie dworskie życie produkuje całą armię trupów.
Jusetsu wykazuje tutaj moim zdaniem wiele współczucia. Dzięki wiedzy i mocy „kapłanki” odsyła kolejne dusze za morze/ do raju.
Sprawy nie są szczególnie zawiłe, często zajmują jeden/ dwa odcinki i stanowią w zasadzie tło dla duetu Jusetsu – cesarz. Z każdym odcinkiem uchylany jest rąbek tajemnicy dotyczący Uhi i jej roli.
Cesarz zaintrygowany dziewczyną oswaja ją jak dzikie zwierzątko. Przynosi w darze kolejne smakołyki i stara się ZAPRZYJAŹNIĆ. Dziewczyna zachowuje się jak typowa tsundere, niemniej trochę mnie to nie dziwi, skoro była nauczona, że cesarz nie powinien się z nią widywać, a ten uparcie do niej przyłazi, pod byle pretekstem.
Wciągnięta w kolejne sprawy Jusetsu poznaje ludzi, na których zaczyna jej zależeć, o których zaczyna się troszczyć i w zasadzie okazuje się, że jest dość szczera i prostolinijna. Może nieco obrażalska, ale potrafi przemyśleć sprawę i przeprosić. Trzymanie ludzi na dystans trochę jej nie wychodzi w czym upatruje własnej słabości, ale prędko się okazuje, że towarzystwo jakiejś żywej duszy (poza histerycznym kurakiem) bardzo ją krzepi. Można tej postaci nie lubić, może ona irytować, ale uważam, że taka właśnie ma sens.
Cesarz niby jest zajęty, ale bez przerwy fatyguje się by pogawędzić z Uhi. Jest taki wyrozumiały i dobry. Zupełnie nierealistyczny. Jego podwładni są czasem wobec niego bezczelni, zapominają o swoim statusie i pojawia się kilka sytuacji gdzie moim zdaniem za sprzeciwianie się cesarzowi powinni zostać ukarani. Ale cesarz to ignoruje.
Dwór jest wzorowany na klimacie a la Chiny. Pałac jest w istocie małym miasteczkiem gdzie każda z małżonek mieszka we własnym pałacu i jest otoczona przez damy dworu. Małżonek jest najwyraźniej wiele, choć poznajemy tylko kilka z nich. Po pałacu krąży też wiele eunuchów, cała armia urzędników. Panuje rozbudowana hierarchia. Każdy ma swój określony typ stroju w zależności od pozycji jaką zajmuje. Panie mają różnorodnie upięte włosy… Przemycane są wzmianki o trudach życia pałacowego, o pewnych poświęceniach aby zdobyć wyższy status dla siebie i rodziny. Wszystko to oszczędnie ale dość realistycznie.
Tylko cesarz nie przypomina człowieka z krwi i kości, a shounenowego ikemena – pana idealnego, który hasa po swoim pałacu i pochyla się nad maluczkimi.
Interesujące są opening i ending. W openingu wciąga mnie tembr głosu wokalisty, ale przewijam moment gdy zaczyna śpiewać „Mysterious”, bo wtedy melodia niepotrzebnie zmienia charakter. Ending jest hipnotyzujący i bardzo mi się podoba wstawka chińska.
Czy mogę komuś polecić to anime?
Cóż oceniam 6/10, traktując jako niezobowiązującą rozrywkę. Można obejrzeć dla projektu wizualnego głównej bohaterki i takiego trochę innego klimatu. Ale bez poczucia, że to będzie coś ambitnego, frapującego, czy niezwykłego.
przemiłe
Bardzo ładna animacja i kolorystyka. Postaci poruszają się wiarygodnie i wyglądają dość realistycznie – mam na myśli głównie proporcje. Widać to szczególnie w stosunku do dziewcząt, które często bywają w anime wychudzone. Zwróciłam uwagę w drugim odcinku na rozmawiające dziewczęta w strojach na wf. Wyglądają normalnie i naturalnie.
Niezwykle relaksujące. I długość odcinków sam raz!
na Lana Wangji mówię Gitara alb Lan‑chan
na jego brata mówię „Uśmiechnięty starszy brat”
Jiang Cheng to Chian‑chain
Nie Mingjue – to Rzeźnik Nie
Nie Huaisang – To Useless
Wen Ning – to Ciapek
Jin Ling – to Kurczaczek
Jin Guangshan – to Wachlarz
I jestem dumna, że po pierwszym sezonie ogarniam już który to który.
Pętle
Główny bohater wraca na rodzinną wyspę z Tokio gdzie ukończył liceum. Wraca gdyż w wypadku zginęła jego przyszywana siostra. Prędko się okazuje, że nie był to zwykły wypadek, a na wyspie zaczynają się dziać bardzo dziwne, niepokojące rzeczy.
W dochodzeniu do prawdy Ajiro Shinpeiowi pomaga młodsza przybrana siostra Mio i przyjaciele z dzieciństwa – rodzeństwo Sou i Tokiko. Nieocenioną pomocą okaże się również tajemnicza Pani Nagumo, dziadek Nezu. Policjant jest bezużyteczny. Taki spoiler.
Wszystko zaczyna się niejako od wyspiarskiej legendy jakoby gdy ujrzysz swojego sobowtóra – swój cień, czeka cię rychła śmierć…
Anime czekało w kolejce i uważam, że warte jest obejrzenia, jednak nie podzielam nazbyt zachwyconych opinii. Czytając entuzjastyczne komentarze, oraz achy i ochy chyba miałam nieco inne wyobrażenie.
Lecimy zatem od początku.
Minusy i plusy:
Pierwszy epizod tak naprawdę trochę mnie zawiódł. Nie znoszę scen wpadania nosem w biust i tutaj był on dla mnie bezsensowny. Tak samo kilka scen typu: muszę zajrzeć do łazienki kiedy siostra się kąpie, spektakularne slow motion z kadrem na majtki… Ja wiem, że te sceny w fabule miały swoje zastosowanie i swój sens, ale było to dla mnie szalenie niepoważne i można było się bez tego obyć.
Także motywy romantyczne kto się w kim kocha były dla mnie trochę męczące. Rozumiem, że bohaterowie to rówieśnicy, przyjaciele z dzieciństwa, wszyscy ze sobą zaprzyjaźnieni, powiązani i sobie bliscy. Jednak nudziły mnie wynurzenia i odejście od głównego wątku. Psuło mi to klimat. Czy istotnie martwiąc się, że giną ludzie, bliscy, przyjaciele, rodzina i próbując to powstrzymać zaprzątałaby waszą głowę potrzeba wyznania uczuć? W moim przypadku byłaby to ostatnia rzecz jaką bym zrobiła.
Kolejna sprawa to Nagumo‑sensei. Trochę ta postać była absurdalna. Pisarka, która zachowuje się jak tajna agentka, robi dziwne sceny, zamieszanie (to ostentacyjne otwarcie trumny na pogrzebie było bardzo nieodpowiednie), wygląda szalenie poważnie i profesjonalnie po czym wisi głową w dół z gałęzi drzewa. Biega ze spluwą i wielkim młotkiem i czyni szalone backflipy. Później wyjaśnia się jej osobliwość, ale pierwsze wrażenie było dziwne. I nadal trochę tej postaci nie kupuję.
Te elementy zaburzały mi odbiór. Sama fabuła i postępowanie głównego bohatera sprawdzały się świetnie. Ale wspomniane zabrudzenia psuły wszystko. Początkowo zamiast ekscytować się zagadką dziwiłam się ciągle, czemu to anime jest tak cholernie długie i kiedy wreszcie się skończy. Chcę wiedzieć jak się potoczy, byle szybko. Nie powinno tak być.
