x
Tanuki.pl korzysta z plików cookie w celach prowadzenia
reklamy, statystyk i dla dostosowania wortalu do
indywidualnych potrzeb użytkowników, mogą też z nich korzystać współpracujący z nami reklamodawcy.
Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.
Szczegóły dotyczące stosowania przez wortal Tanuki.pl
plików cookie znajdziesz w
polityce prywatności.
Re: Kryminał w starym stylu :)
Myśli Pan, że nasza bohaterka rozważa, czy kliknij: ukryte przypadkiem nie założyć klanu bogiń mądrości :D ? W sumie faktycznie, zważywszy na to, że to bardzo zdroworozsądkowy związek (trochę na zasadzie „zakochali się, bo nie było wyjścia – nikt inny z nimi dałby rady”), to może faktycznie w trzecim sezonie doczekamy się następnego pokolenia? :) Nie wiem, czy trochę za dużo nie oczekujemy, ale byłbym mile zaskoczony, gdyby to pokazali w trzecim sezonie. Z drugiej strony, takie rzeczy w anime się zdarzały…
Serdecznie pozdrawiam! :)
Re: Kryminał w starym stylu :)
W pełni się zgadzam, że główna bohaterka i jej romans robią cały ten serial (bo w sumie główny bohater jako postać per se już nie jest tak interesujący). Do tego zawsze fajnie obejrzeć kryminał w starym stylu, nawet jeśli z oprawą fantasy :)
Z zalet „niewymienionych” dodałbym, że wykonano dobrą robotę jeśli idzie o sposób zachowania się bohaterów kliknij: ukryte stosownie do ich wieku. To już nie są naiwni i narwani licealiści, ale jednocześnie jeszcze brakuje im powagi i lekkiego cynizmu ludzi po 30‑tce. Oglądając całość, czułem, że to bohaterowie mający właśnie dwadzieścia kilka lat.
Sezon drugi wydaje mi się odrobinę lepszy. Przede wszystkim, mnie też cieszy mniejsza makabra i kliknij: ukryte mądrą decyzją był podział na większą ilość historii. Jak w pierwszym sezonie czasami męczyło mnie to słynne przegadanie (choć akurat lubię duże ilości tekstu), tak tu z racji 3‑4 odcinkowych historii chyba ani razu nie poczułem, że bohaterka ględzi :D
Do tego romans Yuki Onny z facetem w średnim wieku ponownie pokazuje, że ktoś, kto nadzoruje dialogi wie, czym się różnią ludzie po przejściach od nieśmiałych licealistów i narwanych studentów. W sumie odcinek drugi drugiego sezonu buduje lepszą historię miłosną niż niejeden anime rom‑kom w ciągu 12. epizodów…
Niestety, są tez i wady, które trochę zepsuły mi seans - kliknij: ukryte o ile w pierwszym sezonie pierwszy i ostatni odcinek są najmocniejszą kartą serii, o tyle w drugim są jej najsłabszym punktem. Serial przez to jest trochę rozwleczony na siłę i, by zmieścić całość historii w jeden odcinek, tu sprawy idą z kolei trochę za bardzo po łepkach.
Po drugie, mam problem, czy w ogóle posunęliśmy się choć o krok w kwestii wątku głównego, czyli kuzynki głównego bohatera. Powiem szczerze, że jeśli to ma być trylogia, to równie dobrze można ten sezon pominąć, bo to szalenie dobrze napisany, ale 12‑odcinkowy filler…
Mimo to, jak słusznie napisał autor wątku – nie do końca udane, eksperymentalne dzieło jest o wiele ciekawsze od solidnej rutyny, więc obie serie mają u mnie 7/10 :)
Re: :)
Re: Nie lubię pana Nakano, Doktorze Nakano.
Ewentualnie są jeszcze trzy osobne historie (łączące się w całość) w filmie „Wielki pan” z 1965, gdzie zamykają w Paryżu dom publiczny i panie szukają szczęścia na różne sposoby. Film średni, nie licząc ostatniej historii z jedną z lepszych kreacji Louisa de Funes (do tego komentarze z offu są znakomite).
Serdecznie pozdrawiam.
