x
Tanuki.pl korzysta z plików cookie w celach prowadzenia
reklamy, statystyk i dla dostosowania wortalu do
indywidualnych potrzeb użytkowników, mogą też z nich korzystać współpracujący z nami reklamodawcy.
Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.
Szczegóły dotyczące stosowania przez wortal Tanuki.pl
plików cookie znajdziesz w
polityce prywatności.
a poza tym wydaje mi się, że w tej serii pojawia się tendencja wzrastająca – każdy kolejny odcinek jest fajniejszy i bardziej zacieśnia więź między Takagi a Nishikatą.
... 12 też :) bardzo fajna końcówka. Robi się szkatułka. Dobry motyw na zakończenie serii.
relaksująca trójca sezonu
Jeśli chodzi o bohaterów, to Takagi jest trochę przekoksana – jest naprawdę bardzo inteligentna, bo bez pudła ocenia jak postąpi Nishikata. On sam kombinuje w zasadzie nie najgorzej. Mam poczucie, że jego punkt widzenia jest zbieżny z tym, co może sobie pomyśleć widz. Np. scena na basenie w szkole Takagi wyzywa Nishikatę aby zgadł czemu nie ćwiczy. Spodziewamy się oczywiście rezultatu, ale czy można winić chłopaka, że przyszło mu do głowy, że dziewczynka kliknij: ukryte ma miesiączkę? Mnie to też przyszło do głowy. Więc wcale nie uważam, aby Nishikata był głupi, że daje się nabierać. Uważam raczej, że Takagi jest aż za dobra. Nigdy się nie myli. To byłoby wkurzające, ale tak naprawdę mi nie przeszkadza, bo wiem, że jej motywy są trochę inne. Ona nie tyle chce się z niego ponabijać, co po prostu lubi z nim spędzać czas. Przez to staje się urocza.
Z kolei Nishikata mimo iż wkurza się na nią (i rozumiem jego frustrację skoro zawsze przegrywa) to nadal pozostaje miły. A nawet troskliwy.
Kreska jest ładna i bardzo mi się podoba zróżnicowanie ubrań. Takagi ma trochę za dużą głowę, ale niech tam.
Bardzo przyjemny jest też opening :)
Lekka, nieskomplikowana, przyjemna seria. Moim zdaniem na tak :)
Jak na razie po 7ep 7/10 czyli najwyższa ocena jaką mogę dać serii tego typu… (no… Yuru Camp dostanie 8/10).
psi!
Bodał w zeszłym roku natrafiłam na 5‑minutowe kawałki o Saikim, ale potem przepadł mi gdzieś w odmętach internetów. Gdy odnalazłam serię skleconą w 24 odcinki wciągnęłam ją niemal na jeden chaps.
Proszę państwa to jest komedia pełną gębą i nie należy się spodziewać po niej nie wiedzieć czego. Ale cóż za przyjemny relaks, kabaret animowany, parada pociesznych idiotów i kilka uroczych scen.
Bardzo mi się podobało to, że było tak naprawdę niewiele scen żenujących i zawstydzających. Saiki przeważnie czuwa nad kolegami aby nie przekroczyli pewnych granic… Poza momentami gdy sam robi z nich durniów. Ale robi się prawdziwie miło, gdy zostają pokazane pozytywne cechy charakteru postaci. To, że rodzice nawet jeśli są prości i trochę się wydurniają, to pozostają kochanymi rodzicami i Saikiemu szczerze na nich zależy. To, że chłopcy o wyglądzie rzezimieszków mają gołębie serca, albo swój chłopski rozsądek. To, że nieśmiały i niepewny siebie może mieć swoje zasady, a zapatrzona w siebie dziewczyna nie jest do końca samolubna.
Akcja jest czasem podzielona na kilka odcinków, poszczególne wątki powracają, ale panuje przyjemna różnorodność i nie męczy się w kółko Macieja tego samego tematu. Poza tym komentarze typu: „Normalny człowiek zauważyłby, że to niemożliwe, ale on przecież jest idiotą…” wprowadzają absurdalny realizm, albo realistyczny absurd :D. Mam na myśli to, że wszelkie „błędy” i problemy, które można zazwyczaj wytknąć anime, są zauważane i przechodzi się z nimi do porządku dziennego :)
Pointy scenek są może i przewidywalne, ale mnie i tak śmieszyły, zwłaszcza gdy wybrano najbardziej proste i zabawne rozwiązanie.
