x
Tanuki.pl korzysta z plików cookie w celach prowadzenia
reklamy, statystyk i dla dostosowania wortalu do
indywidualnych potrzeb użytkowników, mogą też z nich korzystać współpracujący z nami reklamodawcy.
Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.
Szczegóły dotyczące stosowania przez wortal Tanuki.pl
plików cookie znajdziesz w
polityce prywatności.
Re: Streszczenie
Może mi ktoś kto czytał nowele wytłumaczyć mechanikę świata?
Dziwi mnie swoja drogą to „streszczenie” (i jednoczesne „zużycie” materiału na kilka odcinków) o tyle, że gdzieś czytałem iż zostało dosyć mało materiału do adaptacji…
Tak pozatym, bohater transwestyta, [znowu] dzieci hassassyni (z tego co wiem Japończycy twierdzą, że w dzieciach czai się największe zło) i fabuła pozostawiająca widza z tradycyjnym dla tego typu serii poczuciem: „ja na miejscu bohaterów zrobiłbym to lepiej”.
Drop (przynajmniej na razie), jakoś nie przekonuje mnie ta seria…
PS: Ta płynność w zmienianiu nastroju nigdy nie przestanie mnie w anime zadziwiać „choć muszę go zamordować, to w sumie fajny z niego nauczyciel”...
Re: Egipcik
Tak czy siak, mam już odpowiedź na czym będzie polegać seria oparta na Death Billards. Wiem, raczej nie była trudna do wydedukowania, a zbudowanie serii wokół motywu kliknij: ukryte sądu pośmiertnego do trudnych nie należy (ot wymyśl jakąś ckliwą historię o zdradzie/przyjaźni/niespełnionych obietnicach itp, pełno tego w telenowelach), ale mimo wszystko byłem ciekaw jak rozwiną m. in. motyw baru, czy dodadzą nowe postacie, pokaża coś poza barem itp. Zobaczymy czy twórcom uda się utrzymać taki poziom, ażeby zaciekawić i czy przedstawione historię będą potrafiły pozostawić widza nieobojętnym itd.
Pierwsza historia taka sobie, może chcieli wprowadzić „do świata” nowych widzów nie rzucając im na początek bardzo trudnych tematów (w sensie drugie/trzecie/czwarte dno itp. kliknij: ukryte bo zdrada to oczywiście poważny temat w sensie moralnym. Okaże się…
PS: Fajny OP :)
PS 2: kliknij: ukryte Jeśli dobrze zrozumiałem, „karę” dostała kobita. W takim razie, z moralnego punktu widzenia, w czym zawiniło dziecko?:
Re: End of judgement...
A tak na serio łudziłem się, że jeszcze wyjdą ludzie z tej serii, naiwnie myśląc, że niektóre z pozytywnych opinii o tej serii znajdą potwierdzenie. Ale nie sądziłem, że dożyje czasu, gdy będe oglądał coś spod znaku Sengoku Basara z irytacją…
End of judgement...
Postacie pozbawione charyzmy, kierujące się wątpliwymi motywacjami. Problem Judge End polega na tym, że Sengoku Basara wg mnie nigdy nie powinno być poważne. Owszem, w poprzednich seriach pojawiają się ważne tematy jak lojalność, wiara w swoje przekonania, rywalizacja, wspólne działanie w obliczu wroga bądź w imię wyższego dobra. Ale przez fakt, że poprzednie serie miały do siebie dystans, człowiek przymykał oko na ich wariactwa. Poprzez nieumiejętne prowadzenie, fabuła jest tutaj po prostu idiotyczna (np. krajoznawcze podróże Tokugawy, który wpada sobie, żeby powiedzieć dwa zdania temu czy tamtemu lordowi).
Zresztą to nie tylko to. Poprzednie serie charakteryzowała mocna grafika, tutaj jest ona niechlujnie narysowana (jak jakaś tania podróba). Nie ma tragedi, ale też nie przywykłem do tak słabego poziomu.