Wszystko przez to, że liczyłam na nieco melancholijne, kryminalne rozkminki i to może bez elementu fantasy, (nie doczytałam opisu serii) choć w praktyce szalenie lubię fantasy i sf więc nie powinno mi przeszkadzać.
Ciągle się zastanawiam czy to kwestia nastawienia, czy samego wykorzystania motywu cieni… W znaczeniu na początku poznajemy cień po prostu jako złowrogi byt, o morderczych zapędach, o pewnych cechach. Ale z czasem okazuje się, że niektóre cienie mają różnego rodzaju dodatkowe moce. Żeby nie było za łatwo. I jeszcze trochę tricków i skilli… I to przypomina wyciąganie piątego asa z rękawa. Eh. I dalej w las, im więcej epizodów, tym więcej supermocy o których wcześniej nie było mowy.
Gdzieś po 9 odcinku fabuła jakby się zagęszcza. Akcja pętli się wydłuża i zbieramy coraz więcej informacji. Zarówno strona „dobrych” i „złych” ewoluują i napięcie się kumuluje.
Podobały mi się niektóre decyzje, ochronne stroje (mogą wyglądać śmiesznie, ale kilka razy ratują życie), przedstawianie sytuacji większej grupie by zyskać więcej sojuszników, czy „niedziałanie pod wpływem instynktu/ impulsu”. Było też trochę scen pod tytułem: „przewidziałem, że tak zrobisz więc…” które lubię mniej, za to zdarzały się w zaskakujących momentach i odwracały kota ogonem.
Bardzo udane piosenki na opening i ending. Choć nie chciało mi się ich słuchać za każdym razem do końca.
Projekty postaci czy tła też przyzwoite, choć w scenach gdzie chciano podkreślić wyrazistą mimikę rozpaczy/ szaleństwa… wyglądało to jakby anime wyrzuciło na stół kartę swojego zapasowego rysownika. Te ujęcia były tak różne od pozostałych twarzy, że to aż raziło. Trochę jakby wyciąć kadry z „Isekai Ojisan”.
Denerwowały mnie płomienne przemowy i zapewnienia „Ochronię Cię!” – chyba najczęstszy tekst padający w całej serii.
W końcu rzecz dla mnie niezrozumiała, ale to już ukrywam, bo za duży spoiler.
kliknij: ukryte Oko Hiruko miał Shinpei – nie wiadomo dlaczego. Okiem Hiruko była Ushio‑cień, w zasadzie nie wiadomo dlaczego stała się Ushio właśnie. Hiruko miała bandaż na jednym oku. No to czemu się zrobiły dwa? Czemu dane Ryunosukego odbiły się i trafiły w siostrę?
Bo tak. To nie zostało wyjaśnione. Było tak, bo tak pasowało w fabule, ale nie ma to sensu.
Wreszcie zakończenie – którego w zasadzie oczekiwałam. kliknij: ukryte Na zasadzie, dobra skoro już wiemy wszystko cofnijmy się stosownie daleko i odkręcimy wszystko. Shinpei nie mógł tego uczynić. Takie ograniczenie odstała jego moc, by było ciekawiej, no i cool. Choć Hiruko twierdziła, że zwyczajnie on nie potrafi w pełni używać tej mocy.
Czemu Ushio‑cień nagle na końcu potrafiła cofnąć Shinpeia do początku? Teoretycznie było to zbędne. Skoro zmienili przeszłość tak bardzo, wszystko powinno się odkręcić automatycznie. Może. Osobliwe.
Cała seria wypada dobrze. Przyjmijmy, że generalnie wszystko się trzyma jakoś kupy, mamy całkiem spoko postaci i wciągającą fabułę. Warto przyjrzeć się pewnym elementom krytycznie ale jeśli komuś pasuje odrobina horroru i zagadki, to powinien przyjemnie spędzić czas. Ode mnie 8/10.
Z punktu osoby która nie zna pierwowzoru
Tutaj się liczy co kto komu powiedział i jak się zachował. W zasadzie tła, projekty postaci czy animacja ruchu są tutaj trochę nieistotne, wszyscy mogliby być bezkształtnymi Punpunami i wyszłoby na to samo.
Są serie, które muszą koniecznie być piękne i poprawnie animowane, bo inaczej gryzą w oczy. To wtedy gdy główną rolę odgrywa świat przedstawiony. Wówczas z kolei to co mówią postacie może nie mieć sensu, a i tak jest dobrze.
Tutaj mamy nastawienie na relacje. I pod tym względem anime nawet się sprawdza. Bez szału, ale jest dość interesująco.
Robotę robi oczywiście główny bohater, który bądź co bądź jest w mojej opinii socjopatą. W pierwszej serii nie było to tak widoczne, nie wiem czy celowo, w drugiej coraz bardziej się przekonujemy jak bardzo protagoniście zwisa to, co myślą inni. Działa według własnych założeń i realizuje zasadę minimalnej koniecznej interakcji. Nie odczuwa żadnej więzi z kolegami z klasy, ani też nie przejmuje go w istocie ich los, ale działa często na ich korzyść gdyż widzi w tym jakiś cel. Trochę mi przypomina głównego bohatera z Ajina, ale tamten miał w sobie mimo wszystko znacznie więcej przywiązania i targających nim emocji, a Ayanokouji jest trochę z nich wyprany, o czym dobitnie przekonują nas ostatnie odcinki.
Najlepsze jest to, że brak odczuć w stosunku do innych to miecz obosieczny, nikogo tak na prawdę nie darzy sympatią, ale także nikogo nie nienawidzi. Ktoś może być bardzo problematyczny i stwarzać problemy, ale gdy Ayanokouji się rozprawi z „problemem” nie oznacza to, że dana osoba przestanie być użyteczna.
Ani sympatia ani mściwość nie powoduje głównym bohaterem i bardzo mi się to podoba.
Reszta postaci jest raczej typowa, ale w relacjach z głównym bohaterem wypadają nie najgorzej. Jestem szczególnie zadowolona z postaci Horikity i Kouenjiego. Horikita wyciąga wnioski, poprawia swój stosunek do innych, nie jest tylko obrażalską tsundere, ma swój rozum. Blondas Kouenji jest bardzo ciekawy, ma wszystkich gdzieś i nie czuje potrzeby by tego zmieniać. Nie angażuje się w sprawy klasy ale specjalnie nie przeszkadza, zachowuje się neutralnie i nie szuka zwady. Uznałabym, że to raczej nietypowa postać. Kushida jest dziwna i nie do końca ją kupuję. Kei jest głupiutka i nie zupełnie mnie obchodzi. Ibuki też jest osobliwa. To dopiero tsundere! Wściekła jak osa i wierna jak pies. Ale nic o niej nie wiemy więc jej zachowanie jest dla mnie niejasne. Ryuen był super postacią, bo nie był tylko tępym tyranem gnębiącym innych dla przyjemności. Potrafił sprytnie knuć i z jakiegoś powodu klasa była mu wierna. A wydaje mi się nie tylko ze względu na jego siłę. Pod koniec jego charakter i motywacja zamiast zagęścić to się spłyciły i stracił w moich oczach jako antagoniasta.
Reszta postaci nie ma większego znaczenia, jest ich sporo, na razie poznajemy ich trochę pobieżnie. Ciekawą zbieraniną są wychowawcy, ale za mało o nich wiemy by cokolwiek wyrokować.
Generalnie drugi sezon był ok. Ale nadal 6/10 jestem zaciekawiona, ale nie oczarowana. Pewnie będę śledzić kolejny sezon, ale nie stawiam mu wysokiej poprzeczki.
Nie myśl o rzeczach niepotrzebnych...