Teraz mam jeszcze drugą serię, ale będę sobie ją dozować oszczędnie niczym przysmak na deser. :*
polecam!
ja swoją pierwszą podróż samochodem po zdaniu prawka (dwa dni po odebraniu plakietki) zrobiłam ca. 300 km, jak jechałam z mamą przez całą Polskę :D – 650 km i przeszło połowę prowadziłam ja.
Poza tym jak się wspinałam na Fuji to miałam podobną sytuacją jak w ep. 5 wlazłam, wszędzie mgła, ani żywej duszy, deszcz, pizga zimnicą niczym w kieleckiem ani nie widać widoku, ani krateru, ani żadnego schroniska… Ale potem odnalazałam drogę po grani do schronisk i tam zjadłam cieplutkie miso, kupiłam rękawiczki, niebo się rozpogodziło i schodziłam widząc przed sobą Gotembę i cały pejzaż ;D
wiele osób ma mieszane uczucia co to „Koi to Uso” ze względu na zakończenie i cukierkowość i postawę głównego bohatera, który jest trochę ciapowaty, niezdecydowany.
Natomiast mam poczucie, że recenzja wyciąga wszystkie plusy serii. Mnie to odpowiada, bo nie uważam, żeby postaci były nierealistyczne albo niekonsekwentne w swych działaniach, choć po prawdzie takich czystych serc ze świecą szukać :P Natomiast brakuje mi odrobinę zaznaczenia wad serii.
chiyooo-kawaii!
Super urocze i puchate. A wielkim plusem jest główny bohater, który jest całkiem odpowiedzialny i dość ogarnięty, a przy tym opanowany. Naprawdę daje się go lubić. Podoba mi się różnorodność postaci, a jednym z fajniejszych jest sekretarz przewodniczącej. Sam jest puchaty i przesympatyczny. Seria bazuje oczywiście na starych i znanych schematach ale nawet tutejsza tsundere daje się lubić. Jej postępowanie jest zrozumiałe – tzn „tsunderowatość” wynika bardziej z jej niedostosowania, z problemu nawiązywania relacji z ludźmi… (tak po prawdzie prawdziwą tsun jest tu staruszka, która wypada w tej roli dość uroczo :D)
Główny bohater schematycznie z gatunku „Bohater taki jak ty” – nie jest ciamajdą. Ma swoje umiejętności, naturalnie nawiązuje kontakt z ludźmi (zwłaszcza z dziećmi), umie się zachować i wyrazić swoją opinię.
Bohater, który ma grać „Typka o mrocznym usposobieniu” jest całkiem uprzejmy i nie sprawia zniechęcającego wrażenia, wręcz przeciwnie. Jest po prostu bardzo opanowany i bardzo szczery.
Gość, który jest typem „księcia” ma przyjaciela, który wytyka mu, że zachowuje się jak pedofil… ogólnie cała parada dość ładnie zarysowanych charakterów. Mamuśki są zróżnicowane i łatwo je rozpoznać, a Usaida – etatowy opiekun… ok. tego gościa bym palnęła czasem gazetą za opierdzielanie się na służbie. Mimo to czego by mu nie zarzucić nie jest głupi ;)
Polecam tym, którym robiło się ciepło na sercu przy „Usagi Drop”. Albo „Amaama Imaizuma” :D
Uważam, że grafika jest śliczna co ujmuje mnie najbardziej i to jaki klimat to tworzy na spółkę z czasem i miejscem akcji.
Mam słabość do postaci jak Violet. Jak 13 z słynnego ostatnio serialu „Stranger Things”. Podoba mi się jej sposób myślenia, ej działania i uwielbienie dla Gilberta.
Oba odcinki jak na razie podobały mi się. Dostałam to, czego oczekiwałam.
Choć może trochę przeszkadza mi to, że mówią o Violet, że jest androidem, a ciało ma w pełni ludzkie. Trochę mi się miesza. Raczej przypomina idealnie wytresowanego żołnierza.
inaczej?
Teraz mam poczucie, że odbieram to anime trochę inaczej, również od powszechnych opinii.