Fabuła leży. Po pierwsze jest ewidentnie skonstruowana jak schemat Story Mode mordobicia (nomen omen tego też jest adaptacją, ale nie przeszkadza to w stworzeniu normalnej fabuły): to kolekcja następujących po sobie pojedynków (które swoją drogą wypadają blado na tle tych w poprzednich seriach). Trudno czepiać się fabuły, która (teoretycznie) oparta jest na historii Japonii, ale jest ona mimo tego beznadziejna. Bitwa pod Sekigaharą to jakaś komedia. Wiem, że w cyklu Senkogou Basara komedią jest to, że pojednyńczy wojownicy wygrywają całe bitwy, ale w poprzednich seriach dało się to ukryć np. poprzez wplątywanie ich w pojedynki z kimś równie silnym. Co mamy tutaj? Każdy walczy z kim chce, przebiega sobie do wrogiego generała kiedy chce, ażeby z nim pogadać o pogodzie, po czym wraca sobie nie zwracając uwagi, że po drodze toczy się jedna z największych bitew w historii Japonii. Postacie zostały spłycone, jedni z moich ulubieńców stali się żałośni, a uczynienie takiej postaci jak Matsunari generałem i „osią” wokół której kręci się część bohaterów jest kpiną (chociaż tutaj akurat winę ponoszą zapewne twórcy gry). Ludzie idą za ta mendą chyba tylko dlatego, że scenariusz tak każe… Aha no i szczytem wszystkiego było wrzucenie wątku Ody. Co to wogóle jest? Po co to było? Co wniosło to do serii? Albo wątek tego gościa z kulą na łańcuchu. Czemuż to służyło jeśli tylko nie wrzuceniu tej postaci do anime, tak aby cały rooster się zmieścił…
Muzyka? OP z dwóch pierwszych serii po dziś znajdują się w mojej playliście. W Judge End OP nie jest zły, ale to nie to do czego jestem przyzwyczajony, a mówiąc bardziej obiektywnie, po prostu nie wpadł mi w ucho (może poza jednym motywem muzycznym). ED w miarę fajny, bo lubię głos jego wykonawczyni. W samym anime ścieżka dzwiękowa nawet była niezła, ale w poprzednich seriach były lepsze utwory, zwłaszcza ten jeden charakterystyczny, który z reguły leciał pod koniec odcinków (i który idealnie pasował do akcji).
Ktoś kto przeczyta moją mini‑reckę stwierdzi, że mam swoją wizję Sengoku Basara i jestem zamknięty na zmiany. Jest w tym sporo prawdy, ale to, że anime oparte na tym cyklu gier można było zrobić trochę poważniejsze, nie tracąc na jego uroku pokazano już w drugiej serii. Patos przy jednoczesnym braku luzu nie wychodzi tej serii na dobre (bo te żałosne scenki typu „ludzka kula armatnia” to tylko tanie chwyty). Judge End to pomyłka która nigdy nie powinna ujrzeć światła dziennego, a mnie zepsuła dobre wspomnienia o adaptacjach tej serii gier. Od najniższych ocen chroni ją tylko to, że mimo wszystko miała przebłyski i troszeczkę klimatu owego uniwersum.
4/10
PS: Sorry za powielenie treści mojego niedawnego postu, ale recenzja to recenzja.
Bez gloryfikowania, po prostu dobry odmóżdżacz nie jest zły…
Nawet fajny klimat. Zobaczymy co będzie dalej…
Hahaha. Drop…
PS: Jeszcze jeden „irytujący” szczegół Judge End. Postacie straciły swoje „atrybuty”. Gdzie małpka Keijego? Gdzie papuga Chosokabe? O gangu Date już wcześniej wspomniałem :P To chyba taki ewidentny zabieg twórców, którzy chcieli „odciąć” się od poprzednich serii :P
PS: Taki „random” [link]#full jaki znalazłem gdzieś w odmętach intjernetu :P
Ogólnie było więcej dających się lubić serii ecchi w tym stylu np. Highschool DxD, ale Testament o tyle przyciągnął moją uwagę iż myślałem, że nawet nie będę się za niego brał, albo dropnę po pierwszym odcinku. A wygląda na to, że zostane z serią na dłużej :P
Spodziewałem się kolejnej sztampowej serii. Oto przecież w OP radośnie świeciły gołe tyłki a setting typowy: w życiu szaraczka nagle pojawiają się dwie seksowne dziewoje z którymi zapewne czekają go perypetie pełne dwuznacznych sytuacji. Aha, no i rzeczone dziewoje to kliknij: ukryte córka lorda demonów i jej bodyguard, które są prześladowane przez wszelkiej maści złe typy. Ot tyyypowe ecchi z magia w tle. No cóż, to widz dostaje, ale z jednym małym, ale jakże ciekawym twistem: główny bohater to nie kliknij: ukryte nieudacznik, który dostaje dar mocy, tym silniejszy im jego krzyk. Nie, główny bohater i co najlepsze jego ojciec okazują się od początku być nie pionkami, ale pełnoprawnymi wymiataczami. Tym jednym szczegółem seria zdołała przyciagnąć moją uwagę, kliknij: ukryte bowiem brak bohatera nieudacznika to już połowa sukcesu tego typu serii. Oczywiście ostatecznie anime na pewno będzie standardowa, ale przynajmniej może nie irytująca ze względu na postać głównego bohatera.