Zaznaczam, że oglądałam wyłącznie anime i nie znam pierwowzoru, choć słyszałam, że i tak fabuła się rozchodzi względem pierwowzoru.
Pierwszy sezon to wprowadzenie oraz przebieg debiutu głównych bohaterów.
Drugi sezon niemalże w całości dotyczy prowadzonego przez Kate i jej pomocników śledztwa, co poprzetykane jest odrobiną retrospekcji do czasów Maryrose i Barbary tuż po ich debiucie.
Wiele się dowiadujemy, pojawia się coraz więcej szczegółów, coraz więcej wyjaśnień, a zarazem coraz więcej pytań. I bardzo dobrze, tajemniczość i urok serii zostają podtrzymane.
W pierwszej serii pierwsze skrzypce grała Emilco. Podobało mi się, że mimo wesolutkiej, beztroskiej natury bohaterka nie jest głupia. Była bystra, przede wszystkim spostrzegawcza, a jej działania wychodziły na jej korzyść. Mam na myśli to, że pochylała się nad każdym z życzliwością i empatią, co w zamian pozwoliło jej zdobyć nieocenioną pomoc sojuszników.
W tym sezonie zaś główną rolę mogę śmiało przypisać Kate. Jej umiejętności dedukcji, łączenia faktów, szczerej ocenie swoich możliwości i rozsądkowi. Podkreślane jest to, że wciąż jest dzieckiem, że jest niedoświadczona, brak jej wiedzy co usprawiedliwia niektóre decyzje. Tak czy siak ta postać jest znakomita i bardzo odpowiadało mi skupienie fabuły wokół niej.
Pojawiają się też drobne epizody dotyczące innych debiutantów z „rocznika” Kate. W tle nie brakuje też postaci drugoplanowych.
Informacje pozornie nieistotne są dawkowane nam równomiernie, dzięki czemu nasz wiedza dotycząca domu Shadow wciąż rośnie, nie ma natomiast zamętu i niepotrzebnych niejasności. Tak jak w pierwszym sezonie wszystko jest klarowne, cały postęp fabuły łatwo jej zrozumieć. Sprowadza się to w głównej mierze do relacji i rozmów z mieszkańcami domu Shadow.
Każdy odcinek oglądałam z dużym zainteresowaniem i satysfakcją. Szczególnie ujmuje mnie to, że początkowo widzimy dość sielankowe sceny z domu shadow, gdzie głównym celem życia „żywych lalek” jest sprzątanie i one to kochają, jak również swoich cienistych panów… A potem wychodzi coraz więcej zgrzytów tego życia, coraz więcej brudów i mrocznych tajemnic, co bardzo mi odpowiadało.
Z przyjemnością słuchałam za każdym razem utworu z wejściówki do drugiego sezonu, gdzie pojawiają się zdania takie jak:
- Napijmy się kawy…
- Ból, urazę, smutek zmieszajmy, zgniećmy i buzi na dobranoc.
- Nie myśl o rzeczach niepotrzebnych.
- Stańmy się jednością…
I w kontekście serii te teksty są bardzo wymowne i bardzo dwuznaczne ;)
Polecam całą serię, oceniam ją wysoko 8/10 i niecierpliwie czekam na kontynuację.
wow
Obejrzałam Liz to Aoi Tori już jakiś czas temu i przyznam, że nie zapadło mi jakoś intensywnie w pamięć. Dla mnie to spin off serii, którą lubię i doceniam jako muzyk. W tej kwestii jestem bardzo skupiona na animacji ruchu dłoni muzyków oraz wykorzystanych utworach. To, co się dzieje w fabule ma mi po prostu nie przeszkadzać w odbiorze przyjemnych obrazów. Chyba podchodzę do tego bardzo sensorycznie…
Pierwsza!
Natsume i jej przyjaciel Kouske mieszkali razem w jednym bloku. Obecnie przeprowadzili się w nowe mieszkania, a stary blok ma być lada dzień wyburzony. Dziewczyna nie może się z tym pogodzić, bo ze starym mieszkaniem wiąże się wiele wspomnień. Przychodzi wciąż do mieszkania ukochanego dziadka Kouske, który to dziadek opiekował się dziewczynką, gdy jej rodzie się rozwodzili i w domu było zamieszanie. O starych blokach krążą plotki, że są nawiedzone, więc koledzy z klasy Natsume i Kouske idą tam na polowanie. Dołączają jeszcze przypadkowo dwie dziewczynki z tego samego rocznika i cała gromadka ląduje na dachu budynku. Tam Natsume rozbiła obóz twierdząc ponadto, że budynek zamieszkuje jeszcze jeden Wysoki (Noppo) chłopiec.
Przez, nie do końca jasną sprzeczkę dawnych przyjaciół, która wynika głównie z niedopowiedzeń i wzajemnej troski, następuje fatalne w skutkach zamieszanie. Kończy się to przeniesieniem wszystkich łącznie z całym budynkiem na środek oceanu. Tak, żelbetowy budynek dryfuje sobie niczym statek po wodzie.
Teraz grupka znajomych musi przetrwać w bardzo osobliwych warunkach. Całe szczęście, że już zaczęły się wakacje…
Początkowo film bardzo mi się podobał. Ładna, płynna animacja, dość naturalnie rozwijająca się akcja, nieco fantastyki i odrobina zagadki. Między Natsume i Kouske jest chemia, ale to raczej kwestia bliskości jaką daje znajomość od dzieciństwa. Ta dwójka jest bardziej jak brat i siostra, zwłaszcza że oboje wciąż są w podstawówce. Reszta przyjaciół stanowi tło, czy przydatne? Czy konieczne? Dodają trochę ruchu na scenie i tyle. I dodatkowych emocji i sprzeczek, powodowanych zwłaszcza przez zauroczoną w Kouskem: Reinę.
Później następuje bardzo dramatyczna część pełna niebezpieczeństw, wątpliwości, wyznań, poświęceń i ciągnie się, ciągnie, ciągnie… Po pół godzinie zmagań zaczynam kibicować wzburzonemu morzu, a po godzinie wzdycham zerkając na zegarek i czekając kiedy wreszcie koniec. Serio, film można by skrócić o co najmniej godzinę. Jakby potraktować sytuację bardziej kompaktowo wymowa byłaby taka sama, ale seans nie byłby taki wyczerpujący. Kulminacja przeciąga się i napięcie wciąż podsycane męczy, a dramatyzm robi się pompatyczny.
Zastanawiam się wciąż nad pewnymi kwestiami, ale to już potraktuję, jako znaczny spoiler:
kliknij: ukryte - Mijane na wodzie budynki ewidentnie łączą się ze wspomnieniami Natsume. Basen, gdzie chodzili z Kouskem na zajęcia, dom towarowy gdzie w dziale z zabawkami kłócili się jej rodzice. Później to wszystko pochłaniane było przez czas? Niepamięć? Złe emocje? Co to miało symbolizować? Chyba nieubłagany czas, skoro noga Noppo skruszyła się ukazując pręt zbrojenia?
- Dlaczego fragment wesołego miasteczka, czyli diabelski młyn, pochodzący ze wspomnień Reiny miał swojego ducha, a inne budynki nie? Po co to w ogóle było? Można by się bez tego obyć, zwłaszcza, że scena z łapaniem naciągniętego kabla i łańcuchów powinna wszystkich tam pozabijać. Ja wiem, że całość była bardzo surrealistyczna, ale inne elementy do tej pory jakoś w miarę pasowały. Tylko tu absurd zaczął się nawarstwiać.
