x
Tanuki.pl korzysta z plików cookie w celach prowadzenia
reklamy, statystyk i dla dostosowania wortalu do
indywidualnych potrzeb użytkowników, mogą też z nich korzystać współpracujący z nami reklamodawcy.
Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.
Szczegóły dotyczące stosowania przez wortal Tanuki.pl
plików cookie znajdziesz w
polityce prywatności.
Jeśli nawet mówić tutaj o adaptacji, która jest problematyczna – czy faktycznie zamiast ukazywania istotniejszych momentów z fabuły gry powinno się dodawać fillery do krótkiej, 13‑odcinkowej serii? Dla mnie jest to wyznacznik wskazujący na brak wizji całości i bardzo łatwo to wyczuć, jeśli oglądało się wcześniej inne serie anime.
Poza tym sama gra wygląda na następny zachodni Slasher/grinder z nieco lepszą grafiką i niespecjalnie widzę potrzebę tworzenia adaptacji do przeciętnej historii(orientowałem się trochę po trailerach z gry i z kilku innych źródeł) – zamiast robić zwykłą adaptację można by zrobić wstęp do uniwersum i wydać na oficjalny release ale to już tylko moje gdybanie i odejście od tematu :)
Więc nie mam pojęcia w jaki sposób jest to powiązane z niedługo wychodzącym MMO – czy jest to dopełnienie głównego wątku fabularnego dla graczy(których raczej jest niewiele, ponieważ sama gra jest dostępna tylko na zachodzie i dopiero w wersji Beta), zachęcenie innych do gry(jeśli tak, to raczej słaba zachęta), czy po prostu wprowadzenie do świata – jeśli to ostatnie, to raczej słabo im to idzie… ze samej strony internetowej ze szczątkowych informacji dowiedziałem się więcej, niż z serii anime po kilku odcinkach. Jeśli faktycznie jest to zachęta do gry, to również nic specjalnego – podobnych opowieści w zachodnich mmo jest multum i Blade and Soul ze swoją fabułą jakoś specjalnie się nie wyróżnia, jestem nawet skłonny stwierdzić, że jest po prostu przeciętna. W opisach znajduję „adaptacja MMO” – ale czy faktycznie da się skleić pełną historię do serii na podstawie niedokończonej gry?
Fabuła w serii jest prowadzona chaotycznie, widz otrzymuje skrawki informacji nie zawsze istotnych i nawet próbując to wszystko jakoś poskładać do kupy nie znając uniwersum jest po prostu problem(co prawda na koniec każdego odcinka jest jakieś pomniejsze wytłumaczenie różnych kwestii ale to nadal zbyt mało), przez co seria traci na zainteresowaniu. Przez ten cały chaos człowiek ma wrażenie, jakby pominął jakieś istotne kwestie, które zapewne były niedopowiedziane.
Na bieżąco oglądam kilkanaście serii, które pojawiły się w sezonie wiosennym i z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że Blade and Soul niestety ma najmniejszy priorytet… do tego jeszcze kiedy tylko próbuję się jakoś przekonać do tej całej historii i dać szansę tej serii(bo być może będzie lepiej), to jeszcze serwują fillery do i tak krótkiej serii… czy faktycznie nie było pomysłu i chcieli zrobić tak słabą reklamę gry?
Po samym ósmym odcinku zastanawiam się co tak właściwie oni jeszcze chcą z tego wycisnąć, trochę późno jak na próbę zainteresowania widza pod sam koniec serii no ale zobaczymy… nie wiążę z tym zbyt wielkich nadziei ale mam nadzieję, że dadzą radę jakoś wyratować tą całą historię.
Jeśli miałbym oceniać na chwilę obecną – 6/10 tylko i wyłącznie ze względu na dość płynną i nienaganną animację oraz dynamiczne walki, bo póki co to niczym innym seria mnie nie zainteresowała, jednak z ostateczną oceną poczekam do końca bo może „będzie lepiej”.
Dość często oglądam haremy/komedie szkolne/romansy szkolne i lubię je, nawet jeśli często składają się z oklepanych gagów, masy niezmieniających się schematów i niezbyt błyskotliwych bohaterek(czy męskich bohaterów) ale nawet tutaj są pewne granice.
Zaczynają od bohaterów – Tsukune ma chyba najbardziej irytujący podkład głosu, z jakim spotkałem się kiedykolwiek w anime jeśli chodzi o męskiego bohatera, następnie jego wieczna ślamazarność(w seriach tego typu to raczej nic niezwykłego, nie mniej w jakiś specyficzny sposób naprawdę mnie irytował) i zero logiki, tylko i wyłącznie „przyjacielskie przemowy”. O dziewczynach już nawet nie chce mi się wspominać… charakterem nie odbiegają od siebie i mimo że nie ociekają lukrem(jak to często bywa w haremówkach), to ciężko było na nie non‑stop patrzeć.
Fabuły nie było praktycznie żadnej, kilka pomniejszych wątków, a poza tym jakieś przypadkowe pomysły – rozumiem, że w komediach szkolnych ciężko o oryginalną fabułę ale jak ma się ciekawy pomysł na serię, to robienie z niego zwykłego zapychacza ramówki to niezbyt trafiony
Pomysł na ecchi nie jest zły – szkoła dla potworów to całkiem dobry materiał, choć mogło to być trochę bardziej przemyślane i faktycznie potwory mogłyby bardziej pasować do legend( kliknij: ukryte wampir był dość mocno przekręcony), do tego dołożyć bohaterki z IQ wyższym od temperatury pokojowej, jakąś fabułę ze składem i mogłoby wyjść co najmniej coś „interesującego” – w obecnym układzie jest to przeciętna haremówka, na którą niespecjalnie warto zwracać uwagę.
