x
Tanuki.pl korzysta z plików cookie w celach prowadzenia
reklamy, statystyk i dla dostosowania wortalu do
indywidualnych potrzeb użytkowników, mogą też z nich korzystać współpracujący z nami reklamodawcy.
Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.
Szczegóły dotyczące stosowania przez wortal Tanuki.pl
plików cookie znajdziesz w
polityce prywatności.
Nawet fajny klimat. Zobaczymy co będzie dalej…
Hahaha. Drop…
PS: Jeszcze jeden „irytujący” szczegół Judge End. Postacie straciły swoje „atrybuty”. Gdzie małpka Keijego? Gdzie papuga Chosokabe? O gangu Date już wcześniej wspomniałem :P To chyba taki ewidentny zabieg twórców, którzy chcieli „odciąć” się od poprzednich serii :P
PS: Taki „random” [link]#full jaki znalazłem gdzieś w odmętach intjernetu :P
Ogólnie było więcej dających się lubić serii ecchi w tym stylu np. Highschool DxD, ale Testament o tyle przyciągnął moją uwagę iż myślałem, że nawet nie będę się za niego brał, albo dropnę po pierwszym odcinku. A wygląda na to, że zostane z serią na dłużej :P
Spodziewałem się kolejnej sztampowej serii. Oto przecież w OP radośnie świeciły gołe tyłki a setting typowy: w życiu szaraczka nagle pojawiają się dwie seksowne dziewoje z którymi zapewne czekają go perypetie pełne dwuznacznych sytuacji. Aha, no i rzeczone dziewoje to kliknij: ukryte córka lorda demonów i jej bodyguard, które są prześladowane przez wszelkiej maści złe typy. Ot tyyypowe ecchi z magia w tle. No cóż, to widz dostaje, ale z jednym małym, ale jakże ciekawym twistem: główny bohater to nie kliknij: ukryte nieudacznik, który dostaje dar mocy, tym silniejszy im jego krzyk. Nie, główny bohater i co najlepsze jego ojciec okazują się od początku być nie pionkami, ale pełnoprawnymi wymiataczami. Tym jednym szczegółem seria zdołała przyciagnąć moją uwagę, kliknij: ukryte bowiem brak bohatera nieudacznika to już połowa sukcesu tego typu serii. Oczywiście ostatecznie anime na pewno będzie standardowa, ale przynajmniej może nie irytująca ze względu na postać głównego bohatera.
Czy to jest wogóle legalne? Te panie się, one się, one…
...bardzo chyba lubią! Ależ cóż to za Sodom(i)a i Gomor(i)a!
Ale do rzeczy…
Shingeki no Kuma to przede wszystkim wreszcie coś innego. Znaczy nie do końca, bo po Penguindrum dzieła tego autora już mnie raczej nie zdiwią, bo teoretycznie styl, prowadzenie akcji, kadry, symbolika, pomieszanie powagi ze słodkością – wszystko się zgadza. Ba, nawet honey cutie zwierzątka. Nawet OP zapachniało tak samo.
Co prawda żal mnie ściska, że nie zobaczymy Bearena Gorigori‑eagera walczącego z kolosalnymi niedźwiedziami (ale to chyba tylko moje skojarzenie, z góry przepraszam za moją głupotę), ale to co łobejrzałem, me like!
Znaczy nie będe popadał w hurraoptymizm, bo serie tego Pana charakteryzują się symboliką, która nawet i dla Japończyka może być nie do zdzierżenia i kończą się w myśl zasady „zostań sam widzu marny ze swymi myślami o co mi tak naprawdę chodziło gdy paliłem (zdrowotnie) oregano i pisałem fabułę tego gniotu”, ale jak najbardziej będe leciał z tym koksem, bo jest tu na tyle ciekawych elementów (i NIE, nie mówię o gołych, prawie 18‑letnich niewiastach, znaczy nie tylko :}), że pozwalają mi patrzeć z optymizmem w przyszłość… przynajmniej do następnego odcinka.
PS: Chrzanić te naleśniki z ED, nie mogłem oderwać wzroku od tej tańczącej misiczki!
Ta? To ja nie jestem takim ludziem, bo takie dajmy na to Absolute Duo odrzuciłem bez oglądania już po trailerze, bo po 2014 wyczerpała się już moja pula tolerancji na oglądane magic school móndórkuw+harem. Szkoda czasu.
Za to Shingeki no Kuma to jest to na co chętnie swój czas poświęce!