- Domek dopłynął do zaświatów dla domków i wszystko się skończyło dobrze. Czemu dzieci trafiły razem z nim na ocean? Bo domek czuł się osamotniony? Czemu w pewnej chwili w końcówce oparł się czasowi i ich… uratował? O co właściwie chodziło? Czemu Noppo mógł opuścić swoje lokum i przejść do domu towarowego? Czy to właśnie spowodowało zderzenia z pojawionymi znikąd budynkami? Czemu budynek najpierw po zderzeniu nabierał wody, a później mógł płynąć w zasadzie w połowie oberwany?
Mądre, życiowe kwestie, na które można tu zwrócić uwagę to:
- Fakt iż dzieci z rozbitych związków sądzą, że to ich wina,
- Gdy rodzice sobie nie radzą dzieci czują się zmuszone zająć ich miejsce i grać dorosłych,
- Dla niektórych osób nie ważne co zrobisz, jak miłą i pomocną osobą jesteś i tak będą cię obwiniać i traktować pogardliwie. Takie osoby trzeba olać i szkoda się starać.
- Stare domy mają duszę.
- Nie ważne czy ktoś jest twoją realną rodziną, ale jak go traktujesz i jak bardzo jest dla ciebie ważny.
Waham się przy ocenie. Może na zachętę 7/10 bo na swój sposób to była ładna, mądra bajka. I tylko trochę nudna.
W dechę!
Na pierwszym planie jest sztuka i praca nad warsztatem artystycznym. W tle pytania powiązane z tworzeniem. Pytania o własne miejsce, identyfikację, własne spojrzenie na sztukę i spojrzenie na nią przez pryzmat wiedzy i dalej trochę wątków obyczajowych. Pytania, które na które wskazał także recenzent, zostają postawione, ale są wydaje mi się zbyt obszerny tematem by móc na nie odpowiedzieć ot tak, albo chociaż rozwinąć. Zwyczajnie seria odbiegłaby od tematu gdyby poświęciła więcej czasu niż na to co było zaplanowane. Także obecność innych postaci (niekiedy epizodyczna obecność), jest dla mnie zupełnie zrozumiała aby z serii nie powstał monodram ku czci jednego bohatera. Aby było realistycznie, mamy sporo różnorodnych postaci, które zupełnie prawdziwie oddają gromadki na kierunkach artystycznych.
Ale tym co mnie najbardziej urzekło, były prace tworzone przez różne postaci w trakcie całej serii. I ktoś musiał się doprawy napracować i zapewne było to kilka osób by tak zróżnicować jakoś i styl prezentowanych rysunków i malunków.
Po pierwsze wystawa szkolna: Tam na ścianie mamy zestawienie typowo szkolnych prac z plastyki, gdzie niektórzy nie mają zainteresowania ani wprawy nad rysunkiem wcale, niektórym brakuje warsztatu, ale widać zamiłowanie do ulubionych tematów – postać, psy/koty, pejzaż, martwa natura. Są też prace niezłe, dobrze zapowiadających się twórców. Są szkice ołówkiem, rysunki węglem, jakaś niezdarna plakatówka, akwarela.
Widać te prace gdy Ryuji ogląda malunek protagonisty i następnie gdy trzeba te rysunki pościągać pod koniec roku. Widać próby pejzaży, krzywe żyrafy, konar drzewa, zdobne kolumny. Widać też szkic miasta, kolejny lekki ekspresyjny pejzaż, oraz toporny „fragment widziany z okna pokoju” malowany „prosto z tuby” z wyrazistymi konturami i krzywą perspektywą, oraz portrety domowych ulubieńców – poprawne, ale bez pomysłu na tło.
Świetne studium przeciętnych prac. I to każda w innym stylu, inną techniką! Odrębne, przygotowane osobno przez rysowników obrazki.
Także rysunek, który bohater zrobił kliknij: ukryte patrząc na swoją mamę przy kuchni – świetnie realistycznie kiepski :). Taki właśnie, jaki zrobiłaby osoba ucząca się, która już umie zarysować postać, ale np. nieszczególnie wychodzą jej dłonie i jeszcze perspektywa jest koślawa, kontury za mocne, walor za słaby i nieco rozmazane palcem.
No i pierwsze szkice chłopaka, który ćwiczy sobie martwą naturę, oraz porównanie prac różnych osób z kółka malarskiego. Szkicowniki… Bardzo fajnie się na to patrzyło. Nie dlatego, że były tak wybitnie dobre, tylko dlatego, że właśnie celowo nie były.
No znakomite!
Później wchodzimy w świat aplikujących na studia. I te prace znacznie już różnią się jakością. Mamy studium człowieka, widzimy prace abstrakcyjne i prace w muzeum. Szczególnie projekty na temat na zajęciach przygotowawczych. I znów nie są to dzieła sztuki, tylko typowe prace przyszłych studentów.
I wreszcie prace rzekłbym – konkursowe. (Minispojler dotyczący tematyki: kliknij: ukryte Zarówno portret jaki i modelka na płótnach wyglądają różnorodnie, wielo‑stylowo, widać ujęcia z różnych punktów sali i perspektyw. A końcowa praca protagonisty? Wow. Trochę mnie bawiło zestawienie: ocenzurowana animowana modelka, która wchodzi na podium i praca malarska będąca w zasadzie rysunkiem realistycznym. Bardzo udany Akt.
Nie mam nic do kreski serii jako takiej, niespecjalnie obchodziło mnie czy postaci poruszają się płynnie czy się nie wykoślawiają, bo to było dla mnie bardzo drugorzędne. Skupiałam się właśnie na dziełach ich rąk.
Poza tym technikalia, uwagi, warsztat, materiały – bardzo dobrze ukazane. Jedyna rzecz która mnie zastanowiła to ten wyścig szczurów i ta szalona konkurencja ze strony ubiegających się na studia. W Polsce jest zdecydowanie łatwiej dostać się na studia artystyczne i raczej brakuje studentów niż miejsc na uczelni. Ale w tym przypadku to w końcu Japonia i bardzo prestiżowa uczelnia więc w sumie przestałam się dziwić.
Jestem ogromnie ciekawa kontynuacji i z pewnością będę polować na 2 sezon jeśli się ukaże.
Polecam to anime wszystkim miłośnikom rysunku i malarstwa. Nie mam pojęcia jak odbierze to ktoś, kto sam tego nie przeżył, ale jak dla mnie… a niech będzie: 9/10
Re: Elitarne popłuczyny
Poza tym dwie postaci robią na mnie szczególne wrażenie.
Ryuen, który jest znakomitym antagonistą. Jest okrutny i bezwzględny, ale wcale niegłupi.
i Koenji, który mam nadzieję nie jest tylko „humorystycznym” akcentem. Sprawia wrażenie egocentrycznego dupka, ale jestem pod wrażeniem, że potrafi wyciągnąć z każdej sytuacji jak najwięcej korzyści dla siebie. Jestem ciekawa co z niego za ziółko i czemu w zasadzie działa na niekorzyść klasy.
Elitarne popłuczyny
Zacznę od plusów.
Ayanokouji jest apatyczną inteligentną postacią, która za wszelką cenę chce się nie wychylać. Takie przynajmniej sprawia początkowe wrażenie, ale najwyraźniej postanowiono dodać do tego głębszy motyw. Trochę niepotrzebna drama. Lubiłam postać Orekiego z Hyouki, albo Okazakiego z Clannad, za to, że byli trochę zblazowani i leniwi. Wystarczyłoby powiedzieć, że Ayanokouji jest także bardzo, bardzo leniwy i nie pokazuje swojego potencjału bo nie. I tyle. Bo kto jest szarym obywatelem z klasy to niewiele musi. Nie ciąży na nim odpowiedzialność ani nie zbiera cięgów. Średniaki górą.
