x
Tanuki.pl korzysta z plików cookie w celach prowadzenia
reklamy, statystyk i dla dostosowania wortalu do
indywidualnych potrzeb użytkowników, mogą też z nich korzystać współpracujący z nami reklamodawcy.
Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.
Szczegóły dotyczące stosowania przez wortal Tanuki.pl
plików cookie znajdziesz w
polityce prywatności.
Niektórzy powiedzą, że dobra seria obroni się sama i że nawet jeśli z założenia to kontynuacja, to jeśli sama w sobie jest dobra to fakt bycia sequelem nie powinien wpływać na jej odbiór. A no właśnie u mnie wpływa, bo dla mnie seria jako kontynacja nie spełnia swojej roli. Owszem, gdybym oceniał serię samą w sobie zapewne ocena byłaby wyższa, ale jak juz wspomniałem wcześniej (choć moja opinia od czasu pierwszego odcinka trochę się zmieniła), seria nie jest dobrym sequelem. Dlatego, że Gatchamani zostali tu wykorzystani jako „wymówka” do przestawienia autorskiej wizji/opinii/refleksji twórców. Problem polega na tym, że zamiast Gatchamanów równie dobrze mogli to być Super Sentai itd. Mamy tu po prostu mechanizm wykorzystania motywu superbohaterów jako wymówki do zmierzenia się z problemami dzisiejszego społeczeństwa (vel Batmanowska trylogia Nolana). Dla jednych jest to ok, ale dla fana „komiksowych” superbohaterów takiego jak ja nie jest (mimo, że komiksy też poruszają kwestie psychologiczne/społeczne). Nie, nie chodzi mi o to, że preferuję popkorniasty kicz ponad porządną refleksję, ale czasem po prostu szukam czystej rozrywki a nie „depresji” (człowiek ma ją na co dzień oglądając wiadomości). Pierwszy Gatchaman miał bardzo ciekawego antagonistę z którym walkę uświetniały wszelakie rozterki (i barwność!) głównych bohaterów. W sequelu 3/4 z ekipy Gatchamanów stanowi tło…
No i właśnie tu dochodzimy do pewnej konkluzji. Czy „franczyza” Gatchamana była potrzebna temu konkretnemu „Insight”? Pewnie tak, bo inaczej nie przyciągnęłaby tylu widzów. Ale w efekcie sami Gatchamani zostali zepchnięci na dalszy plan. Mamy tu „walkę” ideologii, a nie superbohaterów. Gatchamani nie walczą tu ze „złem” ale ze „zjawiskiem” (czy jak kto woli „atmosferą”). Formuła jak najbardziej interesująca, potrzebna i w serii świetnie poprowadzona, ale raz jeszcze powiem: dla mnie to nie „to”, to nie jest dobry sequel…
Po pierwsze ta seria wydaje się nie mieć klimatu pierwszej. W tamtej, choć było trochę komizmu, klimat był jednak mroczniejszy, bardziej przytłaczający. Podchorzący pod dark fantasy. Może to kwestia lokalizacji akcji? Valiante wzorowane na Europie miało bardziej oryginalny klimat niż n‑ta opowieść dziejąca się w Japonii. Pozatym tutaj widzę trochę za dużo błaznowania, mniej powagi. Postacie nie przypadły mi do gustu: przemądrzała i arogancka niewiasta, bezbarwny główny bohater i jakiś irytujący bachor. Ponadto, o ile w poprzedniczce miały sens, tutaj te hiszpańskie rytmy średnio mi pasują, ale być może jest to nawiązanie do pierwszej serii, bo nawet głosy Zaruby czy Garum się pojawiają.