Fabuła jest leniwa mimo, że dzieje się całkiem sporo. Może to poczucie wynika z usunięcia zbędnej awanturniczości. Mam na myśli to, że mimo przemieniającej się Horo to wydarzenia są dość realistyczne. Relacje z ludźmi przede wszystkim. Ładnie to widać na tle handlowym. Ale przede wszystkim wydaje mi się, że bohaterowie są rozsądni, potrafią przemyśleć różne pomysły i potrafią w obliczu potrzeby działać racjonalnie a nie tylko emocjonalnie. Na przykład, kliknij: ukryte gdy Horo została uprowadozna, złościła się na Lawrenca, że nie przybył z odsieczą jak rycerz wymachujący mieczem… To była jednak tylko babska duma, w rzeczywistości facet postąpił roztropniej i akcja odbicia Horo była dość monotnonna, za to bardziej właściwa.
Przyznam, iż nie kumam wszystkiego w 100% jak na przykład specyfiki zysku gdy kupujesz coś za dwa srebrniki i do tego coś drogiego utargowanego taniej, to za dwa srebrniki sprzedajesz za pół ceny, a zysk opiera się na fakcie, że pokażesz się w droższych ciuchach u konkurencji… W taki pokręcony sposób przyjęłam jedną ze scen i do prawdy, nadal tego nie łapię. Nie przeszkadzało mi to jednak się bawić.
W całej serii uznałam, chodzi przede wszystkim o gierki między Lawrencem i Horo. Ona jest okropna baba. Ale nie głupia. Irytująca tak, ale świwetnie znająca wszelkie niegodziwe babskie zagrywki. Jeśli ma się do tego dystans ogląda się całkiem przyjemnie, zwłaszcza, że należy sobie zdać sprawę, że Lawrence i Horo mają się z każdym odcinkiem coraz bardziej ku sobie. A Hotro może być i w kosmos potężna. Zazdrosna kobieta pozostanie sobą. Ot i telenowela :)
lvl up
Tym razem część odcinków skupiła sie na poszczególnych bohaterach, więc jest odcinek poświęceony Stevenowi i KK i Chain (moja ukochana trójka) i Gilbertowi i nawet Rybogłowemu XD
Było wspaniale i uważam, że ten sezon był lepszy niż druga seria, i muzyka super, zwłaszcza ending. Jestem bardzo zadowolona, chcę kolejny sezon ;D
Re: nieważne...
nieważne...
jak ciepło na serduchu, cudnie się bawiłam ;3
stare a nowe
Niemniej seria mi się podobała. Jeśli chodzi o elementy filozofii: cóż, do mnie przemawia nawet tekst z końca – to może być koniec, albo początek z mojego włąsnego punktu widzenia. Dla was to może być bezustanna tułaczka, a ja kończę ją tu i teraz i zaczynam jutro. Bardzo mi to odpowiada i pasuje do mojego włąsnego życia. Sama lubię sobie postawić takich kilka kamieni milowych na drodze z napisem: „tu był koniec czegoś”.
Książę był pokazany dla kontrastu do Kino. Podobało mi się to, bo to pokazywało jej sposób myślenia i swego rodzaju mądrość. on był dobry, a ona mądra.
podobało mi się jeszcze bo pokazali kilka historii, których nie znałam. Te które znałam w starym Kino były lepiej wyreżyserowane.
Ishio.
meh
Z jednej strony niby fabuła idzie do przodu, z drugiej te pełne natchnienia dialogi…
Najbardziej męczy mnie Suou. Jest bardzo pozytywny, milutki i przyjacielski. I zupełnie rozumiem, że mieszkańcy Błotnego Wieloryba są tacy… Mają (za wyjątkiem może zakał trzewi) super łagodne, przyjacielskie usposobienie. Są dziećmi, które prędo dorosły, ale zachowały całą swoją niewinność! O właśnie! Mieszkańcy Błotnego Wieloryba są tacy niewinni. I jest to zrozumiałe i dobre… ale również trochę męczy. Tak samo kliknij: ukryte apathoiai kliknij: ukryte ludzie ze Skylos i w ogóle antagoniści są aż zanadto. Nie wiem czy ten kontrast mnie męczy… w końcu o to niby chodzi w fabule. Sama nie wiem. Może jest to spowodowane oglądaniem z odcinka na odcinek, zamiast ciągiem…
Czy ktoś ma podobne odczucia?