+ W każdym razie lubiłam to, że sama postać protagonisty nieco przełamuje schemat haremu. Wszystkie laski się do niego kleją, a on jest oczywiście pomocny, ale też dość obojętny. Nie działa na niego fanserwis, ani nawet bardziej dosłowne zetknięcie z płcią przeciwną. Jest to zarazem osobliwe, ale bardzo pomaga fabule oszczędzając czasu na zbędne piski i rumieńce.
Ayanokouji działa jako szara eminencja i w zasadzie tylko Horikita zna jego dokonania i przynajmniej jest w stanie ocenić potencjał. Zgadzam się natomiast z komentarzem Kysz, że jest przekokszony. Jeśli postać jest ukazana jako wszechwiedząca, wszechdomyślna, planująca wszystko od początku i potem okazuje się, że wszyscy zostali przez nią oszukani i zmanipulowani, to w istocie wcale nie sprawia wrażenie inteligentnej.
Postać inteligentna, która mi przychodzi do głowy to Kate z Shadows House. Wiem, te serie nie mają ze sobą kompletnie nic wspólnego, ale to pierwsza postać, która przychodzi mi do głowy, a której dedukcji jestem pod wrażeniem. Kate rozważa wszystko to czego się dowie i wyciąga poprawne wnioski, a jeśli nawet nie, to nie z powodu braku inteligencji tylko z powodu braku informacji.
Ale przyjmijmy, że protagonista robi swoje i taki ma być. Chyba najlepiej wychodzi mu obserwacja i ocena innych.
+ Podoba mi się, że zakładamy iż klasa D to osoby z jakimiś niedoskonałościami, ale nie musi chodzić o brak rozumu. Sposób prowadzenia charakterów sprawia, że nie ufa się prawie nikomu, nie wierzymy w czyste intencje. Wręcz przeciwnie, w każdym bohaterze zaczynam się doszukiwać ukrytych zamiarów. Naturalnie pokazano też taki czysto ludzki efekt, że jak jest dobrze, to się lubimy, ale jak coś idzie nie tak, to łatwo się wzajemnie oskarżać. Zaufanie w grupie to delikatna sprawa. No to takie zachowania grupowe są pokazane w miarę interesująco.
Jest natomiast mnóstwo minusów.
- Absurdalne rzeczy: jak wygląd niektórych uczniów. Niektórzy mają aparycję ludzi w sile wieku. Co najmniej po 40. Ha ha, ha. Ja wiem, że to w anime norma. Ale tutaj mnie to jakoś wkurza.
- Przekoksana szkoła. Nawet protagonista zwrócił na to uwagę. To w zasadzie też częste w anime, ale wciąż. Absurd!
To sprawia, że jak uważam wcale nie należy brać tej serii zbyt poważnie. Więc oglądałam bez spiny i bez oczekiwań ostrzeżona komentarzami przed odc. 7. Zatem nie jest to seria szkolna na poważnie, a wciąż nieco komedia. Tylko mało śmieszna. Trochę jakby anime nie umiało się zdecydować. Komentujący poniżej twierdzi, że seria jest poważna, wręcz ciężka. No, nie. Poważne momenty zdarzają się, ale jakoś mnie nie powalają. Trochę kojarzy mi się to z pomysłami fabularnymi Juna Maedy, ale tutaj nie jest tak, że drama wylewa się uszami. W zasadzie oprócz przemocy w klasie C i sprawy z prześladowcą nikomu nie dzieje się krzywda. Bo groźba wyrzucenia ze szkoły bo się słabo uczysz? Łaaaa naprawdę taki problem? Jak dla mnie zupełnie logiczne w takiej szkole. Jeśli chodzi o zamknięcie w instytucji jaką jest taka super szkoła to bardziej dramatyczne było Gakuen Alice. Niezbyt udane jako anime, ale manga mi się bardzo podobała.
Trochę liczyłam na to, że akcje „odbijemy się od dna” klasy D będą bardziej społeczne, bardziej jak praca od podstaw. W stylu mobilizacja wszystkich, coś w stylu właśnie urządzania korków, wynajdywania mocnych stron każdego. Taki Sposób na Alcybiadesa. Ale tutaj wychodzi na to, że jednostki w klasie są nieistotne, liczy się tylko lider. Jak w klasie C, gdzie wszyscy służą Ryuenowi i psio‑wiernie wykonują jego polecenia. Notabene osobliwe, może to wyjaśnią w drugiej serii?
Aż do ostatniego odcinka w zasadzie nie mamy działań mogących podnieść status klasy D, a jedynie próby wyciągnięcia jej z bagna. Unikanie zgnojenia jeszcze bardziej. Może nieco działanie głównego bohatera w celu podniesienia klasowego poziomu zdawalności. Trochę zresztą słabe. Bo to moim zdaniem nie rozwiązuje problemu.
Jestem ciekawa kontynuacji, ale jest to prawdę powiedziawszy zupełnie przeciętna seria, mająca jakieś plusy, ale bez przesady.
Jak na razie po pierwszym sezonie 6/10
po 11 odc. Finał
Byłam pod wrażeniem, że rozpoznawszy swój błąd bohater umiał się za każdym razem przyznać do błędu, zapomnieć o urazach i odsunąć na bok subiektywne odczucie. Tak było w przypadku Luou Chizuru Godai i Ayako Oikawy. Nawet gdy kogoś nie lubił, nie obrażał się, tylko potrafił się dogadać. Na tle bardzo emocjonalnej, ekspresywnej postaci, bardzo rozsądne postępowanie.
Cringe natomiast kliknij: ukryte gdy zmienił choreografię na scenie. Wywołuje ucisk żołądka. Brr.
Wkurzało mnie to, że Miyako była traktowana przez niego trochę przedmiotowo. Bo czy istotnie uszanował jej uczucia? Czy raczej pozbył się jej. Nie wiem, moje emocje jakoś nie poszły za sceną na plaży. To znaczy było mi żal Luou, z powodu tego co przeszedł i tego, że był używany jako narzędzie sukcesu, jakoby bez cech własnych, pozbawiony indywidualności. Natomiast cały trójkącik, chyba jak to trójkąty był irytujący. Niezła sama w sobie była pewność siebie Luou i to jak zszokowany był, że rzeczywistość mogła się różnić od tego co zakładał. Niemniej Miyako i jej odczucia. Hm… Była w tym litość przywiązanie, poczucie obowiązku. Trochę tęsknoty i podziwu dla weselszego i bardziej kontaktowego kolegi. No ale niestety jej brak zdecydowania sprawił, że wyglądała na tło dla obu konkurentów. Taka nijaka.
Natomiast drugą ulubioną przeze mnie postacią stała się Natsuki. Poważna, pracowita zdecydowana. Trochę tsundere, ale zachwyciła mnie scena gdzie trochę się wygłupiali z Junpeiem i gdzie próbowali tańczyń synchronicznie. To chyba mój ulubiony moment.
Seria niezła, ciekawa, choć nie wiem czy chciałoby mi się kontynuować. mocne 7/10
zaledwie 2 odc. i ...
Natomiast pierwsze co mnie ujęło to animacja. A szczególnie ending. Co za rewelacyjny collage! jakie piękne ruchy. Można by jeszcze przywieźć na myśl „Yuri on Ice”, też znakomite taneczne ruchy. Ale tutaj ta rysunkowość, wydzieranki… śliczności.
Ale kolejnym plusem są dla mnie dwie sprawy:
1. Bohater ćwiczył jako dziecko. Więc nie jest zupełnym świeżakiem, jak w podobnych seriach, (gdzie w zasadzie amator mierzy się z profesjonalistami. Tu mi też nasuwa się „Baby Steps”). No i ma zaplecze jako aktywnie trenujący różne sporty – sztuki walki, czy piłkę nożną, nawet zna podstawy gry na pianinie więc ewidentnie ma słuch muzyczny. To robi z niego istotnie świetny materiał do pracy.
