x
Tanuki.pl korzysta z plików cookie w celach prowadzenia
reklamy, statystyk i dla dostosowania wortalu do
indywidualnych potrzeb użytkowników, mogą też z nich korzystać współpracujący z nami reklamodawcy.
Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.
Szczegóły dotyczące stosowania przez wortal Tanuki.pl
plików cookie znajdziesz w
polityce prywatności.
Banieczki
Film jest po to by popatrzeć na widoki i sceny stride… zaraz czy ja tego gdzieś już nie widziałam?
[link]
Zawiązanie fabularne w zasadzie nie jest wyjaśnione. Widzu po co wnikasz? Tak jest i już! – tego chcą scenarzyści. Skąd to całe dziadostwo się wzięło? A nikt nie wie. Koniec.
Sceneria jest baśniowo‑post‑apokaliptyczna i przyjemnie się patrzy na kadry. Poruszające się postaci wypadają nieźle, choć bez rewelacji. Wiemy na co stać współczesną technikę i już mnie to tak nie jara. Czasem w ciągu całego seansu ukazane są wypieszczone ujęcia twarzy dwu głównych bohaterów. Podwójnie mi żal, że tylko tylko w tych niektórych ujęciach. Czuję się, jakbym dostała do ogryzienia kość i co jakiś czas ktoś mi podrzucał malutki aromatyczny kawałek mięska. Niedosyt.
Sama fabuła jest bez sensu. Można machnąć na nią ręką.
Różne sceny w fabule są bez sensu. I generalnie trochę zmarnowany pieniądz na produkcję, ale nie mam pojęcia jak można by było to uratować. A może już jestem za stara na tego typu serie?
Dziś 3 razy lepiej bawiłam się przy Komi‑san… Także tego.
meh
Uważam, że postaci były krzywe i nieładnie narysowane. Wkurzały mnie kreski na twarzach a la Naruto. Takie kocie wąsy, jakby wszystkie postaci były podrapane przez kota. Poza tym bohaterka wydaje się raz starsza raz młodsza, raz mniejsza, raz większa i nie, nie mam na myśli retrospekcji. Po prostu była dziwnie rysowana. Nie podobało mi się, że dorośli wyglądali jak dzieci, a zwierzęta jak źle wykonane plastikowe zabawki made in Tajwan.
Cała opowieść jest skierowana chyba do dzieci. Dzieci w wieku wczesnoszkolnym, bo taki jest poziom fabuły. Przy czym tłumaczenie o bóstwach, było tak zawiłe, że sama nie rozumiem o co chodzi. Jest uczta na którą przychodzą bóstwa i część z nich zostaje i pilnuje, a część nie, i są jeszcze jakieś Yayorozu‑coś‑tam i potrzebują ludzkiego posłańca, który jak się nie pojawi na czas to będzie apokalipsa. Kurna chata moi uczniowie w życiu by nie skapowali o co chodzi.
Fabuła jest prosta jak budowa cepa. Co samo w sobie nie jest może problemem, ale ten film ma coś takiego, że nie ujął mnie ani trochę. Znaczy tak beczałam, ale ja płaczę nawet na reklamach w tv więc to nie jest żaden wyczyn.
Nawet jak zacisnę zęby na paskudne gęby i przymknę oko na zawiązanie fabularne, jak uznamy wartość przeżyć bohaterki i jej walkę z poczuciem straty i dziecięcym poczuciem winy to… nie. Por prostu to do mnie nie trafia. Może komuś się spodoba. Jak dla mnie 5/10.
Re: Nu pagadi
Pojawiają się nauczyciele i mowa jest o innych szkołach, także kwestia Beastara staje się ciut bardziej zarysowana, nawet koledzy wypytujący Legoshiego…
Choć dochodzą też specyficzne elementy. Sama nie wiem jeszcze jak się do nich ustosunkować. Postaci postępują tutaj ciut dziwnie i choć teoretycznie rozumiem ich motywacje, pewne działania są… trochę bezsensowne.
Ale odcinki płynnie przechodzą jeden przez drugi a ja bardzo chcę wiedzieć co dalej, aż trudno się zatrzymać. Co charakteryzuje wciągającą, a zatem dobrą fabułę.
Co z tego wyniknie?
Serce mi mówi: „Dajcie mega happy end! Taki, żebym się popłakała ze wzruszenia i smarkając przekrzykiwała się bohaterami – no bez sensu! co za kit mi to wciskacie! Ale dobra… Więcej, więcej!"
a rozum mówi:
„Ale bagno, nikt nie powinien tu być zadowolony. Zero kompromisów, dajcie dramę”.
Po czym rozsądek łapie oboje za fraki:
„A jakie to ma znaczenie, cieszcie się do cholery seansem”.
;D
Nu pagadi
kliknij: ukryte Niecna organizacja Shishi‑Gumi porywa co jakiś czas roślinożerców i ich zjada.
Porywają drobną króliczycę. No i dobra. Całkiem niezły zakręt fabuły, zwłaszcza, że burmistrz stara się sprawę zamieść pod dywan. Namawia do tego szantażem również Louisa. Legoshi dowiaduje się o tym i postanawia działać. Robi to naiwnie i niewprawnie co jest w porządku, bo jak inaczej miałby działać? Zgadza się to najzupełniej z rysem charakterologicznym postaci i wszystko w zasadzie gra zanim samotny wilk nie zdecyduje się na frontalny atak na siedzibę Shishi‑Gumi. Pal sześć jak ich w końcu znalazł. Ale jak wszyscy zauważyli cała walka z lwami jest absurdalna i niemożliwa. Czy nie mógłby się jakość zakraść i stoczyć walkę z raptem jednym lwem? Niechby nawet to był boss, ale jako starszy lew mógłby być wyraźnie słabszy, i niech jeszcze dopomoże ciut szczęścia, a z króliczycą na ramieniu Legoshi zbiegłby równie bohatersko, a mniej idiotycznie.