Re: Recenzja
O, to chętnie usłyszę, co Cię zainteresowało :), bo ja mam na razie w planach tylko kontynuowanie „Boku no hero academia” i czekam z niecierpliwością na „Kyoukou Suiri” (mam nadzieję, że tym razem będzie więcej o samych bohaterach). Poza tym „Tomo‑chan wa Onnanoko!” miło mnie zaskoczyło, przynajmniej w pierwszym odcinku.
„Bocchi” jest w porządku, aczkolwiek trochę nie rozumiem o co tyle szumu – tzn. są tam rzeczy genialne (kreacja głównej bohaterki, jej „odpały”, gdy snuje wręcz postapokaliptyczne scenariusze swoich działań), ale cała reszta jest dla mnie co najwyżej „OK”. Z gatunku „słodkich dziewcząt robiących słodkie rzeczy” zdecydowanie bardziej przekonało mnie „Do it yourself” :)
„Akiba Maid Sensou” – doskonale rozumiem. Mi się ta seria strasznie podobała, ale jest tak dziwna, że mogę usłyszeć dowolną ocenę i nie będę zaskoczony (taki odpowiednik „Kreta” w kinie animowanym – swoją drogą polecam zobaczyć choćby trailer do filmu Jodorowsky'ego. Żaden inny film nie zrobił mi takiego „WTF?” :) ). „Summer time render” obejrzałem wyłącznie dlatego, że latem praktycznie nie miałem niczego do oglądania i bardzo miło się zaskoczyłem, choć horrorów normalnie nie tykam :) „Sono Bisque Doll wa Koi o Suru” jest trochę problematyczne z powodu frywolności całej serii (jakoś ten przymiotnik dobrze mi tu pasuje), ale jak człowiek odsunie na bok fanserwis, to dostaje zaskakująco ciepłą opowieść o związku dwojga porządnych, trochę zdziwaczałych nastolatków :)
W „Do it yourself” urzekło mnie to, że animacja idzie razem z fabułą i jej przesłaniem (czyli styl animacji, lokacje, kolorystyka – wszystko podąża za historią). No i główna bohaterka jest bardzo oryginalna. Zwykle takie postacie robią za komediowe tło, a tu siedzi sobie w pierwszym rzędzie i miejsca nie chce oddać :)
Re: Recenzja
Aha, nie będę pisać o filmowej wersji „Odd taxi – in the woods”, bo napisanie jej byłoby chyba większym wysiłkiem niż zrobienie tego filmu. W dużym skrócie – nie polecam.
Eh… szkoda, że nie mogę znaleźć niczego ciekawego w nadchodzącym sezonie (poza dwoma kontynuacjami), z drugiej strony, może będzie czas by pisać :)
Recenzja
Re: Chybiony komentarz do opisu z głównej strony...
Pozdrawiam!
Chybiony komentarz do opisu z głównej strony...
„Smutna historia pewnej nastolatki ostatnią opowieścią ze studia Ghibli” – jeżeli najpierw zarzuca mi się, że opis jest chybiony, a następnie posiłkuje się tekstem „moim zdaniem”, to „kwestia odbioru” to ten argument nijak pasuje do tytułu udzielonego komentarza. To brzydka zagrywka i tyle. Po drugie, co najwyżej mogę się zgodzić, że zakończenie kliknij: ukryte daje nadzieję na lepszą przyszłość i sprawne poskładanie psychiki Anny. Koniec filmu (zakładając jego ostatni kwadrans) na pewno nie jest wesoły, chyba, że ktoś jakimś cudem uzna, że kliknij: ukryte życie Marnie było usłane różami.. Natomiast na pewno nie napisałem nic, że jest to wyciskacz łez, co nawet podkreśliłem w recenzji – autor komentarza na pewno by to zauważył, gdyby zechciało mu się przeczytać recenzję zanim weźmie się za rzucanie mięsem.
Poza tym:
„Łabędzi śpiew ma zabarwienie pejoratywne” – pierwszy raz słyszę, ale ok, możliwe, że obracamy się w innych środowiskach. Przynajmniej nigdzie nie znalazłem by był postrzegany negatywnie.