2. Po drugie ujmuje mnie temat łapania siedmiu srok za ogon. Znam to uczucie, kiedy wiele rzeczy sprawia Ci radość i chcesz robić po trochu wszystko i naprawdę trudno ocenić co ma pierwszeństwo, co warto szlifować, co sobie odpuścić… A z kolei nawet świadomość, że do czegoś ma się jako takie predyspozycje oznacza poświęcenie się temu, oddanie bez reszty, a zatem rezygnacja z wszystkiego innego… Borze, dla mnie horror wyboru. Nigdy go nie dokonałam. Trzymam wszystkie moje sroki. Chyba utożsamiam się z bohaterem.
Jestem ciekawa dalszego ciągu. Jakże miło by oglądało się bez białych półkoli na tęczówkach… No cóż zobaczmy co będzie się działo dalej.
Re: Odpowiedź dla użytkownika Miroll
I naturalnie nadal jestem zniesmaczona albo przerażona scenami całej serii, co nie zmienia faktu, że jestem również oczarowana. Uważam, że stworzenie tego świata wymagało ogromnej wyobraźni. To pokazanie, że nie jest to przyjazny świat fantasy.
Fantasy kojarzymy przeważnie z elfami smokami i bitwami, w których bierze się udział albo nie. Tutaj istotne dla autora jest podkreślenie, że jeśli wkroczyłeś do otchłani, to w każdej chwili niemal wszystko może cię zabić. Mam jakieś mgliste skojarzenia z Dukajem („Inne pieśni”, albo „Córka łupieżcy”), z Grzędowiczem („Pan lodowego ogrodu”, szczególnie Boshowski fragment), oraz z sf czyli „Piknikiem na skraju drogi” Strugackich znany bardziej jako gra „Stalker”. W „Pikniku” Zona robiła nieraz z ludzi to co tutaj Otchłań. Ktoś się ze mną zgodzi z taki porównaniem? I to wrażenie czyhającej zgłady – nieznanego, obcego, dziwnego, wrogiego świata.
Pamiętam swoje pierwsze wrażenie – kolorowy pastelowy świat „Made in Abyss” i potwory, wymioty i makabra. To zestawienie od początku mnie ujęło. Tutaj brutalność nie ma wiele wspólnego z ludźmi, natomiast zawęża się do rzeczywistości, realiów tego świata. Podobną satysfakcję odczuwałam podczas seansu anime „Hai to Gensou no Grimgar”, które zamiast być zwykłym isekaiem, okazało się okrutne dla własnych bohaterów. Ta walka z goblinem! Ah.
Jak już wspomniałam w jednym z komentarzy nie przepadam za samymi postaciami. Riko i Reg są zupełnie niesympatyczni dla mnie. Ale pasują mi do fabuły i odgrywają takie role jakie powinni. I całe szczęście. Gdybym miała zbyt wiele sympatii do bohaterów, stres nie pozwoliłby mi chyba na zaglądanie do Otchłani :D
Coś tu się wylewa...
Film zdecydowanie utrzymuje charakter serialu. Zostajemy przez cały czas na piątym piętrze i poznajemy Bondrewda i jego ekipę, Ha. ha. ha. I Pruszkę.
Z Pruszką mam trochę problem, bo niespecjalnie ją lubię. A może chodzi o coś innego? Może fakt iż od ostatniego seansu 1 sezonu Made in Abyss minęło już trochę czasu? Wydaje mi się, że byłam od początku bardziej zafascynowana samym światem i fabułą niż bohaterami których traktuję obojętnie. Bohaterowie są w porządku tacy, jacy są. Riko ma wiedzę encyklopedyczną i swoją misję, która wyznacza cel podróży. Reg jest siłą, a Nanachi czymś w rodzaju rozsądku i wiedzy praktycznej. Mają swoje funkcje i żadne nie jest bezużyteczne. Nanachi oczywiście jest najbardziej dramatyczną postacią, a jej przeszłość i relacja z Bondrewdem ma tu wielkie znaczenie.
Natomiast Pruszka jest dodatkowym elementem dramatycznym, z tym że… no właśnie sposób przedstawienia tej historii nie oddaje chyba w pełni tego co chciano przekazać. Znaczną rolę odgrywa też charakter Pruszki, który jest trochę nierealistyczny, nieprawdopodobny. Jej Losy poznajemy w sposób poszatkowany i od końca, ale jej osobowość i poczynania wydają mi się zbyt absurdalne by istotnie się nią przejąć. Nikt tak nie działa!
tu dalszy ciąg irytacji na bezsensowność Pruszki:
kliknij: ukryte Dajcie spokój! Przecież to dziewczę dało się radośnie pokroić bo „tak bardzo kocha tatusia”. I ten monolog podczas ostatniej walki Bondrewda z Regiem. „Musicie się pogodzić, kłótnie są niedobre” – farsa. To nie było wzruszające tylko idiotyczne. Kurde, jak ktoś ci robi krzywdę i cię boli to nie okazujesz mu miłości, współczucia i wsparcia. Powinna być przerażona, oszukana i oszalała z bólu. Wkurzało mnie też trochę, że była jak wesoły skrzacik, oddana tatusiowi, zupełnie ślepa na wszystko co sama przecież odkryła. Także względem klątwy otchłani. Był w jej retrospekcji moment nawet, gdzie najwyraźniej pomagała robić operacje i możliwe, że to samo co Nanachi. I co? Nadal pozostaje w przeświadczeniu, że tatuś by nie zrobił nic złego? Głupie.
Notabene, jeśli chodzi o Nanachi to jej relacja z Bondrewdem była przedziwna. kliknij: ukryte W rezultacie rozumiem to tak, że jednocześnie nienawidziłą, ale też traktowała go podobnie jak Pruszka – czyli trochę jak takiego ojca, opiekuna. Z tym, że Nanachi była od początku bardziej świadoma… ?
Pomagała mu w jego eksperymentach i tworzeniu kartridży, jak się okazało nieco pod jego urokiem, pod wpływem komplementów u tej przedziwnej więzi. Niepokojąco, ciekawe ale też trochę niezrozumiałe i nie wiem czy logiczne.
Wreszcie sam Bondrewd. Zgadzam się z pochwalnymi wpisami na jego cześć. Ktoś napisał, że kryje się pod płaszczykiem uprzejmości… A ja sądzę, że on naprawdę taki był. To nie były udawane pochwały czy udawane przywiązanie. To niezwykle szczera postać. Można powiedzieć, że ani razu nie skłamał. Po prostu jego moralność jest skrajnie wypaczona. On nie był szalony. To trochę tak, że on nie odczuwał ani strachu, ani wściekłości, ani niechęci, ani wstydu czy współczucia. Nie miał w sobie żadnych negatywnych uczuć. kliknij: ukryte Może właśnie przez te zmiany, przez hełm i przenosiny swojej świadomości. Był skrajnie zafiksowany na punkcje swoich eksperymentów i w swoich poczynaniach nie widział nic złego. Sądzę, że istotnie darzył Pruszkę i inne dzieci sympatią i przywiązaniem. kliknij: ukryte Zamknięcie ich w skrzyneczkach nie uważał za wykorzystanie tylko dowód miłości i więzi. W końcu te stwory na dnie piątej warstwy, Mitty‑podobne, te wszystkie poprzemieniane dzieci. Bondrewd pamiętał ich imiona. Nawet te w skrzyneczkach. Nie były dla niego tylko przedmiotami. Taak… Sądzę, że taki Bondrewd jest jeszcze bardziej przerażający.