Ech, naprawdę ciężko wyrokować, ale póki co seria nie zrobiła na mnie wrażenia. I postacie jakieś mało ciekawe na pierwszy rzut oka i jakoś tak nie czuje „mocy”. Pod koniec pojawia się główny zły, który daje nadzieję, iż może być ciekawie. Ale Mendozę z pierwszej serii (i jego głos!) ciężko będzie pobić…
PS: Mocno krytykowana zbroja z pierwszej serii, choć mi wizualnie wydaje mi się gorsza, tutaj jest bardziej stonowana więc może uniknie takiej jak tamta krytyki…
Nie przepadam za kryminałami, ale temu dam szansę, bo wyglada to przednio. Pomijając dopracowaną, płynną i pełną detali grafikę (niczym w pełnometrażówce) ma to to ciekawy klimat. Nawet CGI stoi na wysokim poziomie. I wreszcie dostajemy „poważną”, wręcz filmową serię. Co prawda pierwszy odcinek to głównie smalltalk, ale jak moja poprzedniczka zauważyła, coś tutaj widza wciąga tak, że chce więcej.
Tak na marginesie seria jest opatrzona jednym z najciekawszych koncepcyjnie i graficznie OP jakie dane mi było zobaczyć, chyba nawet od kiedy oglądam anime. ED też niepowtarzalny…
Był potencjał na serię wybitną, a wyszła seria dobra lub nawet bardzo dobra o świetnym klimacie (choć momentami zbyt błazeniarska), ale specyficzna, wymagająca pewnego podejścia i dystansu. Zwariowana, pełna akcji i 180‑cio stopniowych zmian nastroju (niczym przesławny Cowboy Bebop i nie nie porównuje tych dwóch serii, choć mi osobiście ten sposób prowadzenia serii z „kowbojem” akurat się kojarzy). Na pewno nie pomogła jej też ta niesławna „obsuwa” ostatniego odcinka na której lepiej wyjdzie widz, który dopiero zabierze się za serię i „połknie” ją w całości.
Polecam, bo uważam, że warto zobaczyć ten swego rodzaju miks japońskiej animacji i amerykańskiej kultury, bo nawet jeśli się nie spodoba, to przynajmniej zobaczy się coś niepowtarzalnego, nawet jak na standardy anime.
Ciekawe, stylowe anime o superbohaterach i ich relacjach z „normalsami”. Niby już tego było w pieruny, ale z racji trochę innej „pastelowej” grafiki i dynamiki akurat ta seria zapowiada się ciekawie. Po pierwszym odcinku wrażenia pozytywne, choć jak to zwykle bywa jesteśmy bombardowani informacjami, które powoli będziemy musieli w następnych odcinkach poskładać do kupy…
PS: Dla ciekawych intro z gry: [link]. Nie dość że ładne, to można jeszcze podejrzeć trochę czego się będzie można spodziewać. Mam tylko nadzieję, że anime to nie jest „luźna adaptacja”, albo tzw. wymówka do stworzenia jakiegoś głupkowatego spin‑off'u.
Fajnie, że seria nie jest ocenzurowana. Zapowiada się przednia zabawa i odmóżdżacz najwyższej próby :P
PS: Spoko ED.
Zwykle już z samych zapowiedzi można wyczytać czym dane anime będzie. A skoro wiemy czego się spodziewać, dana rzecz od tego momentu może jedynie pozytywnie zaskoczyć. Tutaj cudów się nie spodziewam, ale już sam fakt, że chce jeszcze spojrzeć na drugi odcinek o czymś świadczy…
Na razie mieliśmy co prawda taki trochę sielankowy odcinek, ale jest to przyjemne wprowadzenie. Tak czy siak wyczuwam pozytywne wibracje bijące od tej serii. Bohaterowie wydają się sympatyczni (chociaż protagonista odmienny niż ten z pierwszej serii, tamten był wyważony, ten wydaje się trochę nicponiowaty), a seria prezentuje całkiem porządny poziom rzemieślniczy (fajny zimowy klimat, a w tle daje się wyczuć trochę folkową muzykę). Z założenia ma to niby być ta sama opowieść w innej otoczce, ale wydaje się, że jednak dostaniemy coś innego, a to na plus :) Nawet jeśli będzie podobnie, nie mam nic przeciwko, bo pierwszy Utawe bardzo mi się podobał, a „kingdom‑building” nigdy za wiele!