Do teraz zastanawiam się po co właściwie ciągnąłem to do końca – może w jakiś sposób sam motyw haremu albo schematu „licealistów z problemami”, choć też oklepanego do granic możliwości. Nawet na „odmóżdżenie” znajdą się lepsze serie.
Ode mnie 4/10.
Na wstępie należałoby wspomnieć o dość przydługiej fabule – wyciągniętej na 20 odcinków, którą bez problemu dałoby się zmieścić w 12‑13, momentami było dość męczące i co więcej kliknij: ukryte nadal wątek miłosny nie został rozwiązany jednoznacznie, drugiego sezonu raczej bym się nie spodziewał… a do mangi raczej mi się nie spieszy.
Bohaterowie – chciałbym powiedzieć, że oryginalni ale mijałoby się to z prawdą, bohaterowie ubrani w schematy charakterystyk znanych z innych serii, oczywiście nie tak, żebym spodziewał się po romansie szkolnym jakiejś „oryginalności” w tym względzie ale nie zaszkodziłoby się trochę bardziej postarać, żeby faktycznie bohaterowie zachęcali sobą do dalszego oglądania.
Styl kreski był na początku dość interesujący – później zaczęło mnie to trochę męczyć… taki bardziej intensywny romans szkolny, który próbował być komedią ale ten styl niestety zupełnie nie pasuje do komedii, romans – owszem, jednak wzięty nieco bardziej na poważnie, w obecnym stanie wygląda to na jakiś dziwny eksperyment.
Nisekoi to harem, tylko w nieco innej oprawie – choć z jakiegoś powodu(prawdopodobnie przez prowadzenie całej historii) nie potrafię jakoś przyswoić tej myśli, patrząc na całość obiektywnie – można by się nawet skłonić do twierdzenia, że jest dość oryginalny w tej kategorii, tylko nie jestem przekonany, że w tym przypadku wyszło to na dobre. Przez większość czasu to po prostu były zwykłe podchody, na które można by wykorzystać o wiele mniej czasu( kliknij: ukryte rzeczy typu „ojejku, razem idziemy na zakupy, serce wali mi jak szalone” było czymś, co pojawiało się zbyt często) i wykorzystać na jakieś bardziej „konkretne” kroki.
Ogólnie dość często oglądam haremy/komedie szkolne itd. i nie stronię nawet od oklepanych gagów/motywów ecchi ale Nisekoi całokształtem wypada moim zdaniem średnio – mogłoby wyjść z tego coś naprawdę dobrego, gdyby porzucić całkowicie(lub w dużym stopniu) komedię, dorzucić dramy(nie na siłę) i załagodzić nieco kreskę(większość scen była strasznie „jaskrawa) i odejść od schematu haremu i pozostać przy zwykłym trójkącie miłosnym. Nie mówię że było źle – spotkałem się(nie tylko tutaj) z wieloma pozytywnymi opiniami na temat tej serii, jednak sam oglądając z tygodnia na tydzień następne odcinki traciłem zainteresowanie i przy końcu po prostu chciałem zobaczyć jak rozwiąże się wątek miłosny( kliknij: ukryte albo raczej miałem niewielką nadzieję, ponieważ już przy połowie wiedziałem, że nie ma na to szans – i znowu mamy otwarte zakończenie, choć dalej stawiam na to, że w mandze/ewentualnym następnym sezonie Raku wybierze Chitoge mimo wszystko).
Czy żałuję czasu na obejrzenie Nisekoi? Niekoniecznie, chociaż bywały momenty, kiedy chciałem sobie podarować. Dociągnąłem jednak do końca i jednak teraz będą miał jakieś odniesienie na przyszłość względem innych romansów szkolnych.
Raczej nie jest to seria, którą chętnie poleciłbym innym – ewentualnie tylko po to, aby zobaczyć jak wyszedł ten cały „eksperyment” szkolnego romansu. W kategorii ecchi/romans szkolny/komedia są lepsze serie ale Nisekoi znowu nie jest też czymś, co koniecznie trzeba od razu odłożyć na bok(czyt. „trzymać się z daleka”) tylko znów nie należy spodziewać się cudów czy mega interesującej/zabawnej opowieści.
Ode mnie 6/10 wystawione z czystym sumieniem.
Re: No nie wytrzymam!
Raku jest co prawda irytujący ale uwierz – bywały serie, gdzie spotykało się jeszcze mniej „domyślnych” bohaterów :) Jego „zachowanie” jest zapewne też pewnym filarem, żeby wydłużyć jak najbardziej całą „opowieść”.
Serie, w których pojawiają się w tsundere w głównych rolach zazwyczaj tak mają i faktycznie gdyby główni męscy bohaterowie byli „bystrzy”, tak też serie zamiast 12/24 odcinków miałyby może 4‑5 :) Kwestia powielania się pewnych schematów, które się sprzedają, dałoby się zrobić inaczej i na pewno również ciekawie ale zapewne już nie dotyczyłoby to największej grupy docelowej widzów.
Kilka serii jest, które posiadają częściowo cechy, o których wspominasz:
- Toradora!