Czy to jest wogóle legalne? Te panie się, one się, one…
...bardzo chyba lubią! Ależ cóż to za Sodom(i)a i Gomor(i)a!
Ale do rzeczy…
Shingeki no Kuma to przede wszystkim wreszcie coś innego. Znaczy nie do końca, bo po Penguindrum dzieła tego autora już mnie raczej nie zdiwią, bo teoretycznie styl, prowadzenie akcji, kadry, symbolika, pomieszanie powagi ze słodkością – wszystko się zgadza. Ba, nawet honey cutie zwierzątka. Nawet OP zapachniało tak samo.
Co prawda żal mnie ściska, że nie zobaczymy Bearena Gorigori‑eagera walczącego z kolosalnymi niedźwiedziami (ale to chyba tylko moje skojarzenie, z góry przepraszam za moją głupotę), ale to co łobejrzałem, me like!
Znaczy nie będe popadał w hurraoptymizm, bo serie tego Pana charakteryzują się symboliką, która nawet i dla Japończyka może być nie do zdzierżenia i kończą się w myśl zasady „zostań sam widzu marny ze swymi myślami o co mi tak naprawdę chodziło gdy paliłem (zdrowotnie) oregano i pisałem fabułę tego gniotu”, ale jak najbardziej będe leciał z tym koksem, bo jest tu na tyle ciekawych elementów (i NIE, nie mówię o gołych, prawie 18‑letnich niewiastach, znaczy nie tylko :}), że pozwalają mi patrzeć z optymizmem w przyszłość… przynajmniej do następnego odcinka.
PS: Chrzanić te naleśniki z ED, nie mogłem oderwać wzroku od tej tańczącej misiczki!
Ta? To ja nie jestem takim ludziem, bo takie dajmy na to Absolute Duo odrzuciłem bez oglądania już po trailerze, bo po 2014 wyczerpała się już moja pula tolerancji na oglądane magic school móndórkuw+harem. Szkoda czasu.
Za to Shingeki no Kuma to jest to na co chętnie swój czas poświęce!
Anime adaptujące historię poszczególnych gier Tales of.. praktycznie zawsze prezentują niezły poziom, czy to ze względu na grafikę, czy na fabułę/postacie, ale tu dostajemy mało, nawet względem innych adaptacji, bo też za wiele się tu nie dzieje i to w kwestii akcji, czy też rozwoju postaci/fabuły.
Grafika/klimat w specjalu naprawdę wymiata, trochę taki folkowy i arturiański, czyli coś co mogło by mi się naprawdę podobać, gdyby stało się pełnoprawną serią. Ale niestety takie rodzynki pojawiają się rzadko w formie czegoś więcej (chodzi tu zapewne o nakłady finansowe).
PS: Ach ta widokówka po napisach końcowych, miodzio :]
Ale w sumie najlepszym chyba podsumowaniem „inności” serii jest to jak Masamune potraktował Yukimurę bądź co bądź swojego największego rywalo‑przyjaciela :P, gdy pojawił się Ishida.
Po pierwsze: zmiana klimatu. Niektórzy mówią, że seria stałaby bez tego w miejscu, ale właśnie ten wariacki i luźny klimat był jej największym atutem. Zresztą dramatów z okresu Sengoku mamy w trzy i jeszcze trochę, a komedii o wiele mniej. Zła decyzja o zmianie nastroju.