No cóż, teraz już razem z bohaterami mogę się udać na szósty poziom i z ciekawością będę śledzić, co też otchłań ma jeszcze do zaoferowania.
Re: pytanie
Pytam, bo opinie co do jakości filmu są bardzo ambiwalentne i nie byłam pewna czy to nie jest zapychacz.
pytanie
Red Cliff
Kreacja roli Zhuge Lianga czyli Kongminga była cudowna. Ciekawie było oglądać sprytne strategie i to jak Kongming wystrychnął wojska Cao Cao na dudka. Szczególnie podobał mi się numer ze strzałami.
Pomysł by reinkarnacja Kongminga dopomogła początkującej piosenkarce z Shibyui wydała mi się cudownie absurdalna. Seria była dokładnie taka jak się spodziewałam.
Trochę idolkowa komedia, z ulubionym motywem od zera do bohatera, odrobina taktyki, do tego kolorowy koktail i jedziemy z tym koksem! ;D
Eiko jest urocza, ma sympatyczny projekt postaci, choć fakt iż cały rok chodzi w szortach trochę mnie zmraża. Nic to.
Wspaniałe jest to, że skupiamy się na muzyce nie ma zbędnych romansów, ani niczego takiego. Pojawiają się licznie ciekawe postaci drugoplanowe i to robi świetne, zróżnicowane tło.
Kongming wygląda znakomicie i nie musimy wątpić w jego nieomylność i magiczne zdolności przewidywania wszystkiego. Rzeczy niemożliwe działają i to wszystko z klasą. Przyjemnie się patrzyło na człowieka, który nie rezygnując z siebie, świetnie dopasował się do kolorowej klubowej społeczności i robi biznes. Pozostał wierny nawet swoim tradycyjnym szatom.
Nie wiem w jaki sposób Kongminga było stać na mieszkanie, centrum dowodzenia, jakie sobie potem sprawił itp., ale dobra, nie wnikajmy w szczegóły. Nie będę się czepiać nieistotnych rzeczy w komedii XD.
Przychylę się także do pozytywnych opinii w stosunku do openingu. Coś przesympatycznego. Wystarczy obejrzeć raz i już się nuci. I bardzo przyjemna animacja. Ktoś się postarał.
Utwory w trakcie trwania seansu były w porządku, choć nie powaliły mnie. Wydawały mi się podobne jeden do drugiego i gdy pojawiały się w różnych konfiguracjach i momentach w zasadzie nie odróżniałam ich wcale :P. Taka tam papka muzyczna. Ale pełniły swoją rolę i nie mam z nimi w zasadzie problemu. Tak samo z animacją, która podczas śpiewania Eiko wyglądała jak zapętlona sekwencja podobnych ruchów. Niemniej wcale to wszystko nie przeszkadza w odbiorze.
Fabuła jest na swój sposób przewidywalna, wiadomo, i też wcale to nie przeszkadza w przyjemnym spędzeniu czasu z Imprezowym Kongmingiem i resztą ekipy.
7/10 niezła zabawa, komedia, Zhuge Liang, absurd, od 0 do bohatera, muzyka czyli wszystko to co tygryski lubią najbardziej.
komedia szpiegowska
To bardzo udana, zabawna seria, gdzie poziom absurdu jest wyznacznikiem komedii. Świetne nawiązania do rzeczywistości ale wszystko jest oczywiście w krzywym zwierciadle.
Mamy zatem dwa kraje toczące ze sobą zimną wojnę. Wschodni i Zachodni czyli Westalia i Ostenia. A że akcja jest osadzona w stolicy Westani – Berlintcie to bardzo naturalnie przychodzi na myśl rozłam między Niemcami tudzież szeroko pojętym Zachodem, a blokiem wschodnim czyli Rosją. Mamy tu aparat bezpieki i siatkę szpiegowską, bezwzględne metody i slogan „pokoju na świecie”.
Odrobina powagi tylko zwiększa komizm całej sytuacji.
Nie musimy natomiast zagłębiać się w polityczne niuanse, bo szczęśliwie sytuacja polityczna stanowi tylko szkicowe tło życia rodziny Forger.
Bardzo podobało mi się, że Anya wie o wszystkim i świetnie ukrywa zarówno tożsamość rodziców jak i własne umiejętności. Będąc niezdarnym, zupełnie przeciętnym sześciolatkiem (a może nawet pięcio…) nie robi za geniusza, za to dzięki swoim umiejętnościom telepatycznym posiada wysoko rozwiniętą inteligencję emocjonalną. W każdym razie bardzo łatwo ją polubić i jest bardzo logiczną postacią.
Yor na całe szczęście nie została tsundere, czego trochę się obawiałam. Jest miła, szczera i naiwna a jej charakter także nie zostawia nam w zasadzie wątpliwości co do jej motywacji i logiki postępowania… No może jej życzliwość i naiwność czasem jest nieco zbyt absurdalna. Jak choćby to, że nigdy nie wścieka się na okropne koleżanki z pracy a tylko stara się podtrzymać dobre relacje.
Loid za to jest istotnie tak dobrym szpiegiem, jak niesie fama. I jak na dobrego szpiega przystało, jest szalenie nieufny i podejrzliwy. Jego umiejętności zapamiętywania, czy kamuflażu są niesamowicie wyolbrzymione, ale o to tutaj chodzi. Wcale nie ma być realistycznie.
Co do Yuriego brata Yor. Eh… Zgadzam się z Serene. Cecha, która miała śmieszyć, wkurza.
Kolejnym plusem serii jest muzyka. Znakomity opening i ending, także pod względem graficznym.
Natomiast są i pewne niedociągnięcia. Bezsensownym odcinkiem był dla mnie ten z wynajęciem zamku. Taki zapychacz, trochę zabawny, ale w mojej opinii – niepotrzebny. Seria jest lekka (przynajmniej na razie, bo nie znam oryginału), ale robi też wrażenie poszatkowanej, bo traci ciągłość. Czasem skupiamy się na Loidzie a czasem na Anyi. Dzięki temu nie wyróżniamy żadnego z bohaterów, ale chętnie skupiłabym się na dążeniu do głównego celu, czyli na szklonym życiu Anyi.
Seria kończy się nigdzie bez żadnych cliffhangerów ale wyraźnie czeka na kontynuację.
Re: komyushou
Te życzliwie knujące koleżanki.
Muminek Komi… Kawaii! XD
Cień i jego sługa
W Shadows House To cień jest panem.
Bardzo ciekawa koncepcja. Świat jest antyutopią i to od razu widać jak wspomnieli moi poprzednicy w komentarzach – wielu rzeczy możemy się domyślić. Ale wydaje mi się, że nie chodzi tu o zaskakiwanie widza. Jeszcze nie.
Ja przez przypadek zaczęłam oglądać od 4 odcinka i wcale się nie zorientowałam, że to środek seansu. Wszystko można było zrozumieć bez poprzednich 3 odcinków ;D. Oczywiście nadrobiłam je, ale w zasadzie poza incydentem z chorobą sadzy nic bym nie straciła.
To tylko pokazuje, że fabuła jest poprowadzona postępowo, logicznie i bez gmatwaniny. Tak, jest prosta, ale wydaje mi się, że tu chodziło najbardziej o ukazanie relacji między lalką a jej panem. I świetnie to wychodzi. Jakże podobało mi się, że nawet bez twarzy postaci mają swoje charaktery i w istocie różnią się od swoich „twarzy”. Na swój sposób urzekająca czerń ciał obleczona w kolorowe stroje.