No choćby tak, można?
Zatem to jest jeden cierń w oku, reszta rzeczy, która pewnie przeszkadza tylko mnie to już detale ale pozwolę sobie je wyszczególnić i zostawić Wam do namysłu. Ukrywam treści jeśli ktoś sobie nie życzy drobnych spojlerów:
kliknij: ukryte 1) Legoshi to duży wilk, a Haru mała drobna króliczka. Jak do diaska jego wielki członek ma się zmieścić w tym małym ciałku? Haru by się nie rozpuknęła tylko gdyby ją solidnie obwiązał taśmą przed stosunkiem. Nie wiem, czy tylko ja się nad tym zastanawiam?
2) Włochate biusty. Może to nie powinno mi przeszkadzać. Trochę się dziwnie patrzy na głowy zwierząt zatknięte na humanoidalnych torsach. Jak również – z jednej strony pasiaste i cętkowane nogi zebr czy lamparcic wyglądają ciekawie, albo wąskie kurze nóżki. Z drugiej… Te biusty. Damn! Miałabym ochotę by zwierzęta zachowały więcej cech zwierzęcych, tak jak w Zootopii. Zwierzęta tam wyglądają legitymacyjnie, mają jedynie wyprostowane sylwetki. Tutaj stopy, ręce… yh. Może nie powinnam się czepiać furry, zwłaszcza, że jako dziecko często rysowałam kobiety‑koty, ale dysonans czasem mącił mi w głowie. Najdziwniejsze są ptaki. Borze te kury…
3) Nos Legoshiego jest znakomity jak to u wilków. Świetne są też wtręty w stylu: wilki dobrze widzą w nocy, panda ma mocno unerwiony nos, jeleń zrzuca poroże. Brilliant, takie smaczki, które odnoszą się do cech gatunkowych itp. Ale na litość, wiele roślinożerców również doskonale widzi w nocy. Inne zwierzęta poza wilkami również mają doskonałe powonienie. Czemu tylko Legoshi mógł wyczuć nielegalną krew, albo zapach leków? Tzn wiem czemu dla fabuły, ale logice to nie pomaga.
4) Haru jest jedyna w kółku ogrodniczym i ma tam mały ogrodniczy domek. Z łóżkiem. Louis nawet jakiś czas wynajmował ten domek. Czemu Haru sama tam nie mogła mieszkać? Nie dokuczałyby jej koleżanki z pokoju. Ale załóżmy, że nauczyciele by się nie zgodzili. To w takim razie mam duży podziw jak jeden królik ogarnia wszystkie roślinki na terenie szkoły, skoro najwyraźniej to właśnie ona się tym zajmuje. Magia.
5) Brakuje mi obecności nauczycieli. Czasem się nawet zastanawiałam czy opiekun koła teatralnego pelikan jest nauczycielem czy starszym uczniem. To oprócz niego i pawianicy praktycznie nie widać dorosłych na terenie szkoły. A przecież przydałby się nauczyciel patrolujący korytarze. Taki, który też studził by konflikty i zapobiegał szykanowaniu. Przynajmniej po części.
6) Szkoła z internatem jest ok, ale czemu uczniowie są zamknięci? Czemu po zajęciach nie mogą iść na miasto? Muszą mieć specjalne pozwolenie.. Znaczy takie odniosłam wrażenie, zwłaszcza, jak uczniowie przygotowywali się do festiwalu i się cieszyli, że będą mieli okazję wyjść na miasto. Niektórzy jak Haru są pełnoletni. No, chyba, że jak w Japonii pełnoletność uzyskują po dwudziestce. Z drugiej strony Haru bywała na dzielni. To coś tu się nie klei, jakaś niekonsekwencja.
7) Funkcja Beastara jak dla mnie nie jest do końca wyjaśniona. Rozumiem gdyby taka osoba stawała się przedstawicielem szkoły, bądź po prostu dostawała taki prestiżowy, honorowy tytuł. Ale z tego co mówił burmistrz, Beastar po szkole może zyskać jakąś realną władzę. Nie czaję. A w innych szkołach też tak jest? Jest tylko jedne liceum? Młodzież chodzącą po mieście dorośli pytają „Chodzisz do Cherryton?”… A są jakieś inne opcje?
8) Zwierzęta są podzielone na roślinożerów i mięsożerców, ale przecież wiele zwierząt jest wszystkożerna. Czy zjadanie owadów jest mięsożerstwem? Bo owady są niehumanoidalne. To małe stworzenia mogłyby jeść owady i pozostać przy swojej normalnej diecie. A wiewiórki? Przecież one jedzą pisklęta. No i nosorożec czy hipopotam. One bywają bardziej niebezpieczne niż lwy. Ale to akurat można by wpisać w fabułę zupełnie nieźle.
To takie rozważania i roztkliwianie się nad drobiazgami, bo mi to wszystko przyszło do głowy, natomiast niewiele przeszkodziło w cieszeniu się seansem.
Grafika pasuje znakomicie. Płynność ruchów, praca kamery, piękne gesty w tańcu, budynki trójwymiar i głębia kadrów, a przy tym rysunkowy charakter kreski. Przepięknie. Takie CGI ale bez nachalności. Możliwość różnorodnych ujęć i celowe ukazanie dysproporcji we wzroście, świetnie się na to patrzyło.
Muzyka też udana. Opening znakomity i zupełnie przyjemny ending (choć fabuła wciągała na tyle, że nie chciało mi się przesłuchiwać do końca), klimat zapewniony.
Postaci fajnie zaprojektowane. Legoshi jest, jak się sam charakteryzuje, pesymistą. Ale ma w sobie cechę, którą ogromnie cenię: brak unoszenia się honorem. Jego postępowaniu nie można niczego zarzucić. To jak się stara, jak panuje nad sobą, jak waży słowa i jak trudno mu z narastającymi emocjami. Znakomite. Taki introwertyk, czy zgodzicie się ze mną? To dla mnie jedna z podstawowych cech introwertyków. Osoby, które tłumią w sobie emocje wobec innych ludzi, a emocje te gromadzą się i czekają czasem na wybuch.