Po drugie: to co zrobili z wieloma postaciami a zwłaszcza z Sanadą i Date. Z pełnych wigoru postaci których „popisy” uwielbiałem ogladać stali się mendami i nieudacznikami. I nie chodzi tu o jakieś wewnętrzne przemiany. Nie, zrobili z nich po prostu żałosne powłoki tych bohaterów, którymi byli w dwóch poprzednich częściach. Dumny Date miał zawsze „argumenty” na potwierdzenie swego bojowego charakteru. Teraz w pojedynkach wypada beznadziejnie, stał się wręcz irytujący. A tak wogóle, to gdzie podział sięjego gang? Już pomijam, że zmienili się niektórzy seiyuu i choć rzadko kiedy zwracam na to uwagę tu akurat od razu to negatywnie odczułem.
Po trzecie fabuła: o ile przy komediowej formie serii można było patrzeć na to czy tamto z przymrużeniem oka to w momencie gdy seria stara się być poważna staje się jednocześnie śmieszna (i nie chodzi tu o poczucie humoru). Sojusze zawierane w „locie”, gadanie o jakiś „więziach” w momencie gdy zdradziło się jednych, zabiło drugich a wszystko to tak nieprzekonujące, że aż mnie irytuje. W poprzednich sezonach nigdy nie miałem takich odczuć.
Po czwarte: tutaj nie dam sobie ręki uciąć, ale chyba pojawia sie jakaś niekonsekwencja względem fabuły poprzednich odsłon. Tak jakby niektóre wydarzenia pozmieniano, nie czuję tu ciągłości…
Po piąte: oprawa audio‑wizualna. Dwie pierwsze części charakteryzowały się naprawdę wysokim poziomem grafiki, tutaj niby jest ok, ale widzę o wiele więcej różnych błędów. Najgorzej wypada jednak muzyka. Gdzie się np podziały te fajne „heroiczne” wstawki? A tak wogóle to gdzie te „tornada” wciągające wszystkich „postronnych” wojaków?
Obejrzę do końca, ale jak na razie jest to naprawdę duży zawód i wątpie, żeby coś miało się zmienić…
Tyle, że James Bond wzbudza sympatię tym, że choć jest specjalistą, to jednak człowiekiem, ciągle popełnia błędy i wpada w tarapaty, ale udaje mu się z nich wyjść, a wokół tego kręci się fabuła. Poza tym ma swój urok osobisty. A Yuuji to robot…
He He, kiedyś też tak myślałem: [link] lub [link]
Wiadomo, mówisz o „przeciętnych”, ale wraz ze wzrostem popularności takich gier coraz więcej „tych pięknych” ludzi, którzy bali się ujawniać swoje hobby, bo są „obciachowe” wychodzi na światło dzienne. W czasach gdy e‑sporty chce się uczynić dyscypliną olimpijską, a poszczególni gracze to celebryci, nie jest to już nic niezwykłego…
Apropos tej mechaniczności: bardziej chodziło mi tu o zdolność reagowania, która jest nie oszukujmy się wyćwiczona. Gracz który jest „wytrenowany” jest w stanie wyczytać już po ruchach przeciwnika co ten zamierza, potrafi robić kilka rzeczy na raz nie myśląc o tym, tylko robiąc to z automatu. No ale jest to głównie istotne w RTS‑ach. Inna sprawa, że jest to wogóle podstawa, bo najpierw trzeba „dogonić” stawkę, a dopiero pózniej wymyśla się swoje strategie, żeby wybić się ponad przeciętność…
Tak czy siak właśnie owa mechaniczność (sorry, głupio to brzmi ale nie znajduje lepszego słowa) prowadzi do sukcesów. Mechaniczność=redukcja błędów. Jeśli dana grę masz obcykaną gra sprowadza się do tego kto z graczy popełni więcej omyłek. Bo w większości gier dochodzi się do pewnego poziomu no i dalej, jeżeli gracze prezentują wyrównany poziom, jest to właśnie kwestia kto popełni więcej błędów, ew. kto wybrał lepszą strategię (tutaj chodzi mi np. o strategie i kontrstrategie, pewnie wiesz o czym mówię np. w przypadku Starcrafta). Ciężko mi mówić jako gracz casualowy, ale mam kumpla która nawet tam wygrywał w różnych turniejach to wiem trochę jak to wygląda. Szczęście oczywiście też jest ważnym czynnikiem, czasem wręcz decydującym. Ale zasadniczo przewidywanie ruchów redukuje czynnik szczęścia do minimum.
No ale zaczął się trochę offtop. Dajmy, że Kirito ma „plot armor” i UWAGA: „plot booster” (sam to wymyśliłem, łał :P) i żadne argumentowanie tu nie ma sensu :D