x
Tanuki.pl korzysta z plików cookie w celach prowadzenia
reklamy, statystyk i dla dostosowania wortalu do
indywidualnych potrzeb użytkowników, mogą też z nich korzystać współpracujący z nami reklamodawcy.
Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.
Szczegóły dotyczące stosowania przez wortal Tanuki.pl
plików cookie znajdziesz w
polityce prywatności.
Re: Przeciętniak z jednym bardzo mocnym punktem
Natomiast w mojej opinii, muzyka do filmu/anime/serialu (niepotrzebne skreślić) powinna pełnić choć jedną z trzech funkcji:
a) być na tyle „chwytliwa” (melodyjna) by dało się zanucić jakikolwiek fragment albo chociaż pamiętać dany utwór po obejrzeniu (np. Mitchiko & Hatchin, Podniebna Poczta Kiki)
b) budować napięcia i podkreślać atmosferę danej sytuacji, w ambitniejszym przypadku wręcz ją kreować (w tym przypadku niedościgłe mistrzostwo prezentuje Spirited Away)
c) zadziwiać wirtuozerią, bądź sprawnością techniczną wykonawców (Kowboj Bebop)
W mojej opinii żaden z powyższych punktów nie klasyfikuje się pod Oda Nobuna no Yabou – ani żaden utwór mnie nie urzekł, ani nie przypominam sobie by muzyka sugestywnie budowała atmosferę jakiejkolwiek sceny i nie wydaję mi się, by artyści byli więcej niż kompetentni. Ale to tylko moje odczucia oczywiście.
PS – na przyszłość prosiłbym o unikanie form rozkazujących, nie jestem psem by spełniać czyjeś zachcianki, a słowo „proszę”, czy inny zwrot grzecznościowy nikogo nie zabiją
Przeciętniak z jednym bardzo mocnym punktem
Miło w końcu obejrzeć anime o „tym innym przeciętnym chłopaku”, który (w większości przypadków) bywa albo kompletnym idiotą/mięczakiem (Fate/Stay night) albo przerysowanym geniuszem (Gease Code chociażby). Tutaj w przygody przeciętnego nastolatka nareszcie stworzono przeciętnego nastolatka. Yoshiharu jest bystry (czy raczej przebiegły), ale geniusz z niego żaden, wulgarny, ale potrafi też zachować się jak człowiek, nie zawsze opanowany, choć w krytycznej sytuacji potrafi zachować zimną krew. I w sumie dla tego przekonującego (w ramach rzeczywistości anime oczywiście!) bohatera obejrzałem całą serię i może nawet skuszę się na drugi sezon kliknij: ukryte (bo na pewno powstanie, sądząc po ostatnim odcinku).
Reszta – nie ziębi ani nie chłodzi. Panie są OK, w animacji trochę za dużo efektów komputerowych, ale ogólnie też jest dobrze, fabułę poprowadzono całkiem przyzwoicie (może nie licząc wstępu, który zapowiadał komedię absurdów). Na wyróżnienie zasługuje kilka postaci drugoplanowych (zwłaszcza przekabaceni na stronę „tych dobrych” stratedzy), ale mamy poważniejszą wadę w postaci miernej muzyki.
W każdym razie, ode mnie 7/10 i przyjemne wspomnienia po lekkiej (acz na pewno nie wybitnej i ambitnej) rozrywce :)
Re: To jednak nie to...
Miyazaki tłumaczył siwe włosy jako symboliczny rytuał przejścia, zdobycie życiowego doświadczenia, etc.
Nooo… Mam nadzieję, że jakoś to pomogło :) Oczywiście, to tylko moje zdanie :D
Na początek pozwolę sobie przytoczyć cytat z książki „Tysiąc i jedna opera” Piotra Kamińskiego: „dzieło powinno skupić na tym, w czym opera jest najlepsza – czyli na analizie ludzkiej psychiki i odzwierciedleniu ludzkich emocji”. Prawda jest taka, że bardzo duża ilość oper opiera się na minimalnej, często bardzo naciąganej fabule, budując jednak odpowiedni nastrój i podświadomie wymuszając na widzu określone emocje. W filmach często stosuje się podobne zabiegi (np. każda disneyowska śmierć ma wycisnąć łzy z najmłodszych widzów). I nie mam nic przeciwko takiemu zabiegowi jeśli wykorzystuje się go oszczędnie, jednak istnieją całe rzesze filmów (zwłaszcza amerykańskich komedii romantycznych), gdzie granie na emocjach widza jest wygodnym sposobem na przełknięcie bzdur fabuły i miałkości bohaterów.