- Nyan Koi!(doskonała komedia swoją drogą)
- Shuffle!(dziewczyny trochę przesiąknięte słodyczą ale da się przeżyć)
- Hatsukoi Limited(choć tutaj nadałbym najmniejszy priorytet, seria dość przeciętna przy romansach szkolnych)
Po więcej ewentualnych propozycji z bardziej sprecyzowanymi wymaganiami zapraszam albo na forum(Kotatsu jest bezpośrednio powiązane z Tanuki, jeśli się nie mylę) albo na priv, bo nie chciałbym tworzyć zbędnego offtopa :)
Jednak jeśli szukasz czegoś faktycznie z bardziej naturalnymi zachowaniami bohaterów, to prędzej trafisz na połączenie okruch życia/dramatu z romansem, aniżeli prostą komedię szkolną(choć ja Nisekoi nadal traktuje jako dziwny „wybryk” wśród swojej kategorii…).
Jeśli chodzi o bohaterów – oczywiście najbardziej rzuca się w oczy Pan doskonały, gdzie właściwie wszystko robi bezbłędnie ale szczerze mówiąc nie irytowało mnie to za bardzo, te jego „doskonałości” prowadziły często do zabawnych sytuacji, więc byłem w stanie to przełknąć. W przypadku dziewczyn sytuacja była nieco gorsza – jeśli chodzi o charakter, to niespecjalnie się odróżniały od siebie(zapewne ze względu na ilość) no i każda kobieta ukazana w serii poniżej 30tki miała tylko jeden cel… ( kliknij: ukryte choć może nie do końca jasne były motywy blond‑księżniczki), z dziewczyn udało mi się tylko polubić Yukine. Męska część bohaterów mocno opatrzona w schematyczną charakterystykę – i faktycznie to wszystko mogłoby przeszkadzać, gdyby traktować serię na poważnie ale nie sądzę, żeby Isekai no Seikishi Monogatari był kierowany do „poważnej” części widowni.
Kreska – nie było tragicznie, generalnie można by powiedzieć, że na poziomie akceptowalnym, choć zdarzały się momenty, gdy zadbano o szczegóły i o dziwo raczej w mało kluczowych momentach.
Oprawa dźwiękowa – nie mam większych zastrzeżeń, czasami drażniło mnie stado piszczących dziewcząt ale to raczej odbieganie od tematu. Ponadto spodobało mi się dołączenie krótkich utworów ambientowych w nielicznych momentach, zapomniałem jak doskonałe tworzą one połączenie w ukazaniu scen pomiędzy poszczególnymi wątkami.
Fabuła – generalnie nic specjalnego, niewielka otoczka dla działań politycznych/wojennych, chęć podbicia krajów w celu zwiększenia zasięgu władzy, trochę spisków, kilka zawiłości dla smaczku – ogólnie nic, czego nie zobaczyłoby się w innych seriach na przestrzeni lat. Jednak podchodząc do oglądania tego konkretnego anime nie należy nastawiać się na doskonałą historię, oryginalne postaci, zaskoczenia i chęć śledzenia całości bez przerwy – jest to po prostu seria, do której należy podejść bardziej na luzie, najlepiej w przypadku jeśli chcemy odetchnąć od innych, bardziej poważnych serii.
Co mi nie do końca pasowało:
kliknij: ukryte 1. Struktura robotów – miałem wrażenie czasami, jakby były wykonane z papieru, kilku‑metrowe maszyny bojowe, przy których urywanie kończyn wyglądało jak wyrywanie chwastów
2. Wspominałem już, że Kenichi jakoś bardzo mnie nie irytował ale czasami bywał idealny, aż do bólu.
3. Zbyt podobne nazwy mechów – może to już czepanie się ale czasami można było się pogubić.
4. Niewielkie dziury logiczne – jakkolwiek starano się wytłumaczyć działanie większości mechanizów, tak po prostu niektóre działania wydawały się najzwyczajniej dziwne
Podsumowując – jeśli ktoś by się mnie spytał, czy żałuję czasu spędzonego przy Isekai no Seikishi Monogatari, to bez zastanowienia powiedziałbym, że nie – do serii podchodziłem spodziewając się ecchi i było tego pod dostatkiem, za mechami nie przepadam ale powiedzmy, że udało im się wklecić jakoś fabułę pomiędzy tą całą ogromną grupę dziewczyn. Cieszę się również, że zostało to wykonane w formie spin‑offu, niespecjalnie miałbym ochotę przechodzić przez całego Tenchi Mujo, do którego do teraz nie mogę się przełamać.
Ode mnie nieco wyciągnięte 8/10.
Pierwsza seria była całkiem niezła, pomimo mojej niechęci do głównej bohaterki(nie przepadam za tsundere w żadnej formie) udało mi się pośmiać kilka razy i wyciągnąć kilka pozytywów z całej serii – jest o wiele więcej ciekawszych ecchi, czy romansów szkolnych z bardziej rozbudowaną fabułą, czy choćby zgrabniej wprowadzonym schematem haremu ale ok, nie było źle, pozostały jakieś pozytywne wrażenia i nie żałowałem do końca spędzonego czasu przy irytującej do granic możliwości tsundere.
Następnie zaczyna się drugi sezon i tutaj jest całkowita odskocznia od tego, co pojawiło się w pierwszym – pomimo, że jest to bezpośrednia kontynuacja to czułem się, jakbym oglądał całkiem inne anime. Teraz dlaczego? Drugi sezon jest podzielony na 16 odcinków, gdzie 3 ostatnie są w formie specjali(które de facto nie są traktowane jako OVA, tylko dopełnienie całości, czyli „wypadałoby obejrzeć do końca”) i teraz nawet 13 „normalnych” odcinków jest podzielonych na segmenty, które wprowadzają pewien chaos – widz(a przynajmniej ja odniosłem takie wrażenie) za bardzo nie wie czego się spodziewać i jakkolwiek w niektórych przypadkach jest to rzecz pozytywna, tak tutaj wygląda na spełnienie raczej niekoniecznie istotnych przekonań.