Natomiast są tacy, którzy fakt, że są żołnierzami traktują jako przepustkę zwalniającą ich z wszelkiego poczucia, że mogą robić coś złego… To było też pokazane w Juuni Taisen (szczególnie wydaje mi się w przypadku Trygrysicy, ale nie tylko). Jest sporo ludzi, którzy w obliczu „przyzwolenia” na zabijanie, uważają, że to nic złego. Mogą. Shishigami MÓGŁ. I to bardzo. To nie chodziło nawet o to, że on tych ludzi nienawidził. Nie. Był wściekły kiedy kliknij: ukryte jego mama popełniła samobójstwo. Ale tak… zabijał zupełnie randomowych ludzi. Robił to, bo mógł. W dodatku czuł się nieczłowiekiem, co w jego mniemaniu dawało mu przyzwolenie. Zwalniało go z ludzkiej moralności.
nawiązując...
Czego byście sobie życzyli mając jedno życzenie?
Wykluczam mnożenie życzeń w nieskończoność, to przesada…
Jak się zastanowić systemem Szczura to dość frapujące. Na przykład gdyby zażyczyć sobie aby można było przywrócić życie wybranym osobom. Przyjaciołom, rodzicom przyjaciół, rodzinie… Jak się nad tym zastanowię jest wiele osób, z którymi chciałabym się zobaczyć, a nie mogę bo nie żyją. Pytanie, czy gdyby ich przywrócić do życia, to na zasadzie: nigdy nie umarli/ nie zginęli, pojawili się nagle, uszczęśliwiając rodziny… I kiedy umrą ponownie? Samo myślenie na ten temat jest stresujące :<
Bo gdyby zażyczyć sobie na zasadzie: „nie stało się” to rzeczywistość zmieniłaby się diametralnie. Nawet przeżyta przeze mnie… Mogłabym nie dokonać tego co zrobiłam, albo niepopełnić błędów, które uczyniły mnie mną. I kto zadecydowałby kogo pozostawić martwym, kogo żywym?
Może jakieś lżejsze życzenie? Uszczęśliwianie ludzi wkoło jest… trudne, czasem niemożliwe… Więc może supermoce? Tu już łatwiej
Zawsze w takiej sytuacji pojawia mi się:
- chcę umieć latać!
(Najlepiej w fukncji niewidzialności, nienamierzalnej dla radarów),
– albo funkcja Jumper: teleportacja – którą osobiście używałabym do podóży po świecie… Ogromnie ryzykowne, ale jest to moc, której mi bardzo brakuje. Choć z drugiej strony… kiedy przejdę na pieszo 10 km to jestem dumna. Jak przejadę rowerem – to jest to normalne, jak samochodem – to kpina. Za bardzo kocham chodzić… Z drugiej strony gdyby teleportowała się do Mongolii albo w Tatry, to kontynuowałabym podróż na pieszo do momentu aż bym chciała się ogrzać, zjeść, albo miałabym dosyć. Czy jednak na pewno doceniałabym taką podróż? Jak lecę samolotem i jestem na końcu świata, to mam poczucie braku dystansu. Co innego gdy w pokonywaniu dystansu pomagają mi własne mięśnie – wtedy mam respekt dla odległości i w ogóle poczucie oddalenia :)
- Najbardziej jednak chciałabym móc wejść do własnej głowy. Zobaczyć światy które sama stworzyłam i porozmawiać z tymi, których stworzyła moja głowa. Trochę się obawiam, czy chciałabym stamtąd wyjść…
- ostatecznie chcę mieć monitor, w którym nagrywam swoje sny, mam możliwość ich cięcia, kasowania i odtwarzania. Niektóre sceny i pomysły mogłyby być warte zapamiętania.
Kto ma jeszcze jakieś pomysły?
Shishigami był, eh. Trudna kwestia. Podobały mi się momenty z nim. Gdy okazywał emocje… Ale masakra jaką robił na ludzaich, była straszna i bezsensowna. Mnie się krajało serce, ale seria potrzebowała antagonisty, który w dodatku miał okazać skruchę. Moim zdaniem powinien zatrzymać morderstwa do momentu kliknij: ukryte gdy skumał się z Shion. Może nie do końca „psychopata”. Poczuł się wszechmocny i co w zasadzie miałoby go powstrzymać przed zabijaniem? Często ludzie tacy są.