Anime adaptujące historię poszczególnych gier Tales of.. praktycznie zawsze prezentują niezły poziom, czy to ze względu na grafikę, czy na fabułę/postacie, ale tu dostajemy mało, nawet względem innych adaptacji, bo też za wiele się tu nie dzieje i to w kwestii akcji, czy też rozwoju postaci/fabuły.
Grafika/klimat w specjalu naprawdę wymiata, trochę taki folkowy i arturiański, czyli coś co mogło by mi się naprawdę podobać, gdyby stało się pełnoprawną serią. Ale niestety takie rodzynki pojawiają się rzadko w formie czegoś więcej (chodzi tu zapewne o nakłady finansowe).
PS: Ach ta widokówka po napisach końcowych, miodzio :]
Ale w sumie najlepszym chyba podsumowaniem „inności” serii jest to jak Masamune potraktował Yukimurę bądź co bądź swojego największego rywalo‑przyjaciela :P, gdy pojawił się Ishida.
Po pierwsze: zmiana klimatu. Niektórzy mówią, że seria stałaby bez tego w miejscu, ale właśnie ten wariacki i luźny klimat był jej największym atutem. Zresztą dramatów z okresu Sengoku mamy w trzy i jeszcze trochę, a komedii o wiele mniej. Zła decyzja o zmianie nastroju.
Po drugie: to co zrobili z wieloma postaciami a zwłaszcza z Sanadą i Date. Z pełnych wigoru postaci których „popisy” uwielbiałem ogladać stali się mendami i nieudacznikami. I nie chodzi tu o jakieś wewnętrzne przemiany. Nie, zrobili z nich po prostu żałosne powłoki tych bohaterów, którymi byli w dwóch poprzednich częściach. Dumny Date miał zawsze „argumenty” na potwierdzenie swego bojowego charakteru. Teraz w pojedynkach wypada beznadziejnie, stał się wręcz irytujący. A tak wogóle, to gdzie podział sięjego gang? Już pomijam, że zmienili się niektórzy seiyuu i choć rzadko kiedy zwracam na to uwagę tu akurat od razu to negatywnie odczułem.
Po trzecie fabuła: o ile przy komediowej formie serii można było patrzeć na to czy tamto z przymrużeniem oka to w momencie gdy seria stara się być poważna staje się jednocześnie śmieszna (i nie chodzi tu o poczucie humoru). Sojusze zawierane w „locie”, gadanie o jakiś „więziach” w momencie gdy zdradziło się jednych, zabiło drugich a wszystko to tak nieprzekonujące, że aż mnie irytuje. W poprzednich sezonach nigdy nie miałem takich odczuć.
Po czwarte: tutaj nie dam sobie ręki uciąć, ale chyba pojawia sie jakaś niekonsekwencja względem fabuły poprzednich odsłon. Tak jakby niektóre wydarzenia pozmieniano, nie czuję tu ciągłości…
Po piąte: oprawa audio‑wizualna. Dwie pierwsze części charakteryzowały się naprawdę wysokim poziomem grafiki, tutaj niby jest ok, ale widzę o wiele więcej różnych błędów. Najgorzej wypada jednak muzyka. Gdzie się np podziały te fajne „heroiczne” wstawki? A tak wogóle to gdzie te „tornada” wciągające wszystkich „postronnych” wojaków?
Obejrzę do końca, ale jak na razie jest to naprawdę duży zawód i wątpie, żeby coś miało się zmienić…
Tyle, że James Bond wzbudza sympatię tym, że choć jest specjalistą, to jednak człowiekiem, ciągle popełnia błędy i wpada w tarapaty, ale udaje mu się z nich wyjść, a wokół tego kręci się fabuła. Poza tym ma swój urok osobisty. A Yuuji to robot…
He He, kiedyś też tak myślałem: [link] lub [link]
Wiadomo, mówisz o „przeciętnych”, ale wraz ze wzrostem popularności takich gier coraz więcej „tych pięknych” ludzi, którzy bali się ujawniać swoje hobby, bo są „obciachowe” wychodzi na światło dzienne. W czasach gdy e‑sporty chce się uczynić dyscypliną olimpijską, a poszczególni gracze to celebryci, nie jest to już nic niezwykłego…
Apropos tej mechaniczności: bardziej chodziło mi tu o zdolność reagowania, która jest nie oszukujmy się wyćwiczona. Gracz który jest „wytrenowany” jest w stanie wyczytać już po ruchach przeciwnika co ten zamierza, potrafi robić kilka rzeczy na raz nie myśląc o tym, tylko robiąc to z automatu. No ale jest to głównie istotne w RTS‑ach. Inna sprawa, że jest to wogóle podstawa, bo najpierw trzeba „dogonić” stawkę, a dopiero pózniej wymyśla się swoje strategie, żeby wybić się ponad przeciętność…
Tak czy siak właśnie owa mechaniczność (sorry, głupio to brzmi ale nie znajduje lepszego słowa) prowadzi do sukcesów. Mechaniczność=redukcja błędów. Jeśli dana grę masz obcykaną gra sprowadza się do tego kto z graczy popełni więcej omyłek. Bo w większości gier dochodzi się do pewnego poziomu no i dalej, jeżeli gracze prezentują wyrównany poziom, jest to właśnie kwestia kto popełni więcej błędów, ew. kto wybrał lepszą strategię (tutaj chodzi mi np. o strategie i kontrstrategie, pewnie wiesz o czym mówię np. w przypadku Starcrafta). Ciężko mi mówić jako gracz casualowy, ale mam kumpla która nawet tam wygrywał w różnych turniejach to wiem trochę jak to wygląda. Szczęście oczywiście też jest ważnym czynnikiem, czasem wręcz decydującym. Ale zasadniczo przewidywanie ruchów redukuje czynnik szczęścia do minimum.