Jak to wygląda:
kliknij: ukryte
1‑9: duża doza romansu, czyli czegoś, czego brakowało(a raczej „nie było”) w pierwszej serii, pomiędzy wklecili wątek Saori – i skłamałbym, gdybym powiedział, że nie zainteresowało mnie to jak ze „zwykłej bogatej panienki” stała się otaku ale to było przeciętne do bólu… na 9 odcinku można by właściwie prawidłowo zakończyć serię i założę się, że byłoby więcej głosów zadowolenia.
10‑12: nagle zachciało się typowego haremu, czyli wszystkie żeńskie postaci rzucają się na głównego bohatera, tak nagle i nie wiadomo skąd… w ogóle pomijając fakt, że nagle pojawiły się przebłyski, jak to Kyousuke podbijał do Ayase – o czym wcześniej nic nie było.
13: Wstęp do specjali i odpowiedź na pytanie „dlaczego”.
14‑16: Specjale, które właściwie nie były w ogóle potrzebne… co prawda skończyło się jak skończyło ale pozostawiło to niesmak dla tytułu, wspominałbym serię jako dość przeciętne ecchi z irytującą główną bohaterką, a tak to dochodzi do tego widzimisie autorów, do tego prowadzące właściwie donikąd.
Generalnie pomimo rzeczy, które mi się nie spodobały starałem się podejść do tego jakoś obiektywnie i dołączając do tego wszystkie momenty, które podobały mi się, następnie gagi, przy których się śmiałem i być może jedyną bohaterkę, która mi się spodobała( kliknij: ukryte Saori, reszta to było jedno wielkie zbiorowisko tsundere…) wystawiam wyciągnięte 6/10.
Czasu spędzonego nad tą serią nie żałuję ale powiem tylko tyle, że w tej kategorii są lepsze.
Bohaterowie:
Yuuki – większego bałwana to ze świecą w ręku szukać, chyba nawet w niskobudżetowych ecchi męscy bohaterowie przejawiają większą zdolność do logicznego myślenia… nie mam zupełnie pojęcia czym się kierował w swoich działaniach, bo na pewno nie zdrowym rozsądkiem ;p
Yuno – patrząc na nią do głowy przychodziło mi jedno wyrażenie: „między szaleństwem a geniuszem jest niewielka granica” i faktycznie chciałbym się tego trzymać ale jej zwyczajnie brakowało piątek klepki… kliknij: ukryte motyw, kiedy przybiegła do Yuukiego w nocy, otworzyła klapkę od poczty w drzwiach i powiedziała „dobranoc, Yuuki” był genialny – normalnie można by jej przyznać nagrodę „creep of the year” :D
Akise – jedna z ciekawszych postaci, trochę wyidealizowany, jednak wprowadził do serii nieco nutki tajemniczości( kliknij: ukryte choć znów ten pocałunek przy końcu był niepotrzebny ;f)
Było oczywiście jeszcze wielu innych bohaterów ale pomijając kwestię krótkich opisów – bardzo podobało mi się rozwinięcie wątków ich większości, czy to w większym, czy mniejszym stopniu, często brakuje mi tego w seriach z podobnej kategorii. Same historie postaci może nie były jakoś specjalnie „ambitne” ale były poprowadzone na tyle dobrze, że trzymały się całości i nie można narzekać.
Fabuła:
Zakręcona… przemyślana ale w niektórych momentach zastanawiałem się co tak właściwie autor chciał osiągnąć, oczywiście oglądając z czasem wyjaśnia się praktycznie większość ale miałem wrażenie, że niektóre wątki były nieco zrobione „na odwal”. W niedługim czasie miałem okazje zobaczyć dwie, czy trzy inne serie w kategorii „survival game” i miałem się do czego odnieść, generalnie było ok – ale mogłoby być o wiele lepiej, przede wszystkim gdyby większą uwagę przykuto do postaci( kliknij: ukryte właścicielka sierocińca to był jakiś żart…)
Oglądając drażniły mnie pewne absurdy i zachowania niektórych postaci, dlatego też nie jestem w stanie wystawić jakiejś większej oceny. Nie mniej jednak ta cała „pokręcona” sytuacja całkiem zgrabnie nakreślała granice moralności i zdrowego rozsądku(choć raczej protagonista byłby jego zaprzeczeniem…)
Podsumowując – Mirai Nikki jest całkiem interesującą serią i na pewno nie jest „przeciętne”, łączy tutaj wiele gatunków(od horroru, dramatu, kryminału aż po ecchi), które w całości wyszły całkiem nieźle, osobiście w tej kategorii mam innych faworytów ale jestem zadowolony z obejrzenia całości, domknięta do końca fabuła bez niedopowiedzeń i historia na „jeden dobry raz”. Ode mnie mocne 7/10
Jako komedia praktycznie w ogóle nie śmieszy, elementy okruch życia całkiem ok – uważam, że mogłaby wyjść z tego perełka, gdyby fabuła była bardziej dopracowana i dołożyć do tego nieco więcej dramatu. W obecnej formie jest po prostu przeciętne.