Nawiązanie do „Opus magnum” wiązało się raczej z tym, że studio Ghibli zakończyło swoją działalność, a poprzedni film („Kaguya no Hime Monogatari”) nadawał się idealnie by być „tym ostatnim”. Być może liczba ludzi oczekujących dzieła równie imponującego jak dwa poprzednie filmy od Ghibli nie była zbyt duża, ale ja oczekiwałem wielkiego zamknięcia. Stąd moje rozczarowanie w czołówce recenzji. A szkoda, bo film miał potencjał – tylko, że znowu: napisałem o tym w recenzji, którą wypadałoby przeczytać przed rozpoczęciem dyskusji.
Nie wiem, jakie definicje są uważane za „przestarzałe”, ale skoro są akceptowalne w słownikach będę się ich trzymał nie kierując się widzimisie kogoś, kto nawet nie czytał całej recenzji.
PS – i bardzo proszę nie traktować mnie protekcjonalnie (czy to wyrażenie też jest dla Pana przestarzałe?) – piszę na Tanuki od lat.
Re: Jeżeli wolno coś wytłumaczyć...
ad a – również nie czytałem książki, ale spodziewam się, że tam też tak było. Co nie zmienia faktu, że powielony błąd jest wciąż błędem (choć wiem, że nie wszyscy się tu ze mną zgodzą).
ad b i c – tu już sobie chyba wszystko wyjaśniliśmy :)
Pozdrawiam!
Re: Jeżeli wolno coś wytłumaczyć...
a) Japonia nie była niechętna cudzoziemcom – ona JEST im nieprzychylna :) (niektóre fanaberie jakie słyszałem od znajomych Japończyków sprzedałyby się dobrze w latach 30 XX wieku). Jasne, tłumaczy to niechęć służby, ale jeśli chciałbym oglądać tak płytki czarny charakter, odpaliłbym sobie jakąś kreskówkę z lat 80‑tych- jak uciekły niani, brakowało tylko krzyku „następnym razem na pewno cię dopadnę, Marnie”, :)
b) widzę, że plakat dalej jest ciut niejasny, więc może jeszcze raz – nie mam nic do tego, że bohaterka jest blondynką, chodziło mi tylko o to, że (jak sam wspomniałeś) film miał być cichy i pełen zadumy, pozwalając się skupić widzowi na kluczowym wątku – a właśnie mnie ta „międzynarodówka” strasznie rozpraszała. Może inni są mniej wrażliwi na takie rzeczy, ale ja w recenzjach muszę szczerze opisywać co mnie boli,
c) nie pisałem nic, że to źle, że Marnie jest na plakacie.
Nie zmienia to faktu, że pomimo pewnych niedociągnięć, główny wątek – czyli problemy i przemiana Anny (poprzez spotkanie Marnie) działa koncertowo i dzięki temu film można uznać za udany :)
Pozdrawiam!
Jeżeli wolno coś wytłumaczyć...
Nie rozumiem też za bardzo o co chodzi z tym „wyciaganiem” Miyazakiego: jego nazwisko pojawia się w mojej recenzji tylko 3 razy (z czego jeden raz o tym, że poszedł na emeryturę) i odniosłem się do jego dzieł tylko przy postaciach drugoplanowych. W przypadku „anegdoty z blondynką” trzymam się jego strony, bo ma rację, a nie „bo to Miyazaki”.
Na moją ocenę filmu nie wpłynął fakt, że „to nie jest film Miyazakiego/Takahaty” – jest to drugi obraz Yonebayashiego i widać w nim dużo zagrywek, które możliwe, że staną się jego znakiem firmowym. Mamy chorą/chorego bohaterkę/bohatera, jej/jego konfrontację kliknij: ukryte z nietypową istotą, jednoznaczny czarny charakter, mądrą starszą panią (nieingerującą w wydarzenia), wiejski klimat, bazowanie na angielskiej literaturze i kameralną muzykę. Nie miałem powodu by nie oceniać tego filmu jako dzieła dojrzałego i znającego swój fach artysty.
Pozdrawiam!
PS – i przypominam wszystkim, że ocena 8/10 to żadna ujma. Po prostu nie każdy film musi dostać od razu 10/10.
Re: Świetna recenzja
Re: Zmiany języków
Na razie jestem po pierwszym, ale...