Haru nie jest Mary Sójką. Jest nielubiana, pogardzana, przez żeńską część społeczności. Ma w sobie dużo siły, cierpliwości, choć też rezygnacji, jest uparta, wytrwała i dumna. Ale całkiem nieźle wypada w swojej roli.
Louis – jakże też wielopoziomowa postać. Ile wspaniałych cech. Znowu duma, ale też zawziętość, dążność do perfekcji i sporo pychy, gniew i wstyd… No doskonałe zestawienie, takie realistyczne, namacalne. Nie można Louisa za łatwo zaszufladkować i ustawić na półce dobry/zły.
Juno też jak Louis jest zbieraniną przeciwstawnych cech. J est niegłupia, sprytna, ale też dobra, życzliwa, ma swoje przekonania, jest pewna siebie, ale też ma w sobie tę dumę, zawziętość, nie lubi, gdy rzeczy nie układają się po jej myśli.
To główne postaci, a później trochę drugoplanowych, którzy są bardziej jednowymiarowi, ale dzięki temu nie przesłaniają tych w blasku fleszy. Też zupełnie udana gromadka różnych typów.
Fabuła jest prosta i opiera się na relacjach. A dzięki dobrze skonstruowanym postaciom działa dobrze. Mamy elementy grozy, problem, kontrasty, ciekawie zarysowane tło i romans.
Jak dla mnie mocne 8/10. Warto obejrzeć i przymknąć oko na jedną zupełnie nieudaną scenę akcji.
fobie?
Przede wszystkim podkreślmy lekkość. Fobia Komi, która sprawia, że boi się do kogokolwiek odezwać, a także lęka się kontaktów i tłumów – nie jest przesadzona. Niektórzy ludzie naprawdę mają tak silne fobie. W zasadzie odwrotnie – Komi wcale nie ma tak silnej fobii jak niektórzy ludzie, zapewne dlatego, że byłoby to bezsensowne w fabule takiego anime. Osoba o tak silnych lękach takiej antropofobii, ma problem by w ogóle wyjść z domu.
W każdym razie nie jest to anime o traumie radzenia sobie z fobią. Tak naprawdę wcale nie mamy żałować Komi ani rozmyślać nad jej problemami. Komi to postać komiczna. To komedia – pamiętajmy o tym.
Główny bohater nazywa się Hitohito Tadano i jego imię jest celowe: „tada no hito” oznacza w wolnym tłumaczeniu „po prostu jakiś koleś” i jest bohaterem, u którego podkreśla się, że jest ultra przeciętny, jest królem przeciętności. Ani przystojny, ani brzydki, ani głupi ani specjalnie mądry, ani utalentowany, ani łamaga, ale ma jedną umiejętność – rozumie ludzi. Rozumie Komi i robi za jej tłumacza i pomocnika. Zupełnie legitna rola.
Kolejna postać: Osana Najimi to osoba o niesprecyzowanej płci zapewne chłopiec, której imię (Osananajimi) oznacza przyjaciela z dzieciństwa i aby było śmiesznie to przyjaciel z dzieciństwa wszystkich osób w szkole. Absurd nie? No pewnie! Tak ma być.
Albo Yadano Makeru to dziewczyna która „makeru no yada” – nie znosi przegrywać.
Yamai Ren – ponoć jej imię powiązane jest z określeniem yandere (kim właśnie jest)
itd. Wszystkie postaci reprezentują jakiś typ i Dzięki temu pełnią swoje komediowe role. Poza tym szkoła roi się od zwariowanych i udziwnionych postaci. Nikogo nie dziwi dziewczyna w zbroi czy chłopak ninja.
I wśród tej zgrai jest Komi, która bardzo by chciała robić zwykłe rzeczy z kolegami i koleżankami, ale pożera ją lęk, drętwieje i nie może wykrztusić słowa. Bardzo prędko przechodzimy do jej wersji w stylu deformed, gdzie z twarzy wystają jej tylko wielkie skupione oczy. Pozbawiona jest mimiki, widzimy jedynie zmieniające się tło, drżenie i didaskalia.
Taka Komi‑san jest urocza i jej niemy wkład w scenki bawi mnie. Raczej nie w głos. Ale fabuła odpręża mnie i ogląda się przyjemnie.
Mam sympatię do Tadano, który jest nikim specjalnym, a zarazem jest wyjątkowy, bo ma w sobie najwięcej empatii i zrozumienia, a wraz z Komi stanowią ładną parę. Mają się wyraźnie ku sobie, ale jest to miła relacja bez nieporozumień, gdzie obojgu sprawia przyjemność wzajemne przebywanie ze sobą. Jak dla mnie spoko.
I tyle, w zasadzie. Anime nie ma aspiracji do niczego wielkiego, to zupełnie poprawna i przyjemna lekka komedia.
Poza tym ma sporo ładnych ujęć zwłaszcza z Komi, która nie jest w stylu deformed, acz przeszkadzają mi jej bardzo maleńkie usta.
Zupełnie przyjemne są też opening i ending.
jak dla mnie 6/10 albo 7/10 bo to max ile może wyciągnąć seria tego typu. Czekam na następne odcinki. Obejrzałam 7 na Netflixie.
Yamazakura
Romantyczna opowieść o nastolatkach z lekkimi kompleksami, którzy naturalnie… no przecież wiecie, jak to się skończy. W tle coś co mnie rozczula najbardziej i każe ocierać łezkę – historia miłosna sprzed 50 lat.
Opowieść miła, sielska, dość nudnawa chwilami. Akcja tak naprawdę trochę się wlecze, ale zdaje mi się, że wszystko by podtrzymać lekki charakter letniego zauroczenia.