Sama seria też miała swoje momenty, zdarzało się czasami komuś powiedzieć coś mądrego ale od razu psuli „atmosferę” komediowymi wstawkami. Bohaterowie też niespecjalnie przypadli mi do gustu – Haru był „dziwną” postacią(i nie mówię tutaj o kimś „pozytywnie zakręconym”) i często irytującą, dwie postacie żeńskie z własnymi charakterami i reszta bohaterów gdzieś w tle(„koledzy i koleżanki”). Poważniejsze problemy bohaterów bagatelizowane i skupiano się tylko na „duperelach”, wieczne podchody a to z jednej, a to z drugiej strony i koniec końców kliknij: ukryte nikt nie wiedział, czego chciał. Jedynym plusem jeśli chodzi o postacie, to brak wciskania na siłę jakichś nadpobudliwych i nieszczerych(tak, tsundere) dziewczyn – jakiś tam realizm był zachowany, tylko nie jestem pewien, czy tak do końca wyszło naturalnie…
Nie mówię że seria była zła – ale zamiast tego lepiej obejrzeć jakiś porządny dramat/romans/slice of life z dopracowaną fabułą, Tonari no Kaibutsu‑kun jest tytułem, który ginie gdzieś w odmętach przeciętnych serii, na które niespecjalnie warto zwracać uwagę.
Ocena końcowa 5/10.
W ogóle jakoś nie w sos mi non‑stop oklepywanie żeńskich postaci( kliknij: ukryte w ogóle zakonnic biegających z włóczniami…), „wzniosłe” monologi głównego bohatera(to już było męczące w pierwszej serii) oraz brak jakiegokolwiek progresu tak prawdę mówiąc, niby pod koniec coś tam zaczyna się dziać w tym kierunku ale nie zostawili nic, poza otwartą bramą do 3 sezonu(który nie wiadomo czy się pojawi).
Animacja trzymała się na dobrym poziomie to akurat trzeba przyznać ale ciężko znaleźć mi inne pozytywy :\
Ode mnie wyciągnięte 6/10, obejrzeć i zapomnieć.
Zaczynając w ogóle od plota – osobiście nie potrafię zrozumieć zamiłowania do łączenia dziwnych wątków, w tym przypadków kościół+magia i nauka+super moce, wydaje się to trochę absurdalne… Jeszcze te późniejsze tłumaczenia związków pomiędzy tym wszystkim, momentami się zastanawiałem „o czym oni w ogóle mówią?!”( kliknij: ukryte pomijając już kwestie takie jak pół‑nagie laski biegające z mieczem na zlecenie kościoła, w ogóle kościół uznający coś takiego jaka magia, czy rycerze w zbrojach z buzdyganami wojujący we współczesności -.-'). No cóż, jednak jakoś to przełknąłem i obejrzałem całość.
Fabuła – próbowałem to jakoś połączyć w całość, myślałem nawet o umyślnym pocięciu całości na segmenty ale nie, to nie jest coś przemyślanego tworzącego jedną całość, to są po prostu doklejone skrawki pomysłów. Pomysł może nie był zły(jak na shounen) ale dałoby się zapewne z tego zrobić coś lepszego pod względem fabularnym(zapewne mnie samego nie usatysfakcjonowałoby to do końca, jednak dla fanów mogłoby być cudo pierwsza klasa), chciałbym móc powiedzieć, że śledziłem historię od początku z zainteresowaniem – ale serię raczej można potraktować jako coś na oderwanie się od innych, nieco bardziej poważniejszych czy lepiej rozbudowanych serii.
Trochę ponarzekałem ale skłamałbym mówiąc, że męczyłem się oglądając Index'a – całkiem przyjemnie się oglądało, może nie koniecznie „z odcinka na odcinek bez przerwy” ale na pewno rozróżnia się w tłumie innych przeciętnych serii przygodowych.
Grafika – nie ma co narzekać, bywały ujęcia naprawdę szczegółowe ale też bywały znów nieco bardziej leniwie odrysowane postaci( kliknij: ukryte mam na myśli choćby doktora w szpitalu).
Co mnie najbardziej poirytowało:
kliknij: ukryte 1. Upychanie malutkich, słodkich dziewczynek, strasznie tego nienawidzę – zazwyczaj kończy się to na jednej takiej postaci w całej serii ale tutaj ewidentnie przesadzili, nauczycielka Toumy wyglądała, jakby wybiegła z przedszkola… czasami jestem w stanie zrozumieć, gdy autorzy chcą otrzymać efekt „zobaczcie, jaka słodka dziewczynka!” ale tutaj to balansuje na granicy dobrego smaku(byłem trochę zmartwiony po pierwszym odcinku).
2. Mieszanie na siłę. Próbowali dodać zbyt wiele różnych dziwnych teorii, łączeń i filozofii. Niektóre wywody postaci też nie wiadomo skąd się wzięły :)
Co najbardziej się spodobało:
kliknij: ukryte 1. Bodajże 15 odcinek, kiedy nastąpiła „zamiana dusz” – widząc Index po prostu wybuchłem śmiechem :) Było również kilka innych momentów, w tym samym odcinku – naprawdę dobrze się to oglądało, nawet jeśli były one wstępem do kolejnego wątku.
Podsumowując – z przygodówek są na pewno lepsze pozycje, Toaru Majutsu no Index nie jest serią złą ale na pewno do dobrej jej jeszcze trochę brakuje, do obejrzenia gdzieś pomiędzy innymi bardziej rozbudowanymi seriami nadaje się bardzo dobrze, choć nie jest z kategorii „must see”.
Ode mnie 7/10.
Przez pierwsze 4‑5 odcinków było nawet zabawnie, a to klasyczne gagi ecchi, a to jakieś podteksty seksualne itd. – niestety później zaczęło się to robić po prostu męczące… efekt ten potęgował słaby dobór postaci, przy których wszystko ślepo sprowadzało się do jednego(siostra głównego bohatera była niesłychanie irytująca). Momentami bywały jakieś tam przebłyski i miałem nadzieję, że spróbują wyciągnąć z tego jakoś „motyw przewodni” – ale to zwyczajnie wygląda, jakby autorzy po prostu nie mieli pomysłu i wymyślili całość na poczekaniu.
