x
Tanuki.pl korzysta z plików cookie w celach prowadzenia
reklamy, statystyk i dla dostosowania wortalu do
indywidualnych potrzeb użytkowników, mogą też z nich korzystać współpracujący z nami reklamodawcy.
Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.
Szczegóły dotyczące stosowania przez wortal Tanuki.pl
plików cookie znajdziesz w
polityce prywatności.
guilty pressure
Co jak co, ale To Love‑Ru jest po prostu bezdennie głupie. Doszukiwanie się tutaj logiki lub chociażby sensu jest z góry skazane na porażkę (choć w mandze nie jest wcale tak źle). Fabuła w zasadzie nie istnieje, gdyż każdy odcinek opowiada osobną historię, w dodatku za bardzo się nie łączą; może pod względem lichej chronologii zdarzeń.
Jednakże… ogląda się to całkiem przyjemnie (przynajmniej mi).
Obiektywnie ten tytuł jest słaby, ale subiektywnie może się podobać.
Postacie (w tym, o dziwo, Lala) mogą się podobać i mimo totalnego zidiocenia są całkiem sympatyczne. Chyba najlepiej tu wypada Golden Darkness, Ren, ewentualnie Lala (przynajmniej wtedy kiedy przez jej głupotę nie ma się ochoty popełnić samobójstwa). O głównym bohaterze lepiej nie wspominać, bo Rito nie wychodzi poza schemat typowego pizdusia, a i jego ignorancja skierowana w Lalę też potrafi zdenerwować.
Stronę graficzną lepiej przemilczeć, a ścieżka dźwiękowa, choć ogólnie kiepska, posiada parę fajnych motywów (a i jeszcze świetny opening).
Tak czy siak, może to wina tego, że jest lato lub po prostu mam niskie wymagania, ale To Love‑Ru to całkiem fajne anime, przy którym można się nawet zrelaksować, jeśli oczywiście wyłączy się myślenie. Wbrew pozorom jakoś wybitne złe nie jest (choć posiada gorsze momenty), a i świetne też nie jest.
Fanserwisu nie oceniam, gdyż wszystko jest ładnie ocenzurowane lub zręcznie zakryte/ukryte, więc w zasadzie nie ma za bardzo na co popatrzeć (a nawet jak już to kreska jest dość krzywa).
Podsumowując, lekko naciągane 7/10 (nawet jeśli odcinki, które jeszcze są przede mną będą wybitnie kiepskie).
p.s. Warto sięgnąć po mangę, bo jest lekko lepsza i nawet nie aż tak głupia.
odcinek 1
Ogólnie, idzie to oglądać, jeśli się przymknie troszkę oko na typowe isekaiowe wady.
Odcinek 1
8/10
Żadna praca nie hańbi...
Jest niesmaczne, niepoprawne, kontrowersyjne, ale uwaga, uwaga…! Może się spodobać!
Znaczy, to kwestia bardzo indywidualna. Równie dobrze można to ocenić 2/10, ale ocena 7/10 też nie byłaby nietrafiona. Po prostu przy takich seriach wszystko to kwestia gustu (ewentualnie wytrzymałości psychicznej).
Ja oceniam 7/10, bo w gatunku bordeline hentai jest wiele gorszych serii, a w zasadzie same badziewia. Miejscami jest naprawdę niesmacznie, i aż chce się odwrócić wzrok, ale ładna kreska (grube kontury, pastelowe kolory i latające tu i ówdzie graficzne onomatopeje) oraz całkiem znośny i sympatyczny (też kwestia gustu) humor sprawiają, że całkiem przyjemnie się to ogląda.
Znaczy, nie za bardzo polecam i nie radzę oglądać, jeśli się nie jest zaprawionym w boju. Warto też się przygotować na bardzo hentajowe sceny ( kliknij: ukryte z bardzo sugestywnym lizaniem palców na czele).
Podsumowując, to raczej anime ciekawostka, potencjalny test wytrzymałości i coś, czego raczej próżno szukać w „normalnych” seriach.
Coś dla „koneserów” i na pewno nie do oglądania, gdy nie jest się doświadczonym zjadaczem chińskich bajek.
Znaczy, to nadal jest bardzo dobre i oryginalne anime, ale mam wrażenie, że mogłoby, przynajmniej dla mnie, być duże lepsze.
8/10 z lekkim zawodem.
Ryuu no Haisha to naprawdę sympatyczna i wciągająca przygodówka w klimatach fantasy. To, co wyróżnia ten tytuł to bardzo ciekawy i oryginalny świat przedstawiony oraz bardzo dobrze wykonana oprawa graficzna/muzyczna.
Być może fabuła i postacie nie są jakoś bardzo zachwycające, ale jak wspominałem wcześniej pozostałe aspekty tej produkcji są naprawdę przyciągające.
Po prostu miło się to ogląda i można się odprężyć przy seansie.
Naprawdę warto, bo to tylko dwa dość długie odcinki, a oferują dużo więcej niż cała masa innych anime w podobnych klimatach.
SAO raz jeszcze, czyli zaaaawód
Ba, obejrzałem to głównie na rzekomą scenę z nagą Asuną, bo do fabuły nie miałem już żadnych wymagań. I co – golizny to tu nie ma. Jedna licha, krótka scena w wannie, gdzie widać taaak dużo, że po prostu szok i przebija najmocniejsze serie ecchi. Dosłownie pół sutka gdzieś tam w rogu ekranu. Jeśli się nie jest odpowiednio skupionym to się nawet tego nie zauważy.
Czyli zaaaawód, co przy oglądaniu SAO nie zdarza się zbyt często, bo i tak nastawiasz się na totalny bezsens.
Jako tako ratuje ten gówno‑film grafika, ale ona przed zaśnięciem przed ekranem nikogo nie uratuje.
Jeszcze raz – Zawóóóód i Nuuuda, a seria telewizyjna aż tak nudna nie jest.
Jeszcze raz – gorąco nie polecam
nic specjalnego
6/10
gdyby koty mogły gadać...
6/10