W każdym razie fabuła zmierzała w jednym kierunku. Była stabilna i niezaskakująca. Ale jeśli chodzi o całą resztę podobało mi się. Grafika – uważam bardzo zacnie, starannie. Choć były momenty, że Shishigami przestawał wyglądać jak on. Zachwiania jakości. Do CGI nie mam zastrzeżeń.
Uważam, że w tym anime chodziło o ukazanie emocji ludzi. Fabuła była pośrednia. Było nieźle.
złote!
Seria ma moim zdaniem wszystko to, co dobre anime mieć powinno:
Ciekawy, nietuzinkowy świat
Zróżnicowanych bohaterów, którzy mają swoje ciekawe charaktery,
Głównego bohatera, który przechodzi przemianę,
Muzyka – podtrzymująca charakter serii
Grafika – jak wyżej…
Moim zdaniem wszystko się sprawdza. Lubię sposób w jaki poruszają się postaci, ten blask we włosach, akcje ataku i momenty gdy się kruszą. Z muzyki lubiłam moment gdy pojawiali się Lunarianie – zawsze pojawiał się niewinny leitmotiv, który zaczęłam kojarzyć z niebezpieczeństwem.
Phos – okazała się doskonałą bohaterką. Początkowo denerwująca i leniwa zmienia się i wszystko okazuje się uzasadnione. Mimo że świat teoretycznie jest ubogi (jedna mała wysepka i morza wokół) to okazuje się znakomitym tłem wydarzeń.
Fabuła – myślałby kto, że będzie nudno, nic z tych rzeczy. Każdego odcinka wypatrywałam z nieceirpliwością, a trzy ostatnie obejrzałam już po angielsku bo nie mogłam sie doczekać tłumaczenia.
Najwięsze brawa dla postaci, które mają swoje przywary, motywacje, zajęcie, nastawienie.
Najbardziej poza Phos lubiłam Euclise (choć to może być zasługę Seijuu) i Yellow Diamond. No i Antarkcyt. <3 Ale reszta również była świetna Dia i Bort i Cinna, Rutyl, Alex… ^^
Chcę jeszcze!!!!
walcem...
Dobra sportówka ma dla mnie ten szczególny element, który sprawia, że nie obchodzi mnie cała reszta… albo nie tyle „nie obchodzi”, co przechodzi na drugi plan. Otoż dobra seria sportowa w moim przypadku zachęca mnie do spróbowania tego co główny bohater. Przy „Baby Steps” miałam ochotę pójść na kort i popróbować jak to się robi. Gdy oglądałam znienawidzoną przez siebie siatkówkę w „Haikyuu” nagle miałam ochotę wziąć do ręki piłkę i nakłonić jakichś ludzi by ze mną zagrali…
Co by nie mówić o BeY… zapisałam się na kurs tańca towarzyskiego. Tak jakoś wyszło ^///^
Główny bohater jest trochę wkurzający, rysunek postaci jest specyficzny… mnie najbardziej przeszkadzały usta – te krechy… Wygięte do granic możliwości ciała nie były zbyt piękne ani realistyczne. Przebitki artystyczne (czworonożne wrażenie Tatary) były paskudne.
Ale fabuła była nawet niezła. Zawody, taniec… Nic zbędnego. Odrobina pobocznych historii. Jakoś tak się działo, że i tak cieszyłam sie na każdy odcinek i nie miałam poczucia ani dłużyzn, ani że jest nudno. Do końca mi się podobało.
Jak to się stało? To ja nie wiem. Ale mimo, że od początku miałam do tej serii jakieś ale, to podobało mi się :)
Postaci były całkiem fajne i na ich relacje (zwłaszcza pod koniec) patrzyło się z sympatią.
Jakby poszedł II sezon – oglądałabym
Re: wciągnęta
Ta postać była niesamowita. Zwłaszcza w 10tym odcinku
Dla tego anime odłożyłam wszystkie inne na potem. Idealne na niedzielny wieczór.
wciągnęta
Absolutnie trafione w moje gusta.