Za co mogę pochwalić serię – jak na ten gatunek to kreska jest na całkiem przyzwoitym poziomie, oczywiście wiadomo gdzie najczęściej skupiają się sceny ale w kwestii utrzymania poziomu pod względem graficznym nie można narzekać.
Ode mnie 4/10 – jest masa o wiele lepszych serii ecchi, gdzie faktycznie można się dobrze bawić, sam nawet lubię od czasu do czasu obejrzeć jakiś harem/ecchi niekoniecznie najwyższych lotów ale nie byłbym w stanie akurat tej serii nikomu polecić z czystym sumieniem.
Zaczynając od plota – pomysł jest naprawdę bardzo dobry, być może nie oryginalny ale z tego da się zrobić coś dobrego i Btooom! jest tego przykładem. Wymieszali tutaj akcję, dramat, trochę psychologii(choć na tej przestrzeni spodziewałem się czegoś więcej) i utrzymali to w poważniejszym tonie. Jeśli chodzi o same walki związane z bombami, to było ciekawie – może nie tak jak bym chciał, jednak było dobrze i jestem usatysfakcjonowany.
Bohaterowie:
Ryouta – jak już wszyscy wcześniej wspomnieli, to był trochę łatwowierny, trochę dziwne zwracając uwagę na to, że był NEETem i z założenia ludzie tego pokroju raczej nie są zbyt ufni. Koniec końców jednak nie był głupkowatym licealistą, który opierał się tylko i wyłącznie na szczęściu – potrafił też czasami skorzystać z logicznego myślenia i dzięki temu nawet go polubiłem.
Himiko – tutaj już niestety gorzej… ładna blondyneczka z dużym biustem i raczej nie grzesząca inteligencją, można ulec wrażeniu, jakby była żywcem wyciągnięta z jakiejś komediowej serii szkolnej(pomijając jej sytuację i przeżycia). Nie drażniła mnie jakoś specjalnie przez całą serię, choć na pewno dałoby się tutaj upchnąć jakąś lepszą bohaterkę.
„Czarne charaktery” – nie lubię, jak tego typu postaci ubiera się grubo w stereotypy, przykładem tego był Date i Kira Kousuke. Na szczęście pojawili się inni „bardziej myślący” bohaterowie, czyli Nobutaka, czy Miyamoto( kliknij: ukryte choć ten znowu coś „łatwo” dał się złapać w pułapkę).
Fabuła – mógłbym się tutaj uczepić kilku rzeczy, pewnych niejasności( kliknij: ukryte skoro była mowa o listach, z których zrobiła się duża afera, to nikt nie doszedł do ich źródła?), jednak nie byłoby to nic, co przeszkadzało mi w oglądaniu. Jest to przemyślane, większość trzyma się kupy i widz nie musi się zastanawiać co chwilę „o co chodzi”.
Serię obejrzałem jednym ciągiem, co raczej rzadko mi się zdarza i żałuję, że tak szybko się skończyło :)
Ocena końcowa ode mnie to 9/10 – pełnej dziesiątki niestety nie mogę wystawić ze względu na pewne niedoskonałości fabuły(nie przeszkadzające w odbiorze, nie mniej mogłoby być „doskonale” zamiast bardzo dobrze) oraz niektóre postaci(m.in. Himiko).
Swoją drogą – manga się powoli kończy z tego co słyszałem, kliknij: ukryte niestety na temat drugiego sezonu nic nie wiadomo… mam nadzieję, że uraczą nas choćby jednym albo dwoma odcinkami OVA, końcówka może nie kończy się jakimś dużym cliffhangerem(jest na poziomie akceptowalnym) ale to jest stanowczo za mało, aby zamknąć całość – chyba druga seria anime po Berserku, która zmusi mnie do przeczytania mangi.
Z początku zawiało mi trochę klimatem Another, lecz chyba w nieco mniej poważnym tonie(ze względu na pojawiające się gagi).
No i przede wszystkim w końcu w miarę inteligentny główny bohater, czyli coś czego ostatnio raczej brakuje( kliknij: ukryte choć znów działanie na przekór własnej logice w sytuacji „muszę zobaczyć, czy zginę, żeby potwierdzić teorię Neko” nie było zbyt mądre…). Sama Kuroha też wydaje się być dość interesująca, ciekawy jestem powiązania bohaterów w dalszej części.
Co mnie tylko niepokoi – manga ma 54 rozdziały, samo anime ma tylko 13 odcinków, ze startu raczej nie ma co się spodziewać żadnego sequela – czyżby autor chciał to zakończyć tak samo jak w Elfen Lied?…
PS. Boski opening :)
Na razie wolę sobie nie psuć zabawy :)
Na plus na razie na pewno jest grafika, dynamiczne walki oraz – niewiele jej było – ale ścieżka dźwiękowa. Fabuła również zapowiada się ciekawie, choć mam wrażenie, że z czasem może być trochę problemów z wytłumaczeniem działań pewnych mechanizmów( kliknij: ukryte choćby „skill” analizowania sekwencji czarów Tatsuyi)
Na minus pojawia się siostra głównego(?) bohatera, której zachowanie bardziej pasuje do jakiejś serii ecchi… Ponadto zauważyłem, że upychają 3D w różne miejsca, mam nadzieję, że nie będzie tego zbyt dużo.
Jestem jednak dobrej myśli, dawno nic nie było tak ciekawego z magią w świecie współczesnym, a Mahouka Koukou no Rettousei wydaję się być kandydatem na dobrą serię w tej kategorii.