Klimat? Owszem. Może nie czułam się trzymana w napięciu jak przy Made in Abbys, ale był taki nieco gotycki klimat wielkiej ponurej posiadłości. Z początku nawet sądziłam, że tam nikt nie wychodzi na zewnątrz. Też byłaby to ciekawa koncepcja. Cienie trochę jak wampiry… Ale nie.
Nie mogło być oczywiście do końca ponuro przy Emilco rozświetlającej każdy ciemny zakamarek swoim niezmąconym optymizmem. Mam słabość do takich postaci, a jeszcze prawdziwą radość sprawił mi fakt iż bohaterka jest spostrzegawcza i pomysłowa. To nie jest durna melepeta którą wszyscy muszą wyręczać. Ma cudowne przymioty wiary w dobro innych i wyciąga z nich to co najlepsze. Nawet początkowo beznadziejne postaci zyskują wiele w ostatnich odcinkach i swego rodzaju przemianę zawdzięczają kamyczkowi zmian czyli Emilco.
Świat nie jest nadto skomplikowany, pod koniec serii wiemy i domyślamy się jak co funkcjonuje, ale nadal pozostaje wiele niewiadomych. Przede wszystkim przyszłe losy poznanych przez nas postaci. Z ciekawością wciągnę kolejny sezon.
Myślę, że to solidne 7/10 :)
(I bardzo podobał mi się ending)
komyushou
Znakomicie mi się ogląda.
To takie relaksujące, urocze i puchate.
Nic wielkiego, ale czekam każdy tydzień na kolejny odcinek i nie jestem zawiedziona.
Podoba mi się, pewien postęp kolegów i koleżanek z klasy Komi, którzy coraz bardziej ją rozumieją i obchodzą się z nią jak z wystraszonym zwierzątkiem, co sprawia, że i sama Komi się nieco otwiera. Nadal jest często odrętwiała ze strachu, ale relacje zaczynają ja bardziej cieszyć niż tylko przerażać i nawiązuje porozumienie nie tylko z samym Tadano.
Notabene co za urocza para.
Lubię też styl deformed Komi, te jej wielkie oczy.
Angielskie klimaty
Nieco dziwnie patrzyło się na animację 3d, ale należy nadmienić, że jest bardzo dopracowana i sprawdza się zupełnie nieźle. Aczkolwiek wersja rysunkowa też miałaby tu rację bytu.
Dziewczynka, wychowująca się w sierocińcu to Aya‑tsuru czyli „skorek” tak istotnie wygląda, bo ma kiteczki jak skorkowe szczypczyki. Dyrektorka sierocińca nazywa ją zatem Aya co w wersji polskiej brzmi Skorek – Sara Kork… no. powiedzmy. A po angielsku to Earwig. Tak samo nazywa się zespół której płytę Aya ma przy sobie gdy znajdują ją na schodach sierocińca.
Nie znam oryginału, który napisała ta sama autorka, która stworzyła między innymi Howl's Moving Castle.
Ale….
postaci wypadają świetnie!
Film podobał mi się szczególnie ze względu na charakter postaci. Skorek jest nieco zadziorna, ale w istocie bardzo miła. Wie, że życzliwością może więcej zyskać. Bardzo jej się w sierocińcu podoba i uwielbia dyrektorkę, która jest wspaniałą, życzliwą osobą.
Ayę adoptuje czarownica i jej towarzysz Mandrake. Aya ma być po prostu służącą i asystentką. Dziewczynka jest odważna i stanowcza, a wiedźma wredna, ale w rezultacie…
Ale nie będę zdradzać. Podobało mi się w tym filmie szczególnie to, że postaci ni zachowywały się do końca stereotypowo. Że wielu rzeczy się nie spodziewałam. Fabuła nie jest jakaś nadto wartka, a chwilami może odrobineczkę się dłuży. Zakończenie w zasadzie figuruje w obrazkach towarzyszących napisom. Trochę jak w WALLY (tam po całej bajce towarzysząc napisom widać było scenki jak ludzi radzą sobie na ziemi).
Świetnie wypada piosenka „Earwig – Dont disturb me”, oraz animacja podczas openingu.
Fajna historyjka 7/10 :)
Komedia??
Po pierwsze bardzo mi się podobało. Bawiłam się zupełnie dobrze i uśmiechnęłam się pod czas seansu często.
Ale sama zdumiałam się opowiadając innym o obejrzanym przeze mnie anime.
Kotarou Lives alone na Netflixie zdał mi się komedią. Wesolutkie intro, urocza prosta kreska i zawiązanie z poważnym chłopczykiem, który wita się z sąsiadami paczką chusteczek.
Ale nie dajcie się zwieść, to opowieść o życiu pod płaszczykiem komedii.
Naturalnie Wszystko jest sporo surrealistyczne. Wyolbrzymione. Nie ma takich dzieci jak Kotaro. Żaden 4 latek nie byłby w stanie tak się sam sobą zaopiekować. O to jest tutaj głównym źródłem komedii. Oczywiście wiemy, że to nie mogłoby mieć miejsca.
Ale oprócz samodzielnego 4‑latka, reszta staje się niepokojąco realistyczna. Sąsiedzi zaczynają się przejmować losem chłopczyka i z własnej woli zaczynają się nim nieco opiekować, pomagać mu. Poznajemy coraz więcej faktów z życia Kotaro i to są prztyczki w nos, które dają wiele do myślenia.
np. (tu spojlery:)
kliknij: ukryte - Ojciec ma zakaz zbliżania się do Kotaro.
- Fundusz ubezpieczeniowy wypłaca chłopcu tygodniówkę na życie ukrywając przed nim smutną prawdę skąd pochodzą pieniądze.
- W przedszkolu Kotaro tyje bo zjada wszystkie resztki po dzieciach, nie chce by jedzenie się marnowało.
- Starszy kolega z sierocińca wyłudza pieniądze.
- Odpowiedzialny dentysta przeprowadza wywiad rodzinny z chłopcem, gdyż ubyto w jego zębach wskazują na zaniedbanie ze strony dorosłych.
- Chłopiec gromadzi pamiątki i wśród nich są rękawiczki, których używała matka musząc dotknąć syna.
- Kotaro ceni chusteczki dobrej jakości, gdyż w razie potrzeby mona nimi zapchać żołądek.
I wiele innych przykładów które trochę jeżą włos na głowie i uświadamiają, że niektóre dzieci mogą istotnie być w takiej sytuacji.
Ale nie zapominajmy to mimo wszystko komedia.
Postaci są świetne. Kotaro jako główny bohater jest zawsze poważny i niepodobny do rówieśników. W porównaniu z nimi dostrzegamy jaskrawy kontrast. Ale Kotaro ma także swoje nieco dziecinne zachowania, czym urzeka, jak również tym, jakiego używa języka, jak potrafi być szczery i tym, że strasznie fałszuje.
Karino, mangaka – drugi główny bohater, poczuwający się do opieki nad młodszym sąsiadem chodzi w dresie, jest nieogolony i ma równie zachęcającą minę co urzędnik skarbówki w marcu przed rozliczeniami. Fakt iż samodzielnie mianował się opiekunem Kotaro, chodzi z nim do łaźni, do sklepu, do przedszkola, na spotkania rodziców sprawia, że mamy dla niego wiele sympatii.
Wylewny yakuza, urocza Mizuki, czy pan wydawca (moja ulubiona postać i ten śmiech… Zaczęłam go stosować) stanowią barwne ciekawe tło dla różnych scen.
Kotaro ma śmieszną buzię i kanciaste źrenice, ale to uwypukla jego powagę.
Bardzo mi się spodobał ending, którego ostatnie obrazki stanowią miłe podsumowanie każdego odcinka.
Polecam. 10 odcinków ciekawych okruchów na wieczór.
8/10 może nawet 8,5/10