Na plus haiku w tle. Z jednej strony zastanawiam się, czy przypadkiem głębia haiku nie jest trochę wyolbrzymiona… może to kwestia tego, że się nie znam.
Ujęcia CGI trochę dziwne, niekompatybilne z płaską kolorową kreską reszty.
Bohaterowie główni – ot typowi. Bardziej mi się podobał Cherry – grzeczny, pomocny, nieśmiały ale mający swoją pasję. Smile była nieco… no słodka idiotka troszeczkę. Ale do zniesienia jak na pełnometrażówkę.
Cóż na mnie w szkole mówili Królik albo Szczurzyca ze względu na zęby, choć nigdy nie miałam z tego powodu kompleksów.
6,5/10
Furuba po raz kolejny
Nie wiem jak to się stało, że sięgnęłam po remake i nagle skończyłam wszystkie sezony… Ups?
Najlepsze jest to, że oglądając jęczałam nieraz z zażenowania, albo strzelałam facepalmy na drętwość tekstów, rozdmuchany dramatyzm i telenowelowatość po czym zorientowałam się, że zapełniłam już cały kosz wysmarkanymi chusteczkami. Cóż, raczej nie ma się czym chwalić.
Zawiązałam worek na śmieci z miną winowajcy „Dałam się złapać”, po czym oglądałam kolejne odcinki.
Furuba stosuje chwyty poniżej pasa! Przecież nie można tak bezczelnie rozklejać ludzi… Prawda?
Całe anime to są rozmowy. Kilka poszczególnych dramatycznych scen akcji urozmaica, ale nie są to sceny wiodące. To kilka kropli czekoladowego sosu w morzu budyniu waniliowego. Budyń waniliowy jest dość nijaki (ot mleczna breja), a urozmaica go banan czyli Tooru (mniejsza o pisownię). Banan sam w sobie też nie jest jakimś bardzo ciekawym owocem. Smaczny, słodki, czasem lekko młdy gdy poleży. Tooru jest leżącym jakiś czas mdło‑słodkim bananem, nieco rozciapcianym, ale o dziwo dobrze pasującym do budyniu. I z odrobiną czekolady… Polecam.
Tooru nie jest wyjątkowa, jest naiwna i dość dzielna. Jest normalna choć aż zbyt wyrozumiała czasem. Ale rodzina Souma takiej osoby najwyraźniej potrzebowała. Fabuła potrzebowała takiej osoby.
Reszta postaci przedstawia się ciekawie. Mamy różne problemy i generalną dążności do akceptacji i bliskości z drugą osobą. Bo przecież nie motyw fantastyczny z postaciami zmieniającymi się w zwierzęta jest tu ważny. Ten motyw to tylko pretekst by stworzyć nieco odizolowaną od społeczeństwa grupę ludzi z problemami.
Wśród bohaterów pierwszo i drugoplanowych każdy znajdzie sobie bardziej i mniej ulubionych. Nieco wkurzających, a także ciekawych. Ja lubiłam Ayase, Hatoharu, Momijiego i Kyoko bez przerwy obecną w retrospekcjach.
Postaci mają swoje motywacje, swoje pragnienia i przeważnie są dość legitne.
Fabuła odkrywa po kawałeczku kolejne tajemnice, powoli także te, których nie znałam z starej Furuby. Czas mija zbliżając się do momentu ukończenia liceum. Niektórym wraz z upływem czasu zmienia się wygląd – rzecz bardzo na plus.
Z Tooru spojrzenie widza kieruje się również na Yukiego i Kyo, na postaci poboczne, na samorząd, na przyjaciółki Tooru, generalnie dość dobrze poznajemy otoczenie. Można kibicować nie tylko główny bohaterom. Dzięki temu zakończenie jest uważam bardzo satysfakcjonujące.
Openingi i Endingi są sympatyczne, niektóre bardzo miło było przesłuchać kilka razy, niektóre przewijałam ciekawsza bardziej kolejnych perypetii.
Oczywiście są i dziury. Można się nad pewnymi rzeczami zastanawiać. Czy na pewno rodzina ojca pozwoliłaby Tooru mieszkać u obcych ludzi? Jak to możliwe by chodzić do szkoły, mieć pracę i ogarniać dom, obiady, sprzątanie i jeszcze mieć czas wolny w takim stopniu jak to było w przypadku Tooru? Czemu rodzina pozwala jednym członkom na robienie własnego biznesu, a innych zamyka się w pokoju na kilka lat? Jak można… Nooo bez spojlerów. Ale są dziury, niekiedy i spore, ale jakoś nie wydają mi się istotne aby zaprzątać sobie nimi głowę na dłużej.
Kreska się poprawiła w stosunku do starej serii, choć nie żeby była jakaś wybitna.
Generalnie telenowela pełną gębą. Zaopatrzcie się w zapasy chusteczek i zajadajcie ten sympatyczny ciepły budyń.
7 / 10
Violet po raz kolejny
Fabuła ma swoje słabości. Bohaterka a la Kopciuszek i cała lista elementów z tym związanych. Ale mogę śmiało machnąć na to ręką.
Ale jest kłaniająca się nisko Violet i jest dobrze.
Jeśli komukolwiek spodobała się seria „Violet Evergarden” to może śmiało posilić się tym sympatycznym acz nieco długim seansem.
Muzyka sięga do tematów z serii (nic nowego, ale wciąż wspaniale).
Czy jest sens w ogóle to oceniać? Wydaje mi się, że ten film jest dokładnie tym czym miał być. Włącznie z ckliwym wyciskaniem łez, fanserwisem i dramatyzmem.
nie żałuję.
Just Pretender
Great Pretender posiada wszystkie cechy dobrego anime. Kilku niezłych bohaterów, nietuzinkową, przyciągającą wzrok grafikę, interesującą fabułę i dobrze dopasowaną muzykę. Całość obejrzałam z przyjemnością delektując się rozrywką oglądania ciekawej serii. Ale nie postawię 10/10.