Zaczynając od tego, że graficznie jest naprawdę przyzwoite, spodziewałem się okruch życia, czy po prostu romansu z lekkim, komediowym zabarwieniem – komedia tutaj przeważa, przez pierwsze kilkanaście minut dziwnie się z tym czułem, zwłaszcza przy tym stylu kreski(który raczej rzadko spotyka się w komediach), jednak wydaje mi się, że da się do tego przyzwyczaić.
Gagi są nawet zabawne, ogólne żarty również śmieszą( kliknij: ukryte pojawiają się podteksty seksualne, zazwyczaj od tego stronię w anime ale tutaj mnie to nawet bawi) – więc czekam tylko na więcej i mam nadzieję, że pociągną historię od początku do końca.
W odróżnieniu od innych mnie spodobało się połączenie postaci w tym całym akademiku( kliknij: ukryte choć może Mayumi jest momentami trochę drażniąca), zazwyczaj jest to połączenie bohaterów niewiele odróżniających się od siebie, a tutaj jest widać kontrast(i jest nawet zabawna właścicielka :) ).
Dla mnie zapowiada się bardzo dobrze i na pewno dam tej serii szansę, bo dawno na nic podobnego nie trafiłem.
Dziewczyn jest naprawdę dużo, chyba w żadnym haremie nie było tylu różnych bohaterek(zwłaszcza tych zainteresowanych głównym bohaterem) – przez to również większość nie odróżniała się od siebie charakterem, zresztą nie tylko same dziewczyny, większość bohaterów była tak jakby „bez duszy”. No ale po serii lekkiej w kategorii ecchi/harem raczej nie powinno się spodziewać czego innego.
Obejrzałem obie serie i odcinki specjalne – chyba tylko dlatego, że nie chciało mi się w danym momencie szukać czego innego ;p Generalnie mógłbym doszukiwać się błędów w logice, dziur w fabule itd. jednak w tego typu seriach nie o to chodzi. Zdegustował mnie trochę nadmiar fanserwisu, owszem w latach, kiedy buzowały hormony też zapewne inaczej by się oglądało, choć pewnie i wtedy wolałbym obejrzeć sobie panny, których biust wygląda bardziej naturalnie :)
Jak na bardzo lekką haremówkę wypada po prostu na poziomie „ok” – są lepsze ale też i gorsze, Sekirei zatrzymało się gdzieś w połowie, ze względu na wykorzystanie praktycznie wszystkich znanych schematów.
Generalnie jeśli komuś podobał się przykładowo High School DxD to Sekirei na pewno również się spodoba, w wielu aspektach są bardzo podobne(choć w tym pierwszym chyba animacja i ogólnie kreska jest nieco lepsza).
Ode mnie 5/10
Nadmiar fanserwisu w produkcjach, do których nie ma zbyt wysokiego budżetu, czy choćby dobrej fabuły to uznałbym za fakt. Prawdą jest, że pojawia się on tu i ówdzie częściej lub rzadziej i w różnych ilościach – po prostu jestem za tym, aby jego proporcje były odpowiednie dla odpowiednich gatunków serii anime. Faktem też jest, że jestem na niego trochę uczulony, ponieważ najczęściej wiąże się to z pół‑nagimi dziewczynami z ogromnym biustem i zwyczajnie wydaje mi się to nienaturalne. W Magim zostało to trochę podciągnięte pod elementy komediowe( kliknij: ukryte jak choćby zboczenie Alladyna), choć też często Panny ukazywały się w bardzo skąpych strojach bez większego powodu – wolałbym, aby były one ubrane w jakieś „ciekawsze” stroje, które też wizualnie mogą zachęcić odbiorcę do zainteresowania się daną postacią – za przykład może służyć Morgiana, kliknij: ukryte która przez praktycznie cały czas była ubrana w prostą, jednoczęściową sukienkę(jeśli tak to można nazwać) i wcale nie traciła na tym – według mnie była bardzo ciekawą postacią. Też znowu nie neguje kompletnie ogółem fanserwisu, zręcznie dodany do serii może wzmocnić jej wartość. Moglibyśmy polemizować w kwestii fanserwisu, jednak z mojej strony też pewnie nie będą to zawsze argumenty w pełni obiektywne, także chyba zwyczajnie lepiej odnieść się do „kwestii gustu” danego „oglądacza” :)
Jeżeli chodzi o samego Alibabę – mangi nie czytałem, więc mogę się odnieść tylko do tego, co widziałem. Słyszałem, że A1 trochę namieszało w pierwszej serii ale to o czym mówię odnosi się po prostu do samego anime, manga tej kwestii mogła lepiej ukazać postać i nie zaprzeczam :)
Efektywne walki z super bossami to faktycznie najczęściej w seriach z super mocami, chociaż też często trafiają się w seriach z mechami, czy sztukami walki. Generalnie jakoś mocno mi to nie przeszkadzało, walki tego typu muszą być efektywne z różnych powodów – dla mnie po prostu był to nadmiar bohaterów z boskimi mocami :)
Swoją drogą 16 maja wychodzi pierwszy odcinek ova ze wczesnymi latami jego życia, obejrzę i być może zmienię swój stosunek do tej postaci :)
Jeśli chodzi o efektywne walki z big bossami, to chyba też jest jedna z głównych cech shounenów i jest to trochę czepianie się z mojej strony wiedząc, jaki gatunek anime oglądam. Nie mniej nie przepadam za nadmiarem „super bohaterów”, zwyczajnie kwestia gustu ;p
W pierwszej serii pojawiały się głównie klimaty „orientalne”, jak już ktoś wcześniej wspomniał – tutaj jest całkiem ciekawie wymieszane kilka motywów z różnych kultur, do tego dochodzi polityka, spiski, magia i wyszło coś naprawdę ciekawego.