Wszystko mi się podoba, to że bohaterowie są spokojni i myślący, to jaka jest relacja między głównymi bohaterami, to że są szczerzy i jednocześnie nie mówią sobie wszystkiego. To, że jest tu ciekawy pomysł, rozmowy, intrygujące postaci, które wcale nie muszą się obrażać, krzyczeć i zachowywać jak tsundere, to że nadzwyczajne zdolności są różnorodne, ciekawe, nietuzinkowe i pomysłowo wykorzystwane, a nie robi się z nich fajerwerków, to że w anime się dzieje mnóstwo, ale sposób prowadzenia fabuły jest spokojny i relaksujący… Faktycznie przeszkadzało mi trochę jeśli bohater był ranny a zachowywał się jakby nawet nie czuł bólu… Trochę zbyt zrównoważony. Z kolei Haruki, która powinna być bardziej zmulona pokazywała cały szereg emocji i była przy tym zabawna. To jak stara się cały czas dopasować, zmienić i zaskarbić sobie uznanie Keia. Wciągam jeden odcinek po drugim i mi dobrze :)
kliknij: ukryte Klaunie maski były moim zdaniem makabryczne. Zakrywały tożsamość napastników, oraz ich emocje.
Ten ich szef, brat Lycos rzekł frazę, którą mnie ujął: on nie szuka władzy! To jest dość wyrachowany typ, ale z jakimś celem, ideałem. Nie realizuje włąsnych ambicji jak mi się wydaje, ale działa zgodnie z tym co wydaje mu sie konieczne. Sądzę iż to ciekawe. Postać może być niezła.
A znajomy Lycos nie był typem apathoia – wypranym z wszelkich emocji. Był taki tylko żołnierz schwytany przez Ouniego. Różowowłosy dziwak, był po prostu pozbawiony empatii. Tudzież zadziwił mnie tekst, jak strzelił do dowódcy, stwierdzając, że to co uczynił jest dość okrutnie. Ha, nie przeczę, że jest psycholem, ale zastanawia mnie zaplecze charakterologiczne tych postaci.
Mamy thymię, która na razie funkcjonuje jak magia…
Ale ciekawa jestem samych statków‑wysp.
Błotny Wieloryb brzmi trochę tak, jakby ogromny pradawny organizm zgromadził na grzbiecie cały piaskowy zamek. Niczym krab pustelnik. Miałam przez jakiś czas poczucie, że to czym pływają jest żywe. Ale nie zanurza się ani nie wynurza… (choć można go „zatopić”).
wyspa‑statek Lycos bardziej przypomina wyspę. Pojawia się kliknij: ukryte także Scylos... Na ile można kontrolować wyspy jak statki? Czy dzieje się to za sprawą thymii, a może tych kliknij: ukryte bulw zjadających emocje?
Zastanawiam się też nad działaniem thymii. Naznaczeni żyją krócej, więc to tak, jakby użycie thymii zabierało ich energię życiową. Nie ma zaklęć i inkantacji. To wykorzystanie wrodzonej umiejętności, może genetycznej? Może ludzie zostali tak zaprogramoani… tzn uruchomiono coś metodą eksperymentów?
Na pewno ogromną rolę grają tu emocje. Okazywanie ich jest trochę tabu. Przez łzy i rozpacz wcale nic się nei wydarza, brzmi na razie jak tradycja… A może uznano, że to emocje prowadzą do nieszczęść? Może to, byłoby grzechem Falainy?
Brak natomiast jakiejkowlwiek energii elektrycznej. Nie ma prądy mimo iż możnaby wykorzystać siłę wiatru ku temu…
Z drugiej strony może systematyka pomogłąby nieco w ocenie sytuacji. To znaczy Jeśli niewtajemniczonemu mówi się, że lubi się np fantasy to od razu przychodzi mu do głowy Tolkien, Narnia albo jakiś schematyczny świat smoki, magia, baśń. A autorzy miewają tak niesamowite pomysły, wychodzą poza granice szufladek, że byłoby niekiedy krzywdzące stawiać uroczą dziecięcą bajkę fantasty z zawiłym politycznie światem pełnym intryg i zwrotów akcji. Nie, żeby mroczniejszy świat równał się od razu z wysoką literaturą. Niemniej sądzę, że ludzie lekceważą fantasy i sf ze względu na uproszczcenia…
Podobną sytuację mamy w Houseki no Kuni. Ale tam jest powiedziane, że to bardzo, bardzo odległa przyszłość. Chyba…
Niemniej podgatunków fantasy i sf jest tak wiele, że czasem trudno sprecyzować. A mnie to ogromnie frapuje.