O wiele lepiej ogląda mi się anime niż filmy aktorskie. Kreska animacji wabi mnie i pozwala wybaczać. Atrakcyjność designu czy szalone zwroty akcji, tudzież bezczelne wyciskacze łez – na to wszystko się złapię, nie znaczy jednak, że nie wiem jak to działa. Filmy aktorskie tyle nie wybaczają. Gdyby Great Pretender był filmem sensacyjnym w hollywoodzkiej obsadzie to wiele by stracił. Jak na anime ma wiele plusów. Ciekawe projekty postaci – nie wszyscy są na jedno kopyto. Nie wszyscy są piękni, mamy różne nacje i rasy, odcienie skóry, rysy twarzy. Bardzo podobało mi się, że bohaterowie mówili w różnych językach, że pojawił się bardzo przekonujący chiński, że poruszaliśmy się po wielu krajach, wielu lokacjach i to robiło duże wrażenie rozmachu i swobody. Bo to jest nietypowe dla anime. Ale w zwykłych filmach najzupełniej normalne.
Główny bohater był na wskroś japoński, typowy, animowy. Szkoda mi go było, że daje się tak robić i wrabiać i że zamiast być błyskotliwym oszustem to tak daje sobą manipulować.
Sprawa z Dorothy jest absurdalna, szczególnie zakończenie po zakończeniu.
Zresztą wiele elementów jest naiwnych i nierealistycznych.
Może oceniam Great Pretender surowo, ale sądzę, że autorzy sami sobie wysoko postawili poprzeczkę.
Nie odbiera to przyjemności z oglądania.
8/10
Grzeczna dziewczynka w korporacji
Uważam, że stanowią spójną całość i tak były planowane.
Nie wiem czy ktoś się ze mną zgodzi, ale oglądając Aggretsuko miałam z tył głowy Shirobako. Niby te anime różnią się wszystkim, a jednak dla mnie są jak siostry i to w pozytywnym znaczeniu. Obie serie pokazują pewne problemy pracy w firmie i w życiu generalnie.
W Aggretsuko trudy „życia” (właśnie życia, nie samej pracy) w korporacji przechodzą później na plan dalszy i jak to w życiu ewoluują. Nie powiem w którym momencie to się stało, bo nie zważałam na zmianę sezonu, oglądałam ciągiem.
Myśląc o pracy biurowej, czy w ogóle o pracy o podobnej strukturze, gdzie mamy jakąś hierarchię pracowniczą i współpracowników do głowy przychodzi początkowo kwestie: „Dużo pracy”, „zostawanie po godzinach”, „Trudny szef”, „Kompetencja i trudność przydzielonych zadań”. Młodzi studenci podejmują pracę świadomi tego, ale z czasem pojawia się coraz więcej niuansów. Bo przecież w takiej firmie jak w omawianej serii pracuje masa osób (wygląd zwierzęcy nie ma przecież znaczenia, to są całkiem realistyczni ludzie). Oprócz różnych funkcji, te osoby mają różne charaktery, każdy ma swój temperament, jakieś swoje kłopoty, sympatie i animozje. Aby dobrze żyć trzeba się umieć z tymi ludźmi dogadać, porozumieć. Czy to jest szorstki prostacki szef, czy jego przydupas, czy biurowa plotkara, czy wkurzająca laska, która umie się lepiej ustawić bo jest słodka, czy wyniosła starsza koleżanka, która wytyka nam błędy, a może podwładny oskarżający nas o mobbing? Jakby wielogodzinna ciężka praca nie była wystarczająca.
Wspaniałe było to, że Retsuko, dzięki dobrym radom i pomocy przyjaciół udaje się w końcu po kolei rozwiązać problemy. Czasem o dziwo wystarczyła zmiana własnego nastawienia, albo próba spojrzenia na sytuację z innej perspektywy. Nie zawsze trzeba rzucać wypowiedzeniem, kłócić się na drodze sądowej, czy uciekać się do podstępów. Może jest to też japońska pochwała pilnej pracy biurowej, ale ja doceniam fakt, iż wiele spraw się wyjaśnia, gdy Retsuko szczerze serdecznym growlem wygarnia światu swoje niepokoje.
Kolejnym elementem, o którym już wspomniałam są postaci, będące zwierzęcą metaforą różnych ludzkich cech. Panda jest milutka, prosiak jest prostacki, kot jest beztroski, sarenka jest urocza, ptak sekretarz (Sagittarius serpentarius) jest sekretarką XD, osioł ziewa… Ale nie dajcie się pozorom to pełnowymiarowe, ciekawe postaci. Oprócz Retsuko, która jest główną bohaterką, poznajemy wiele innych postaci, drugo i trzecioplanowych. Ich działania i relacje wydały mi się bardzo realistyczne i normalne. Może z wyjątkiem Tadano, który jest wyjątkowy… No i kieszonkowy książę… ale to humorystyczna postać.
Ponadto ciekawie było zobaczyć drugą stronę każdej postaci. Nie będę zdradzać szczegółów, ale to kolejne dobre przesłanie by niekoniecznie oceniać po pozorach i powierzchowności znanej na co dzień. Przy bliższym poznaniu okazuje się, że nawet osoby, na które w duchu patrzyliśmy nieco z góry okazują się w pewnych kwestiach godne podziwu.
Retsuko jest na swój sposób wzorem przeciętniaka z wielu serii anime. „Pracownica biurowa taka jak Ty”. Ale pozytywne jest to, że się uczy. Umie przezwyciężyć swoją bierność, zmienić nastawienie i gdy przyjaciele w końcu mówią: „Skoro tak Ci źle to zmień coś w swoim życiu” robi to, choć los i przypadek też mają w tym swój udział. Ale sądzę, że jej postępowanie jest zrozumiałe. Sama czułam się podobnie w wielu przedstawianych sytuacjach.