Muszę przyznać, że na początku trochę dziwnie się czułem tym zapożyczaniem imion znanych z baśni i legend(Alladyn, Alibaba, Sheherezada, Sindbad itd. ) – jednak na dłuższą metę dzięki temu lepiej dało się zapamiętać i odróżnić postaci od siebie(choć jeśli chodzi o całe imperium Kou, to nawet po dwóch seriach nadal mam problem z zapamiętaniem wszystkich imion…).
Jeśli chodzi o samych bohaterów – w większości byli ciekawi, choć też było kilku podobnych do siebie, zapewne przy takiej ilości postaci ciężko byłoby utrzymać „oryginalność” wszystkich.
Nadal jednak nie byłem w stanie polubić Alladyna, postać jak dla mnie mało charakterystyczna i zwyczajnie nieciekawa… czasami jego zachowania w stosunku do kobiet z „dwoma dużymi argumentami” bywały zabawne ale to tylko dodatek do postaci, który niestety nie był dla mnie dostateczny.
Sindbad – kliknij: ukryte już w pierwszej serii facet mi się nie podobał, zbyt wyidealizowany. Rozumiem, że w całej historii jest on legendą siedmiu mórz itd. ale nadal jakoś nie potrafiłem przetrawić tej jego doskonałości.
No i w końcu udało im się wklecić całkiem zgrabnie humor – w pierwszym sezonie motywy komediowe były trochę kulawe i drętwe, w Kingdom of Magic już udało mi się pośmiać kilka razy, bardzo cenię sobie nie narzucający się humor z pomysłem.
Przez całą serię właściwie mogę się przyczepić do trzech rzeczy:
kliknij: ukryte
1. Fanserwis – dziesiątki lasek z piersiami większymi od głowy pasują raczej do produkcji bez pomysłu i większego budżetu, w Magi historia naprawdę nie była zła i jak dla mnie to kompletnie nie było potrzebne. Nie było może tego, aż do przesady jednak praktycznie co druga Pani latała z biustem na wierzchu… Jeszcze byłem w stanie zaakceptować postać instruktorki Alladyna wzorowanej na styl dominy, jakkolwiek sam pomysł był trochę absurdalny, tak na szczęście nie zrobili z niej jakiejś panienki sypiącej podtekstami seksualnymi z czego się niezmiernie cieszę.
2. Końcówka serii, czyli nadmiar postaci z super mocami – w bitwie ostatecznej z minuty na minutę pojawiało się co raz więcej postaci, które wyciągały coraz to większe moce z kieszeni, przez moment myślałem, że zaczną w siebie rzucać w około budynkami albo i jeszcze gorzej…
3. Ostatnią rzeczą – choć tutaj może trochę się czepiam – jest logika niektórych postaci, przykładowo Alibaba wielokrotnie powracał do swoich „emo myśli”, dał radę pozbierać się co najmniej kilka razy i ciągle miewał jakieś wątpliwości. Dalej – logika Mogametta, nikt z uczniów nie potrafił rozumnie podać kontrargumenty dla jego drogi rozumowania, wszystko ograniczało się do tego „to co robisz, jest złe” – mógłbym tutaj pisać o wywodach na temat tego typu myślenia, jednak nie w tym rzecz – wystarczyłoby przemyśleć to całe działanie i wyciągnąć wnioski…
Podsumowując – przez ostatni czas nie udało mi się znaleźć nic bardziej oryginalnego i w tak dobrym wykonaniu, trochę się początkowo wahałem, że przez ten cały orient nie będę w stanie polubić historii(to raczej nie moje klimaty), jednak wcale nie było źle – historia jest na tyle ciekawa, że wcale mi to nie przeszkadzało. Brakowało mi trochę lepszego ulokowania materiału dla czasu antenowego – działo się trochę więcej, niż w pierwszej serii, jednak jak na 25 odcinków dla mnie było trochę mało. Nie mniej czekam na następną serię(mam nadzieję, że wydadzą – nie chciałbym, aby ograniczyło się to do potrzeby przeczytania mangi).
Ode mnie mocne 8/10.
Drugą sprawą było dziwne połączenie różnych gatunków, czyli od „niezwykłej” historii, po dramę i momentami nawet pojawiały się motywy ecchi, moim zdaniem powinni się trzymać jednego nurtu, wątki miłosne byłyby jak najbardziej na miejscu ale nie było potrzeby posiłkowania się zabiegami typowo z serii ecchi(może nie nadmiar ale i tak niepotrzebnie).
Jeśli chodzi o samą magię, podobało mi się trzymanie pewnych zasad, każdy z magów miał pewne ograniczenia itd. Przed walką magowie(bynajmniej niższych klas) rzucali coś na wzór buffa :)
Pod koniec historia przyspiesza i nagle bum, jeden wielki cliffhanger i wyglądało to jak zakończenie normalnego odcinka – łącznik do dalszej części mangi/noveli? Wstęp do drugiego sezonu? Szczerze byłem przekonany, że zamkną całą historię w tych 12 odcinkach, skoro pominęli wiele innych kwestii… strasznie nie lubię czegoś takiego.
Na koniec wystawiam 6/10, mogłoby być o wiele lepiej.
No cóż… trzeba czekać na dalszy ciąg, bo wygląda na to, że warto :)
D‑Frag nie musi być „ogółem” złą serią, po prostu w moim przypadku nie miała nic do zaoferowania. Lepiej chyba właśnie, aby napisał recenzję ktoś, kto gustuje w tym typie humoru – bo w przeciwnym wypadku „potencjalni fani” mogliby stracić :)