Tym właśnie różni się „Totoro” od hollywoodzkiego chłamu – choć posiada szczątkową fabułę (jak wspomniałem w recenzji) i jest przede wszystkim filmem właśnie bazującym na emocjach (wspomniany w recenzji sentymentalizm, zaraźliwy optymizm – nie wiem jak Ty, ale śmiałem się przez prawie cały film :)) i choć bohaterowie nie są tak rozbudowani jak na Miyazakiego przystało, ich bezpretensjonalność i prostota w pełni to rekompensują. Dlatego właśnie napisałem, że choć „Totoro” jest filmem dla dzieci, opierającym się głównie na wywoływaniu określonych emocji i nastroju (zwłaszcza w kreowaniu sielankowego nastroju wsi), to pozostaje chlubnym wyjątkiem w swojej kategorii. Przypomina mi pod tym względem „Lunatyczkę” Vincenza Belliniego, gdzie spokojnie przełykamy znikomą intrygę, by rozkoszować się pogodnym, lirycznym nastrojem, ciesząc z każdej minuty.
No… wyszła mi z tego prawie druga recenzja z tej odpowiedzi, mam nadzieję, że wystarczyło :)
pozdrawiam serdecznie
Re: Dość późna reakcja - przepraszam
Re: Dość późna reakcja - przepraszam
Dla mnie liczy się to co w filmie – bohaterowie, klimat, większość wątków i znośna (choć nie wybitna) muzyka. I uparcie będę powtarzał, że choć nie jest to najlepszy film anime jaki widziałem, to na pewno jest moim ulubionym :)
Pozdrawiam ;)
Re: Dość późna reakcja - przepraszam
a) film jest przede wszystkim o starzeniu – i tu sprawdził się genialnie. Podstarzała mentalnie Sophie, niedojrzały emocjonalnie Hauru i Wiedźma z Pustkowia,która usilnie nie chce się zestarzeć (narysowana zresztą została genialnie – farbowane włosy, tona makijażu i skóra naciągnięta do granic możliwości po zabiegach chirurgicznych :)). Zresztą za to dostał ode mnie dodatkowe punkty.
b) wątek romansowy – nie tak bogaty jak w książce, ale też bardzo dobry. Osobiście znam dziesiątki takich Sophie i setki Hauru z syndromem Piotrusia Pana. Można go było poprowadzić jak w książce (gdzie był mniej czarno‑biały), ale wtedy genialne „a)" straciłoby na sile
c) wątek pacyfistyczny – kompletnie nieudany i niepotrzebny, zresztą z niego wynikają wszystkie błędy filmu (Hauru jako „ptak”, rozbiórka i składanie zamku). Tylko zakończenie mi się podobało – było tak naciągane i tak autoironiczne, że nie można go inaczej potraktować niż kpinę z Hollywood.
A co do tłumaczenia – zrobiłem też recenzję wydania „Ruchomego zamku Hauru” ze swojej strony polecam inne kwiatki Robaczewskiego (np. moje ulubione „Hauru nie chodź (?) tam”) :)
Cóż...
Jeżeli mogę podnieść się z klęczek i powiedzieć coś na swoją obronę (jeśli „znawca” raczy łaskawie wysłuchać) to:
a) rozumiem o czym jest film i doceniam jego klimat (zresztą wspomniałem o tym przy wymienianiu jego zalet)
b) oglądałem zdecydowaną większość filmów studia Ghibli (z czego większość, w tym „Szept serca” po kilka razy) i starałem się je zanalizować pod kątem symbolicznym, społecznym, a nawet komercyjnym (kiedy powstał i w jakiej sytuacji finansowej było studio).
d) bardzo lubię tak zwane „okruchy życia” („Mushishi” jest moim ulubionym serialem anime) i proste historie o zwyczajnych ludziach mnie nie nudzą
c) gdybym miał go oceniać po „powierzchownej” interpretacji (którą wyraźnie mi się zarzuca) film dostałby max. 4/10. Ale za drugim razem załapałem o co chodziło z figurką Barona, dostrzegłem, że reżyser kilka spraw wprowadził celowo wcześniej, no i uważniej obejrzałem tło napisów końcowych. Wciąż jednak kusiło mnie, by sięgnąć po pilota i odpalić „Spirited Awat”, czy „Totoro”.
e) jeżeli film Ci się podobał nie mówię, że to źle (Twoja reakcja sugerowałaby, że dałem mu 1/10) – to bardzo dobry dzieło (zdarzało mi się nawet bronić ten film przed bardziej sceptycznymi znajomymi), ale moim zdaniem nie jest arcydziełem.