Z czasem fabuła zaczyna fikać koziołki, ale przez to seans nie jest nużący. Trudno było się powstrzymać by nie kliknąć „Następny odcinek”. Nie obraziłabym się za jeszcze jeden sezon.
Wektorowa grafika o grubym konturze jest prosta, ale zupełnie wystarczająca. Świetnie oddaje wszystkie potrzebne detale. Retsuko ma bardzo dynamiczną mimikę, niektóre postaci zaś bardzo oszczędną (np. Washimi‑san) ale i tak graficy oddali wszelkie emocje. Podoba mi się też to, że postaci noszą różne stroje.
Muzyka jest niemal taka sama przez wszystkie serie. Metalowe intro i ending (z małymi zmianami w 3 sezonie), oraz kilka prostych tematów, które pojawiają się w środku trwania odcinka.
Muzyka i grafika są proste – dopasowane do serii, gdzie na pierwszy plan wysuwają się relacje bohaterów i odczucia Retsuko.
Bardzo udana seria
8,5/10
Re: Człowiek czynu ;)
Myślę, że jestem trochę podobna do Katariny. Mam w sobie równie dużo delikatności i zamiłowania do porządnego zachowania się. Lubię się babrać w ziemi znacznie bardziej niż nosić sukienki. Tworzę genialne plany B gdyby czekała mnie zagłada. Jestem raczej pogodna i skłonna do zabawy. I wreszcie jestem także bardzo tępa jeśli chodzi o życie miłosne. Znaczy myślę, że się przez lata wyrobiłam, ale byłam poważnie głupiutka, naiwna oraz bardzo, bardzo krótkowzroczna. Ale nie AŻ tak jak Katarina. Uważam, że nawet jak na fikcję animacyjną to przesada. Co innego gdyby Katarina wiedziała co się święci ale trzymała celowo wszystkich na dystans. Bo jest np. osobą która lubi czytać o romansach ale niespecjalnie się w nie angażować. O! to by było ciekawe. W zasadzie jakby założyć, że ma o 7 lat więcej niż wszyscy inni, bo raz dożyła 17stki i później się ocknęła mając dajmy na to 10. To mogłaby patrzeć na wszystkich trochę z pobłażaniem i siostrzaną opiekuńczością ale nie być zainteresowaną związkiem czy romansem. Ale nie. Katarina musi być najwyraźniej zatrzymana w rozwoju…
Może niepotrzebnie się frustruję. Ale tu niewiele brakuje do bardzo dobrej postaci. A tak, to jest tylko spoko.
Re: Człowiek czynu ;)
Zgadzam się z tamakarą – głupota Katariny wychodzi dość uroczo, bo jak można nie lubić takiej bohaterki? Mój Borze – przecież kochają ją wszyscy. WSZYSCY. Ale właśnie – są granice. I ja się mogą zaśmiać, raz, dwa razy z tego samego dowcipu. (Ba! Z niektórych śmieję się całe życie! Przedstawcie sobie: Idą 3 żółwiki przez pustynię… ekhm… może innym razem.) Ale w kółko maglowane ślepowidzenie Katariny pod koniec jest już męczące.
I ja wcale nie wymagam aby postać była inteligenta. Niech będzie i głupiutka, tylko Katarina nie jest i nie powinna być aż TAK głupia. A jest. No to się kłóci z jej character designem.
1) Katarina jest naprawdę głupia. Wszystkie postaci to przyznają. Ale aż tak? Po pewnym czasie to przestaje być zabawne, a ma się ochotę wsadzić Katarinę łbem do dołu na grządce kapusty. Z drugiej strony tylko jej głupota i prostolinijność ją ratują przed zagładą. Heh.
2) Wszyscy drugoplanowcy są sympatyczni mają swoją rolę i najważniejsze cechy, każdy się jakoś wyróżnia od siebie nawzajem, ale zarazem mówią tym samym głosem. Ja wiem, że to tak miało być, bo inaczej ktoś by został pominięty, albo za dużo byłoby zamieszania i zmarnowanego czasu antenowego. Ale momenty w których postaci pojawiają się jedna po drugiej, czy jednocześnie i mówią tę samą kwestię 8 razy… Eh po kilku odcinkach to również zaczyna nużyć.
3) Gdy pojawia się czarny charakter metodą jest stwierdzenie: wszystko jest dobrze zostańmy przyjaciółmi. I choć to jest typowe w wielu animcach, to tutaj przebiega maksymalnie ekspresowo, kompaktowo i skrótowo. "- Aghhhhr jestem taki zły, – nie, wcale nie – Mylisz się jestem bardzo zły zginiesz!, – Nie, nie prawda. Choć zostańmy przyjaciółmi. – No dobra. – Yaaay.” Tak wygląda cała akcja. Dosłownie. Przysięgam.
4) Plan Katariny był genialny i prosty i to było naprawdę miłe w odbiorze. Później natomiast Katarina idzie jakby w zaparte ślepa na efekt swoich działań. W zasadzie cała fabuła skończyła się w dzieciństwie, gdy kliknij: ukryte Katarina z wszystkimi się zaprzyjaźnia. I ok, to mi pasowało zwłaszcza wobec tego co sama jako narratorka opowiadała o pierwowzorach przyjaciół. A potem już w zasadzie nie miałoby znaczenia czy Maria w kimś się zakocha, czy nie… Od tego momentu widać, że autorzy nie mają już pomysłu co dalej.
po 11. ep.