No ale zaczął się trochę offtop. Dajmy, że Kirito ma „plot armor” i UWAGA: „plot booster” (sam to wymyśliłem, łał :P) i żadne argumentowanie tu nie ma sensu :D
Prawda, dwójka SAO słabsza jako całokształt, GGO poza postapokaliptycznym klimatem zawiódł w innych sferach. Natomiast Excalibur mi się w sumie podobał (wiem, że kilkuosobowy raid jest śmiechu wart, ale nie zdzierżyłbym kolejnych postaci do haremu), a Rosario też było niezłe.
Ja nie przesadzałbym z tą „półbogowością” Kirito, kwestia jego „talentu” jest bardziej przyziemna, bo:
a) to Azjata (proponuje obejrzeć jak Azjaci grają np. w Starcrafta)
b) grał w SAO dużo (czytaj wymaksował), pozatym nawet przed grą trochę tam szermierki ćwiczył. To już bardziej mnie rozbroiła ta cała Yuuki, bo teoretycznie mniej grała, przez pół życia była kliknij: ukryte słaba na zdrowiu, a Nerve Gear jednak bazuje trochę na właściwościach psychoruchowych człowieka, a wszystkich klepała…
Przemawia tu trochę moje „fanbojostwo”, ale mimo wszystko SAO wciąż ma więcej do zaoferowania niż większość serii fantasy ostatnich lat (choć muszę przyznać, że w tym roku akurat parę takowych serii mocno mi przypadło do gustu), w związku z czym daje 7/10
I'll be back
Tak czy siak dostałem chyba najlepiej wykorzystane w tym roku 12 odcinków (czytaj: całość ładnie zamknięta, ale kontynuacja jest możliwa). Wartka akcja, fajne postacie, zgrabna i sensowna fabuła (nawet jeśli bez fajerwerków), super grafika, widowiskowe walki, „interesujące” motywy (np. zombie‑syreni czy szkielety‑rycerze walczące ramię w ramię z aniołami i wiele innych). Definicja lekkiego, przygodowego fantasy anime z elementami komediowymi (choć troszeczkę dramatu było, zwłaszcza w związku z Amirą). Czytałem opinie, że fabuła zagmatwana. Chcecie zagmatwanej fabuły? Poczytajcie sobie np. historię rodu Targaryenów (dostępna na wiki „Lodu i Ognia”, choć ja czytałem akurat w oficjalnym kompendium G.R.R Martina). Tutaj akurat wszystko jest czytelnie opowiedziane, nie wiem jak można twierdzić inaczej…
Po zapowiedziach czułem, że szykuje się coś specjalnego, ale nigdy do końca nie wiadomo czy dana seria ostatecznie przypadnie mi do gustu.
Ja bawiłem się świetnie. Żeby dać nawyższą ocenę czegoś mi jednak brakło. Nie jest to te „idealne” fantasy, którego poszukuje. Niemniej, mocne 9/10.