Mamy bowiem typowe fantasy, które dzieje się w czasach, które naśladują średniowiecze, pojawia się magia, oraz nadnaturalne stwory typu smoki. Z drugiej mańki mamy science fiction, które udaje, że opiera się na nauce i często dzieje się w przyszłości albo wręcz w kosmosie.
A dalej pojawiają powieści i fabuły kompetnie rująujące, wychodzące poza ten podział.
Bo mamy cykl Kushiela, który dzieje się niby w renesansie… a rzeczy nadprzyrodzone wielokrotnie nawiązują raczej do religii niż magii.
Mamy Le Guin (np. „Urodziny świata”), której światy na innych planetach są symulacjami pozamagicznymi, gdzie nie wiadomo czy to jeszcze sf, czy fantasy, czy dysertacja socjologiczna.
Jest „Cieplarnia” Aldissa, gdzie przyszłość miliony lat w przód, ludzi tyle co kot napłakał i żadnej technologii… no powiedzmy. To już wykracząło poza post‑apo.
„Dzień Tryfidów” – sf, które nie ma nic z technologii ani magii może inżynieria genetyczna. Jak to nazwać? Przyszłość? Niech będzie sf.
Mamy Żuławskiego powieść „Na srebrnym globie” gdzie pierwsza część jest unaukowiona, niemal realistyczna, poza kilkoma szczegółami, a zamienia się w fantasy, które opiera się na istnieniu ludu nie mającego już z Ziemią nic wspólnego i funkcjonującego na włąsnych zasadach.
Są fantasy, które dzieją się współcześnie, z pomocą współczesnej i trochę zmodernizowanej technologii: jak w wielu współczesnych polskich książkach fantasy.
w „Achaii” Ziemiańskiego mamy miesznke fantasy z nowszymi technologiami. Magia miesza się z techniką.
W cyklu Aleksandy Rudej niby klasyczne fantasy, magia, te sprawy, ale w barzo nowoczesnym wydaniu, gdzie Uniwerek działa zupełnie jak nasze, społeczeństwo postępuje też bardzo nowocześnie mimo obecności elfów czy trolli. A magia ma wymiar nauki. Bliższa jest matematyce niż wróżeniu.
Albo Orson Scott Card, który z upodobaniem miesza style. Czytasz, wydaje ci się klasyczne fantasy, a tu nagle z nieba spada statek kosmiczny. Albo odwrotnie. Współczesność, Walmart, New York, licealiści i równoległe typowo średniowieczne fantasy.
No i słynni klascycy Strugaccy i Bułyczow. Dzieje się np. w ówczesnej teraźniejszości, albo odrobina przyszłości co nie zabrania magii.
„Niewielki pojazd kosmiczny spadł na podwórko domu nr 16 przy ul. Puszkina w Wielkim Guslarze….” <3
Wymieniać można jeszcze długą listę. Pomysłów wszak jest od groma. Nie wspomniałam nawet o fantasy pseudohistorycznych, których nie tykam, albo odjechanych w kosmos dukajowskich filozoficznych fantaso‑sf, które mogą się dziać wszędzie na raz, odwoływać się do starożytności, wyruszać w kosmos, działaś na ksieżycu i kończyć w postaci małej implozji w mojej głowie.
Wnioski i konkluzje są takie, że jestem świadoma jak to się dzieje z niestabilnością i niejednorodnością gatunku fantasy i sf. Ale jeśli ludzi jest mało
Dla samego ułatwienia powiem, że rzecz jest bliższa sf jeśli ludzkość wyginęła, a wspomina się o jej dawnej historii. Tak jest tu na Błotnym Wielorybie, gdzie poznajemy w zasadzie jakieś niedobitki i mowa, że niespotykają za częśto ludzi nieprawdaż? To jest ginąca cywilizacja.
Mamy magię – użycie thymii, ale jest to powszechne jak zachorowania na ospę :P. Brzmi nie jak magia, tylko cecha.
Mamy strzelby, i technikę, która może i ogranicza się do zasobów, ale raczej nie kojarzy się ze średniowieczem.
Bardziej przypomina przyszłość niż przeszłość. Takie odnosze wrażenie ;D
no właśnie, lepiej bym tego nie ujęła. To jest takie brzydkie…. dlaczego zatem nie mogę się jakoś oderwać XD