W porządku tylko...
Rozumiem, że film jest o dojrzewaniu, ale jakoś… no nie wiem, może to po prostu dlatego, że mam charakter bardziej w stylu Sophie z „Ruchomego zamku Hauru” i nie mogłem zrozumieć prawie żadnej jej decyzji. Zdecydowanie bardziej podobają mi się charaktery dojrzalsze i rozsądniejsze, po które Ghibli (na szczęście) o wiele częściej sięga. Może też dlatego wolałbym, żeby film był o Yuko, czy o japońskiej bohemie, którą reprezentuje dziadek Seijiego…
Ale dziękuję za merytoryczną i konstruktywną krytykę. Po tym jak z przerażeniem odkryłem, że ten film nie ma ani jednej złej opinii na tanuki.pl (kurczę, już nawet „Mushishi” się oberwało!) spodziewałem się o wiele ostrzejszej reakcji.
Jeżeli mogę coś zasugerować – zwróć uwagę, że Wiedźma z Pustkowia wcale nie powiedziała Sophie na czym polega klątwa. Jeżeli znajdziesz odpowiedź, o co chodziło w tym zaklęciu (chyba, że już znalazłeś, to w takim razie z góry przepraszam) odsłoni się przed Tobą cała problematyka filmu, moim zdaniem wcale nie gorsza od tej ze „Spirited Away”.
Ale zgodzić się muszę, że lepiej by było dla filmu, gdyby Miyazaki wywalił cały wątek wojenny – historia nabrałaby płynności, a widzowie mogliby się bardziej skupić na tym, dlaczego Sophie się na przemian starzała i młodniała…
Pozdrawiam, mam nadzieję, że w czymś pomogłem.
Dość późna reakcja - przepraszam
Na argument, że bohaterowie są słabsi niż w książce (nie licząc Wiedźmy z Pustkowia) odpowiadam… „macie rację”.
Jednak, gdy pisałem o fabule wspomniałem już, że pojemność artystyczna filmu jest mocno ograniczona i pewne fragmenty celowo pozostawiono wyobraźni widzów (np. o czym mieli rozmawiać Hauru i Wiedźma z Pustkowia?). Książka oczywiście ma dużo lepiej nakreślone postacie, ale jednak na tej samej zasadzie co dużo głębsi bohaterowie pojawiają się w książkowym „Ojcu Chrzestnym”. A przecież wszyscy kochamy Marlona Brando;)
Natomiast jak na ograniczenia i konieczność niedomówień przy tak ograniczonym projekcie wciąż uważam, że bohaterowie wypadli wspaniale!
Niestety, w mojej opinii tylko filmowy „Lot na kukułczym gniazdem” ma lepiej zrobionych bohaterów (i lepiej poprowadzoną fabułę) niż książka – i raczej nic się w tej kwestii nie zmieni, książki będą górować nad filmami.
Co do kwiaciastej łąki – właśnie o niej myślałem, gdy wspominałem o przesadnym kiczu w animacji (i właśnie za nią odjąłem punkt).
Jeśli jeszcze mogę dołożyć jeden duży dla bohaterów – aktorstwo dubbingowe tego filmu (oczywiście mówię o oryginale!) mnie po prostu rozwala.
Dla mnie jeden z lepszych!
Po pierwsze – animacja jest lepsza, widać poprawę w tłach (na drugim planie wreszcie coś się dzieje!), po drugie – mamy ogólną koncepcję i kilka ciekawych rozwiązań (to jedyny film nie‑miyazakiego‑ojca, który ma dobre, odpowiednio długie zakończenie). No i po trzecie – świetne wyczucie stylu i proporcji (zauważcie, jak łatwo można było ten film przerobić na pusty melodramat).
Ogólnie, jak ktoś lubi te klimaty, polecam „Ucztę Babette” – duńskie arcydzieło, utrzymane w podobnym klimacie.
Zaskakuję mnie tylko jedno – czy jestem jedyną osobą, która uważa, że główny wątek dotyczy nie zakochanej pary, a relacji Umi z ojcem? Czy może jestem przewrażliwiony? :D
PS – jako, że jestem nowy na Tanuki, możecie mi wyjaśnić, czy tylko redakcja może pisać recenzje filmów?