Trafiony zatopiony :P
Cieszę się, że na to trafiłem. W końcu kolekconuje takie rzeczy :]
Dzięki Tanuki, jednak się na coś przydajecie. Taki żarcik :P
Co do samej mini‑serii. Nie jest taka zła. Szczerze mówiąc jak na serię z tamtych czasów wcale nie ma znowóż takiej złej grafiki, postacie są nieźle narysowane. No i choć anime nie wychodzi poza pewne gatunkowe schematy, nie widziałem jeszcze smoków w takiej formie. Wiadomo, mamy wszelakie anime typu Yu‑Gi‑Oh, a w ameryce serie typu mój partner smok‑mutant są na porządku dziennym, ale ze smokami‑gladiatorami walczącymi w klatkach czy strzelającymi z karabinów się jeszcze nie spotkałem. A na dodatek seria jest krwawa, coś czego nie uświadczymy raczej we wcześniej wspomnianych bajkach. W owych czasach musiało to być coś innego, bo choć wiele było wtedy serii w klimatach post‑apokaliptycznych czy o walkach z demonami, to raczej smoki w nich nie występowały.
Tak czy siak, jako miłośnik smoków lubię każdą serię, gdzie smoki nie są przedstawiane jako dzikie kreatury do usieczenia i wogóle każdą, gdzie smoki odgrywaja kluczową rolę, a między bohaterami a nimi wytwarza się więź. Dla mnie takie rodzynki są warte uwagi…
Pełna absurdów i irracjonalych zdarzeń/zachowań. Wybuchowa mieszanka: ni to seria akcji, ni haremówka. No i fanserwis, ale momentami wręcz niesmaczny, tak samo jak niektóre sceny mające z założenia szokować. Na dodatek wszechpotężny bohater, choć jak już wcześniej mówiłem, taki był chyba potrzebny, bo kliknij: ukryte skoro problemem większości bohaterek była mniejsza lub większa grupa osób chcąca je zabić, to trzeba im było dobrego bodyguarda. Dodatkowo dziury w fabule i historie tak naciągane, że aż śmieszne, a nie tragiczne. A ich „rozwiązania” jeszcze głupsze.
Ostatni odcinek już do reszty mnie rozwalił, bo choć każdy mądry na piśmie, to widziałem przynajmniej kilka sposobności aby kliknij: ukryte uwolnić bohaterki (np można było coś wsypać do wody, którą podano „terroryście”). A sam związek przyczynowo‑skutkowy prowadzący do kliknij: ukryte obezwładnienia tego psychola był tak absurdalny, że aż ręce same składają się do oklasków: ciekawe jak długo autor nad tym planem Yuuji'ego myślał? Aż chciałbym, żeby tenże autor sam spróbował czegoś takiego w praktyce :P. No, ale co ja tam wiem…
Żal. Omijać. Podobno pierwowzór lepszy, więc jeśli już to radzę brać się za niego.
Re: To nie to...
Fakt, skleroza pewnie jest winna mojego spojrzenia na kwestię Shirou, ale z resztek pamięci mogę wyciągnąć to, że w F/N akcja była bardziej kompleksowa.
Właściwie moje zdanie sprowadza się do tego co już powiedziałem. Skoro UBW to wierna adaptacja, to po prostu ten route nie przypadł mi do gustu w takim stopniu jak F/N. W ostateczności jako widz wiem co lubię, a przedstawienie „rozwoju postaci” Shirou w taki sposób może być głębokie, ale mnie po prostu nie bawi. A anime ma bawić a nie irytować, przynajmniej w moim odczuciu…
To nie to...
Po pierwsze Shirou: nie pamiętam z pierwszego Fate'a, żeby był aż tak żałosnym bohaterem. Przez te 12 odcinków przetrwał (jak się wydaje) w jednym kawałku tylko dlatego, że bezczelnie wręcz chronił go „plot armor” (czytaj, nie zginął, bo scenarzysta tak chce). Czy to Archer, Saber czy Rin, zawsze ktoś ratował mu tyłek, bo on „Wielki Wojownik Sprawiedliwosci” zawsze jak debil wpychał się pod ostrze czy jakiś tam magiczny pocisk. Zresztą nie chodzi o to, że jest słaby (co przyznaje sama Tohsaka pod koniec) w kwestiach bojowych. Nie wszyscy muszą być wymiataczami. Nie, ta postać zawodzi na całej linii zarówno w sferze swoich przekonań: naiwnie, uparcie i irracjonalnie wierzący w jakieś abstrakcyjne „wyższe wartości” i jako człowiek wogóle. Ciągle tylko wygłasza jakieś wyniosłe frazesy po czym dostaje łupnia. Po czynach poznasz człowieka, nie po słowach. A to jak doprowadził do kliknij: ukryte utraty Saber woła o pomstę do nieba. Caster nie musiała się wiele wysilać. Ponadto właściwie od dziecka wychowuje się z kobietami, a zachowuje się przy nich jakby były trędowate. Może niech się z Archerem „zejdzie” to będzie spokój. Nie rozumiem zresztą ani co widzi w nim Rin ani Caster („interesujący chłopak?” A niby w czym? Bo autor tak zadecydował?). Mnie on doprowadza do białej gorączki…