Dla mnie przełomowy był odcinek z nieumarłymi smokami, wtedy z serii bardzo dobrej zrobiła się dla mnie seria genialna. Nie chodzi tu o jakąś „genialność” fabularną, ale raczej o trafienie w moje gusta, bo od dłuższego czasu liczyłem na serię typowo (a nie częściowo) w klimatach zachodniego fantasy. Po drodze były Garo, Bahamut czy Dungeon, ale to wciąż nie było to…
Re: Zamaskowany rycerz
Ale tak na serio to dawno już nie widziałem tak brzydkich gęb w anime. Swoja drogą myślałem, że będzie to insta‑drop, ale dam temu jeszcze szanse. W tym sezonie cieńko z anime, więc będe musiał obniżyć standardy…
Ocena może trochę za wysoka, bo seria miała swoje wady, ale tak idealnie wpasowała się moje gusta, że trudno mi wymagać więcej od anime fantasy. Protagonista wymiatacz, super motywy prosto z zachodniego fantasy (uważam, że jak chcą, Japończykom bardzo dobrze to wychodzi), wciągająca akcja, praktycznie brak przestojów i kolejne zaskoczenia (w stylu „nie sądziłem, że dane mi będzie zobaczyć jeszcze coś takiego w tv anime”). Jakie wady? Pomniejsze techniczne braki w oprawie czy fabule, momentami trochę za dużo „luźnych” motywów i oczywiście największa: tylko 13 odcinków! No i może to, że choć lubię kiedy bohater jest wymiataczem, to dobrze ażeby miał jednak jakiś godnych rywali. Hmm, może w następnym sezonie? Naprawdę, tu kontynuacji pragnę chyba jeszcze bardziej niż w przypadku NGNL…
Jako fana fantasy, jest to chyba dla mnie najlepsze anime tego roku (chyba, że jeszcze coś się pojawi). Oglądać!
Mogło być lepiej (wraz z trwaniem serii poziom czy to świeżości czy grafiki zdeczka spada), ale bez wątpienia była to dla mnie jedna z ciekawszych serii sezonu. Przede wszystkim miała niepowtarzalny klimat (zaliczam do tego m. in. świat przedstawiony czyli np. elementy mezoamerykańskie) i całkiem fajny pomysł. Oczywiście, z realizacją tego pomysłu było różnie, intryga miała niedociągnięcia (faktycznie, momentami jej przedstawienie było nie do końca przemyślane, było wiele niedomówień i tzw faktów z kapelusza np. to, że bohaterowie świetnie znali innych świętych, nawet tych „nieaktywnych” wcale nie musiało być takie oczywiste dla widza). Koniec końców jednak intryga, przynajmniej z mojego punktu widzenia, wyszła ciekawie (w sumie to do końca jednak nie było wiadomo kto jest zdrajcą, mimo pewnych podejrzeń). Zastanawia mnie czy dostaniemy następną serię… ja tam bym się cieszył :P
A ja mówię o tu i teraz. Po wielu niewypałach (np. Maoyu) czy seriach oscylujących wokół zachodniego fantasy (Bahamut czy Garo) trafił się taki rodzynek jak Overlord, gdzie autor nawet nie udaje, że bazuje na zachodnim fantasy. Jeśli chodzi o jesień fajnie zapowiada się Utawarerumono 2 (choć to wschodnie fantasy i zapowiada się dużo fanserwisu, ale pierwsza seria bardzo mi się podobała). Można mowić „co on z tym zachodnim fantasy!? Przecież anime jest japońskie!”, ale jak chcą, to im to naprawdę fajnie wychodzi, dlatego im kibicuje…
Pewną nadzieję daje też animacja amerykańska. Kultura geeków coraz bardziej się przebija więc może to np. Amerykanie uderzą z jakąś fajną animacją fantasy hmm w „stylu zachodnim” :P Póki co były próby, ale żałosne (np. Dragonlance TV).
Seria jest spełnieniem marzeń każdego geeka. Wreszczie fantasy anime w stylu zachodnim bez mundurków, tsunedere itd. Przy Skeleton Dragonach juz po prostu wymiękłem, nie sądziłem, że zobaczę jeszcze w tym życiu takie anime.
Oczywiście ma parę swoich wad (mnie np. wkurza ten chomik), ale Overlord to najlepsze co mogło mi się trafić w ostatnim czasie jeśli chodzi o anime…
Co by tu powiedzieć.