Nie negując wcześniejszych uwag na plus, pod koniec fabuły nie sposób dostrzec też wad.
grafika:
Gdy zaglądamy malarzom przez ramię, można ujrzeć sporo szkiców. Niektóre są całkiem udane, a przede wszystkim ukazują klasyczny styl rysunku. Postacie‑figury nie mają nic z animowanej/rysunkowej/japońskiej estetyki. To jest dobre. Także część gotowych dzieł wygląda „legitymacyjnie”. Niemniej im dalej w las tym większy pośpiech i niedbałość. Szkice albo widzimy tylko umowne, „przepiękny” szkic biżuterii wydał mi się raczej niechlujny. Lecz prawdziwie fatalne rzeczy dzieją się w animacji postaci. Arte zmieniają się rysy twarzy, niektóre ujęcia wypaczają wszelkie proporcje. Pojawia się sporo martwych kadrów. Jest mnóstwo scen zatrzymanych albo takich, gdzie jedna postać się trochę porusza, a reszta zastyga nienaturalnie.
fabuła:
W zasadzie nie dzieje się nic zaskakującego. Sądzę, że od początku możemy przewidzieć losy bohaterki. Śmiem twierdzić, że zakończenie jest oczywiste. Ale i poszczególne epizody nie mają w sobie jakichś szalonych zwrotów akcji. Można by jedynie wyciągnąć wniosek, że nie dzieje się także nic bardzo niemożliwego ani absurdalnego.
postaci:
Większość dobrze dopasowuje się do poziomu fabuły. Nie mamy tutaj budzących respekt czarnych charakterów, nie ma powalających złożonych osobowości. Prawie wszyscy są albo mili, albo nieco gburowaci. Gburowatość nie niesie za sobą nic poważniejszego.
Ciekawą postacią jest może jedynie Yuri Falier, który potrafi być intrygujący. Po jego wyglądzie spodziewamy się amanta, bawidamka i lekkoducha szastającego kasą. Z kolei odkrywamy cechy które zaskakują. W dodatku nie jest ciepłą bułą. Dla rodziny będzie bardzo troskliwy, ale Arte potrafi rzec co naprawdę o niej myśli. A za uprzejmym uśmiechem kryje się zarówno intelekt, jak i pewna nieszablonowość. Reszta postaci jest nijaka. Nawet jak ktoś nie lubił Arte, to z czasem się oczywiście do niej przekonuje, jakżeby inaczej. Przyjaciele są słodcy jak miód.
postać główna:
Arte po czasie zaczyna jednak męczyć, a przede wszystkim jej rozterki. Na początku dostajemy dzielą dziewczynę, która nie daje się zgnębić przeciwnościom. Następnie gdy sprawy się uładzają i klarują, Arte wymyśla sobie problemy. I jej wewnętrzne przemyślenia do niczego nie prowadzą. Trwa w transie póki ktoś jej nie szturchnie i nie powie „ogarnij się”. No słabe.
Wolałabym już aby pociągnięto konflikt artystycznego świata i kobiety jako artystki. Gdy ludzie wokół zaczynają to akceptować to seria trochę traci sens.
Po obejrzeniu prawie całości skłaniam się raczej ku ocenie 6/10.
Można obejrzeć, nie jest bardzo złe, nie jest także ani zabawne, ani przesadnie wciągające. Ot historyjka.
San - na TAK!
Sam świat jest naprawdę wspaniały. Różne rasy żyją ze sobą we wzajemnej tolerancji, bohaterowie to zestawienie przeróżnych przedstawicieli występujących w tym świecie gatunków i każdy ma prawo mieć własny gust i własne widzimisię. Wspaniałe. I jeszcze każdy może z każdym na różne sposoby, a sukkuzany są objęte prawem pracy. Nawet kliknij: ukryte sado‑maso loch był udawany, bo nikt nie może być tu bity i krzywdzony na serio.
Scenki i żarty bawiły mnie, bohaterowie byli sympatyczni, a typy kurtyzan bardzo pomysłowe. Fakt, kliknij: ukryte że u cyklopek liczy się rozmiar oka a nie cycków, że nie da się przelecieć błędnego ognika w mały pomieszczeniu, że nie wsadzi się członka w każdą wróżkę, albo że alkonosty zamiast krwawej miesiączki składają jajko. Świetne! I to, że reptilianki też mogą się podobać.
Podobało mi się także, że Stunk i Zel w zasadzie są „starymi wyjadaczami” a nie napalonymi gówniarzami. A w ich szczerości jest godność. I przez to byli bardziej realistyczni.
A same sceny zbliżeń były także zupełnie w porządku. Bawiły mnie okrzyki dopasowane do gatunku (najlepsza była wyobrażona przez Stunka wersja androidki XD, drugie miejsce mykonidka „ach, ach, moje zarodniki!!!”). Zabawne były erotyczne nawiązania i metafory – jak butelka majonezu. A urocze, mimo że naciągane wydało mi się to, że same sukkuzany również doświadczały rozkoszy nawet częściej niż sami klienci.
Uważam, że jak na tak zawężony temat autorzy wspięli się na wyżyny pomysłowości i każdy kolejny odcinek był ciekawy i przedstawiał coś nowego.
Jeszcze mi zostały ze 3 odcinki do końca i strasznie chcę zobaczyć burdel w niebie ;D
po 4 ep.
... na wszelki wypadek ukrywam, choć to niewielki spoiler
kliknij: ukryte 1) Bohaterka, która nigdy w ręku nie miała młotka, włada nim doprawdy niczym inżynier budowlaniec. A może to po prostu moja zazdrość gdyż moje wkręty tkwią w podbitce prosto tylko w 40%, a gwoździe papiaki w 30%. Mimo wielkiej miłości do wyrzynarki wciąż deski potrafią być ucięte lekko z ukosa, a pomiary robione dwa razy czasem chyba i wystarczają. Ale Arte wystarcza odrobina samozaparcia i wszystko jest cacy.
2) Można podnieść coś ciężkiego za pomocą prostych pleców i ugiętych kolan. Specjaliści w podnoszeniu ciężarów to poświadczą. Ale dla dziewczyny, która nigdy nie nosiła nic cięższego niż talerz z przekąskami to przecież niezła gratka. Znów wiara we własne siły jest ponad logiką.