Re: A myślałem, że tej wiosny nic mnie już nie zdziwi
Może o to poniekąd chodzi...
Nie do końca zgadzam się, z problematyką filmu – twórcy wyraźnie przesadzili z rolą jaką mają niby jej decyzje w tym wieku – owszem, są ważne, ale tak naprawdę „życiowe decyzje” podejmuje się aż do śmierci…
Serdecznie pozdrawiam!
PS – na przyszłość sugerowałbym zaznaczać, że post jest do anime i do recenzji, wtedy zauważę ewentualną polemikę i będę mógł szybciej odpowiedzieć :)
Hm...
Na swoją obronę chciałbym tylko zauważyć, że rzadko staram się w recenzjach komentować fabułę poza ogólnikami (a tu mamy raczej zbiór epizodów niż ciągłą historia), a poza trójką głównych bohaterów nie bardzo jest o kim pisać…
Serdecznie pozdrawiam!
PS – moją następną recenzją (jestem na etapie wstępnego szkicu) będzie „Blood Lad” i tu mogę obiecać, że będę bardzo konkretny (ale to już inna historia…)
Okładka...
Monolith bije kolejne rekordy po opisie z „Podniebnej poczty Kiki” i niewykupieniu dubbingu od Canal+ do „Mojego sąsiada Totoro”
Na znak protestu...
Francuskie płyty zwykle zawierają trailery (z płyt, które posiadam tylko „Księżniczka Mononoke” jest bez dodatków, ale była to pierwsza wydana płyta, więc mogę im to wybaczyć). W przypadku „Arrietty” załączono świetny zwiastun „Opowieści z Ziemiomorza” i „Ponyo”. Następnie otwiera się menu, gdzie mamy tradycyjny (choć nie w przypadku polskich wydań) zestaw: start filmu, wybór scen,napisy i ścieżka dźwiękowa, a na koniec bonusy.
W przeciwieństwie do naszych rodaków, Francuzi dubbingują swoje filmy i nawet jeśli nie daje to dobrych rezultatów („Mój sąsiad Totoro”, „Ruchomy zamek Hauru”), zdarzają się prawdziwe perły („Rodzinka Yamadów”, „Księżniczka Mononoke”). Dubbing do „Arrietty” znajduje się gdzieś pośrodku. Na szczególną pochwałę zasługuje Michele Bardollet jako absolutnie przezabawna Haru (choć dziwnie brzmi, że wszyscy mówią do niej „Aru”, ale co poradzić – Francuzi nie czytają „h”).
Warto dodać, że Cecile Corbel, francuska harfistka odpowiedzialna za muzykę do filmu, zaśpiewała piosenkę Ariety na potrzeby francuskiej wersji językowej (zamiast angielsko – japońskiego tekstu, jest francusko -angielski).
A skoro o Corbel mowa, do płyty załączono jej teledysk z piosenką „I’m fourteen years old, I’m pretty”. Osobiście koncepcja nie przypadła mi do gustu, ale na teledyskach się nie znam.
Poza trailerami innych filmów studia Ghibli dołączono do płyty osiem japońskich mini‑zwiastunów i czternaście reklam dla japońskiej telewizji. Oczywiście, wiele z nich jest podobnych, ale twórcom udało się pokazać to, co w filmie najlepsze.
Tymczasem nam pozostaje się łudzić, że polscy wydawcy postarają się chociaż o dubbing…
Tak głupie i okrutne, że aż śmieszne :)
Gdyby autorzy i aktorzy potraktowali serię na poważnie, prawdopodobnie skończyłbym na pierwszym odcinku. A tak, skręcałem się ze śmiechu do ostatniej minuty ostatniego odcinka.
Polecam jako świetną czarną komedię – w innym wypadku możecie być rozczarowani. Ode mnie 7/10 za przednią rozrywkę ;)
Re: Dobre kino dla dorosłych
Ładnie powiedziane – w każdym razie, cieszę się, że ktoś ma podobne zdanie do mojego. Szkoda, że tak rzadko to, co ambitne jest doceniane przez wszystkich.
No, ale taki godzący obie strony „Spirited Away” zdarza się bardzo rzadko…