Druga rzecz to sama struktura anime. Jak było wspomniane postacie gadają stanowczo za dużo i kompletnie nie wiem co wnosi to do serii. Ich dialogi możnaby skrócić o połowę a i tak by się dłużyły. W kółko rozprawiąją o tym samym, za przeproszeniem dzielą g*wno na atomy, gledzą o strategiach i dalszych działaniach niemożliwie długo, a widz musi się z tym męczyć czekając na jakąkolwiek akcję. Żeby chociaż te rozmowy były ciekawe, ale 3/4 dotyczą Shirou i jego filozofi życia, a zamknąć by to można w jednym prostym zdaniu „Shirou to żałosny debil, który nie przedstawia żadnych argumentów na potwierdzenie swoich doniosłych frazesów”. Przeciągające się dialogi prowadzą do niepotrzebnych dłużyzn, a fantastyczne sceny walki niewiele tu pomagają. W wielu seriach dialogi budują postaci, czy dodają głębi wydarzeniom. Tutaj nie jestem w stanie powiedzieć co poza dłużyznami wnoszą…
Jest jeszcze wiele innych irytujących elementów, jak zredukowanie Saber do (poza walkami) roli statystki, pominięcia (przynajmniej w pierwszym sezonie) kilku postaci, czy irytujące rozprawy pomiędzy pozostałymi bohaterami.
Serię ratują grafika, trochę klimat, pojedyńcze momenty i ogólnopejęte production values, ale to za mało. Wolałem tę toporniejszą, ale i konkretniejszą (i majacą o wiele lepszy klimat) serię z 2006 roku. Ta sprawdza się może jako adaptacja visual novel, ale nie jako seria sama w sobie. A jeżeli jest wierna pierwowzorowi to znaczy, że Unlimited Blade Works jest po prostu słabe.
6/10
Myślę, że nie skłamie ten co powie, że jest to taka Madoka Magicka w wersji „light”. Niby taka obyczajówka i kolejne magical girls, które z początku usypia czujność widza by powoli budować w nim niepokój: „coś tu chyba jest nie tak…”. Ostatecznie historia kliknij: ukryte kończy się modelowym happy endem co pewnie zawiedzie sporą część widzów, ale myślę, że autorzy konsekwentnie chcieli utrzymać historię w duchu lekkiego dramatu, choć przyznam szczerze końcówka naprawdę wywołała u mnie szczere współczucie dla bohaterek. A to dlatego, iż wg mnie bardzo dobrze w Yuki Yuna buduje się w widzu sympatię do protagonistek, właśnie tą pierwszą, „usypiającą czujność” połową serii. Fajnie pokazane więzi między owymi bohaterkami: naturalnie, tak jak powinny wyglądać wg mnie relacje normalnych, pełnych optymizmu i ciepła nastolatek (przynajmniej starajacych się o ten optymizm, mówię tu zwłaszcza o Togo). Po prostu sympatyczne, porządne i uczynne dziewczyny, coś co dzisiaj jest rzadkie, ale nie niespotykane…
Warto też wspomnieć o szacie graficznej: ładne i zróżnicowane postacie głównych bohaterek, płynna animacja i ciekawy design „kostiumów”, każdy z „kwiatowym” motywem przewodnim. Dosyć komiczny design tych złych, ale myślę, że zasadniczo mają stanowić jedynie tło do wydarzeń. Muzyka też niczego sobie, może trochę za poważna, ale budująca klimat całości.
Wydaję mi się, że mimo wszystko seria niesie jakieś przesłanie (poza standardowym: „siła przyjaźni pokona wszelkie przeciwności”). Jak wspomniałem we wcześniejszym komentarzu może to taki rodzaj hołdu dla miko [kapłanek świątynnych]?
Jedynie to zakończenie może niektórych zawieść, kliknij: ukryte bo mimo wszystko sprawia trochę Disney'owskie wrażenie, że jakkolwiek źle by nie było to i tak wszystko dobrze się skończy co jest trochę naiwne, zwłaszcza tutaj, bo nie wierzę, że nagle ot tak Shinju zrezygnowałby z Hero system, w końcu nie ma nic za darmo, a boboki przecież nie śpią… no ale z drugiej strony myślę, że bohaterki swoje wycierpiały. Za zakończenie dałbym 8+, ale ostatecznie naciągne na 9 za pozytywne odczucia, jakie seria we mnie pozostawiła.
Ja daję 8/10.