3) Nawet siedząca w domu całe życie szlachcianka, ma dostęp do historii miłosnych. Zwłaszcza nastolatka. Jej infantylizm, nieświadomość i zaślepienie są idiotyczne.
4) Mistrz, który mówi: „nie, to jest źle, zrób jeszcze raz” to bez sensu. Przydałaby się choć skromna uwaga: „popraw proporcje”, „zrób delikatniejszy szkic” albo „zależy mi tylko na zarysie”. Ale nie. Na potrzeby fabuły bohaterka musi zmarnować kupę czasu na 20 takich samych szkiców. Rozumiem ćwiczenia. To nie były ćwiczenia.
Znalazłoby się i więcej takich elementów, ale nie w tym rzecz.
Jest też sporo pozytywnych cech. Kilka ciekawostek dotyczących ówczesnego życia rzucanych przez narratora.
Zbiór narzędzi i technik malarskich. Odrobina realistycznej makabry jak s kliknij: ukryte ekcje zwłok i okrutny półświatek ubogiej prostytucji. To mi się spodobało, bo stanowi kontrast do bohaterki.
Czy bohaterka jest zła? Nie do końca. To co się może nie podobać jest oczywiste. Za to podoba mi się w niej:
1) Umiejętności (paradoksalnie). Nie jest bezużyteczną gułą. Zaradna, pracowita, zdolna i wszechstronna (tu płócienko, tam chlebek).
2) Zrozumienie swojego celu. To, że chce swój sukces zawdzięczać głównie sobie, a nie pomocy innych.
3) ganbaryzm.
Bo ja uwielbiam jak postać jest tak zmotywowana i haruje po nocach i robi rzeczy heroiczne i niemożliwe. Po to oglądam anime, bo taka postawa mnie motywuje. Od razu wstępuje we mnie chęć robienia RZECZY. Bo ja jestem bardzo podatna na fikcję i nawet jeśli jest to tylko rysunkowa, naciągana historia, to podczas gdy sama muszę czemuś sprostać myśl o takiej bohaterce podnosi mnie na duchu.
I właśnie dlatego anime mi się podoba. Czekam na następne odcinki i liczę, że nie będą gorsze. Będę usatysfakcjonowana zakończeniem otwartym i fabułą prowadzącą donikąd. Tylko taką zbitką historyjek od zera do bohatera. Na razie ode mnie 7/10. Jak mnie zaskoczą pozytywnie jakąś głębią to może dobije do 7,5 :D
do recenzji...
ku temu
zboczenie edytorki
miodzio
Dużo pięknych artów, jedzenia, hacków „how its made” i interesujących postaci ;)
bardzo bardzo mi się podobało. Cudny, przemyślany świat, muzyczne kawałki gdzieniegdzie także w porządku, hostoryjki miłe szczegółowość postaci… Fantastyczne!! polecam!
po 2 ep
Zwłaszcza dlatego, że bohaterka nie wydaje się być tylko wzdychającą pannicą, ale ogarniętą, samodzielną dziewczyną, która nie tylko ma swoją dumę, ale i pewne umiejętności.
Oni jak na razie wydaje mi się wyłącznie odpychający, niemniej seria zaczyna sie nawet ciekawie. To znaczy jak na poziom pewnych schematów i co nieuniknione historii romantyczniej – daje radę. ;)
nie do końca serio
Ale relacja Hiny i Nitty może być zabawna i urocza. O to w tym chyba chodzi.
uciemiężony otaku.
(po 1 odcinku) Główna bohaterka jest lepsza bo jest stanowcza, spokojna i wyluzowana. Ale mam wrażenie, że jej problemy są trochę wytworzone przez nią samą… zwłaszcza, że naprawdę zachowuje się odrobinę jak puszczalska.
Seria ma nadal pewien potencjał, ale chyba bardzo łatwo będzie go zaprzepaścić… kolejny ep. powinien rozjaśnić trochę, którą drogą się skierują.
tak!
pięknie to ujęłaś! Takie właśnie mam odczucia w stosunku do tej serii. Piękna oprawa, ciekawy zachęcający świat i jakiś okropny galimatias, który z tego zrobiono. Absurdalne, wytrącające ze spójności kontrasty; duża ilość bohaterów, którzy pojawiają się w jakichś losowych miejscach: np. przy końcu; dziwne zachowania postaci; kulejąca struktura wymyślonego świata.
Świetna seria* pozostawiająca po sobie piasek w zębach :<
*potencjalnie…a nie.
Główny bohater jest przyjacielski, odpowiedzialny, miły, nie jest fajtłapą, jest otwarty, nie ma żadnych problemów w kontaktach z ludźmi. Tragedię po śmierci rodziców przeżywa troszeczkę, ale jest w zasadzie bardzo pogodny i wprost mówi kolegom z klasy „spokojnie, to nie jest jakiś drażliwy temat”... Chłopak byłby niemal Gary Stu ale są również i gagi na temat tego, że jest taki dobry i opiekuńczy, że to aż nieprawdopodobne.
Dzieci są różne, mają zabawne charakterki, a przy tym są całkiem prawdziwe w swoich zachowaniach a przy tym urocze.
Bohaterowie drugoplanowi mają swoje pięć minut i stanowią bogatą gamę różnorodności… może wręcz za dużą, ale jakby było mniej to ktoś by się przyczepił, że za mało.
Odcinki są krótkie i proste. Nieskomplikowane, bardzo często o wzajemnej trosce i potrzebie bliskości.
Seria oferuje chyba dokładnie to, co było założone. Z cukrem na zębach przeleciałam przez wszystkie epizody. Mało!!! Więcy!
No i popłakałam sobie i jakoś tak okazywało się, że ostatnie odcinki poprawiły się.
Narzekajcie, mnie się podobało :)